21.02.2023, 19:55 ✶
Rozmowy o woluminach powodowały u niego dość dziwną zmianę? O wiele lepiej pasowało mu słowo nietypową, gdyż rozluźniał się, a także nie miał problemów, by śmielej wypowiadać swoje opinie o tym, co doskonale znał. Tak naprawdę Robert, choć zapewne miał sporą kolekcję książek w danych tematach, nie oznaczało, że była ona odpowiednia. Zwłaszcza dla osób, które znają się na temacie.
- Ach tak, Parkinson. Całkiem nieźle radzi sobie z tłumaczeniem, choć wiedziałeś, że Ministerstwo włożyło swoje trzy knuty i nakazali mu pewne drobne modyfikacje prac? - To nie była wiedza tak naprawdę powszechna, a jedynie dla tych, co siedzieli w tym gronie. Plotki, jako takie zawsze rozchodziły się błyskawicznie, o ile czarodziej wiedział, gdzie nastawić ucho.
- Miał w nich nie ujawniać pewnych zagadnień w obawie, że praca aurorów i Brygady będzie przez to trudniejsza. W sumie książki traktujące o tym temacie dziwnym trafem zawsze muszą przez weryfikujące oczy urzędników. - Parsknął przy tym lekkim śmiechem, przypominając to sobie. Oczywiście znał i drugie dno tego wszystkiego. Prawda kryjące się za tym wszystkim.
- Co oczywiście jest kompletna bzdura, którą sam wymyślił, by zwiększyć sprzedaż własnych książek, bo miał długi u pewnych ludzi. Choć swego czasu chodziły pogłoski, że to naprawdę nie jest jego praca, a ją ukradł komuś. Do tego sam podchodzę z rezerwą. - Wzruszył ramionami, bo czytał książki tego człowieka i uważał je za całkiem przydatne.
- Nie mniej, jeśli chciałbyś znaleźć coś o nieco odmiennych poglądach od tych, które prezentowane są przez brytyjskich czarodziejów, mógłbym polecić kilka książek, choć lepiej szukać oryginałów, które nie są tłumaczone. - Młodzik pokazywał, że interesował się czymś i jego umiejętności oraz wiedza bazowały na czymś, co niekoniecznie Robert musiał sam umieć. Rozsiadł się wygodniej i kiwnięciem głowy podziękował za butelkę wina.
- Jest dobre. - Powiedział po zobaczeniu etykiety na nim i nalał sobie. On sam wolał właśnie pić tak słaby alkohol, by nie uderzył mu za szybko do głowy. Piwo dla niego było czymś, co nie miała wyrazistego smaku. Mocniejsze alkohole potrafiły mącić. Może i mógłby o sobie mówić koneser tego trunku, gdyby jego zmysły były wyostrzone. Zwyczajnie lubił ten smak. Choć bardziej wolał białe, ale to drobny szczegół.
- To nie jest ten czas, kiedy nie wiem, na czym stoję, a każde słowo może być tym, które spowoduje, że runę w przepaść. - Zauważył, spoglądając w kominek, by po chwili na Mulcibera.
- Może od mojej najbliższej przyszłości. Poszukuje miejsca na stałe, a opłacanie pokoi na dłuższą metę nie jest opłacalne finansowo. I oczywiście przydałaby się przykrywka do prowadzenia moich faktycznych interesów. Słyszałem, że prowadzisz sklep z kadzidełkami. - Mówił bez pospiechu, był wręcz wyluzowany. Nie było po nim śladu tylu nerwów, co za pierwszym ich spotkaniem. - Dlatego chciałbym zaproponować układ. Moje skromne umiejętności w pieczętowaniu, jako twórca zabezpieczeń w zamian za wikt oraz oficjalną pracę. - Powiedział, nie bawiąc się zbytnio w kluczenie. Nie było takiej potrzebny, bo wiedział, że oboje w pewien sposób jadą na jednym wózku. Nie miał zamiaru zdradzać swego wyzwoliciela, aczkolwiek problemy istniały wciąż i należało je rozwiązać. Dodatkowym atutem było to, że byli przecież spokrewnieni. Nie byłoby to takie głupie, by zamieszkać u rodziny.
