15.10.2025, 13:41 ✶
Helloise doskonale rozumiała radości latania na miotle — tego, jak wolnym było się w powietrzu, mimo że wiatr szarpał bezlitośnie włosy i kąsał czerwieniące się pod nim policzki. Pozazdrościła patrząc na zarumienioną, uśmiechniętą twarz Ceolsige. Sama w ostatnim czasie rzadko opuszczała dom, w którym obwarowała się ze swoim szaleństwem podsycanym przytłaczającą bliskością nawiedzonego lasu. Powinna polecieć do księżyca, musiała wyjść — tak, kolejnej nocy i ona pofrunie, chociaż na chwilę. Podjęła tę decyzję, gdy patrzyła, jak Burke wprawnie manewruje nad jej podwórzem, przymierzając się do lądowania.
W chacie na kurzej stopie błocenie nigdy nie było problemem, więc ani przeszło Helloise przez myśl oglądać się na to, w jakim stanie były buty kobiety. Ile to razy sama, nie myśląc nad tym wiele, wyszła na podwórko boso, żeby coś drobnego naprędce załatwić — uszczknąć potrzebnych do eliksiru listków z ogrodowej szklarni czy zebrać narzędzia — i taką ubłoconą stopą przebiegała potem beztrosko po podłodze domu. Czyż było się zresztą czym przejmować, gdy prostym zaklęciem chłoszczyść izbę można było doprowadzić w sekundy do porządku?
Ani więc błoto, ani pora dnia nie miały znaczenia. Taki był urok kurzej chatki, że można było przynieść tu cokolwiek o dowolnej porze. Choćby i przyszło komuś do głowy wyrwać z Helę ze snu, to nigdy nie była o to zagniewana, nigdy się jej nie przeszkadzało.
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech Ceolsige, choć nie wyglądała aż tak rumianie i radośnie jak ona.
— Nie przeszkadzasz, skądże. Drzwi są zawsze otwarte. — Ledwie Burke znalazła się w zasięgu Helloise, ta położyła ręce na jej ramionach i spuściła je w dół rękawów szaty, mierząc czarownicę wzrokiem z góry na dół, jakby upewniała się, że i ta rzeczywiście jest w dobrym zdrowiu. — Czy wciąż masz dom? — zapytała może niezbyt subtelnie, lecz z troski, a nawiązywała rzecz jasna do pożarów.
Helloise obeszła kobietę dookoła i stanęła za nią, rozsnuwając wokół siebie intensywny zapach dymu palonego opium. Jego wspomnienie zawsze czaiło się gdzieś w załamaniach jej szat i skręcie blond loków, lecz w ostatnich dniach skumulowało się tej woni nadzwyczaj dużo.
Ceolsige została popchnięta lekko i zapraszająco w stronę wejścia do chaty, gdzie faktycznie trwały intensywne przygotowania do sabatu. Choć najwięcej materiału i napoczętych robótek było w jej pracowni, to i kuchni, w której znalazły się po wejściu, nie ominęło świąteczne szaleństwo. Na palenisku bulgotały jednocześnie dwa kociołki, kolejne trzy stygły za progiem na tarasie. Na blatach tłoczyły się słoiczki z proszkami i ziołami oraz flakony i buteleczki — jedne z fantazyjnie kolorową zawartością, inne z zupełnie nudną, przezroczystą. Drzwi niewielkiej spiżarki były uchylone — jaki sens je zamykać, skoro wiedźma co chwilę z tych zbiorów korzystała? Po mieszance zapachów kadzidlanych i korzennych poznać szło, że nie pichcą się tu tego dnia zwykłe apteczne specyfiki, lecz rytualne