- Ach tak, Parkinson. Całkiem nieźle radzi sobie z tłumaczeniem, choć wiedziałeś, że Ministerstwo włożyło swoje trzy knuty i nakazali mu pewne drobne modyfikacje prac? - To nie była wiedza tak naprawdę powszechna, a jedynie dla tych, co siedzieli w tym gronie. Plotki, jako takie zawsze rozchodziły się błyskawicznie, o ile czarodziej wiedział, gdzie nastawić ucho.
- Miał w nich nie ujawniać pewnych zagadnień w obawie, że praca aurorów i Brygady będzie przez to trudniejsza. W sumie książki traktujące o tym temacie dziwnym trafem zawsze muszą przez weryfikujące oczy urzędników. - Parsknął przy tym lekkim śmiechem, przypominając to sobie. Oczywiście znał i drugie dno tego wszystkiego. Prawda kryjące się za tym wszystkim.
- Co oczywiście jest kompletna bzdura, którą sam wymyślił, by zwiększyć sprzedaż własnych książek, bo miał długi u pewnych ludzi. Choć swego czasu chodziły pogłoski, że to naprawdę nie jest jego praca, a ją ukradł komuś. Do tego sam podchodzę z rezerwą. - Wzruszył ramionami, bo czytał książki tego człowieka i uważał je za całkiem przydatne.
- Nie mniej, jeśli chciałbyś znaleźć coś o nieco odmiennych poglądach od tych, które prezentowane są przez brytyjskich czarodziejów, mógłbym polecić kilka książek, choć lepiej szukać oryginałów, które nie są tłumaczone. - Młodzik pokazywał, że interesował się czymś i jego umiejętności oraz wiedza bazowały na czymś, co niekoniecznie Robert musiał sam umieć. Rozsiadł się wygodniej i kiwnięciem głowy podziękował za butelkę wina.
- Jest dobre. - Powiedział po zobaczeniu etykiety na nim i nalał sobie. On sam wolał właśnie pić tak słaby alkohol, by nie uderzył mu za szybko do głowy. Piwo dla niego było czymś, co nie miała wyrazistego smaku. Mocniejsze alkohole potrafiły mącić. Może i mógłby o sobie mówić koneser tego trunku, gdyby jego zmysły były wyostrzone. Zwyczajnie lubił ten smak. Choć bardziej wolał białe, ale to drobny szczegół.
- To nie jest ten czas, kiedy nie wiem, na czym stoję, a każde słowo może być tym, które spowoduje, że runę w przepaść. - Zauważył, spoglądając w kominek, by po chwili na Mulcibera.
- Może od mojej najbliższej przyszłości. Poszukuje miejsca na stałe, a opłacanie pokoi na dłuższą metę nie jest opłacalne finansowo. I oczywiście przydałaby się przykrywka do prowadzenia moich faktycznych interesów. Słyszałem, że prowadzisz sklep z kadzidełkami. - Mówił bez pospiechu, był wręcz wyluzowany. Nie było po nim śladu tylu nerwów, co za pierwszym ich spotkaniem. - Dlatego chciałbym zaproponować układ. Moje skromne umiejętności w pieczętowaniu, jako twórca zabezpieczeń w zamian za wikt oraz oficjalną pracę. - Powiedział, nie bawiąc się zbytnio w kluczenie. Nie było takiej potrzebny, bo wiedział, że oboje w pewien sposób jadą na jednym wózku. Nie miał zamiaru zdradzać swego wyzwoliciela, aczkolwiek problemy istniały wciąż i należało je rozwiązać. Dodatkowym atutem było to, że byli przecież spokrewnieni. Nie byłoby to takie głupie, by zamieszkać u rodziny.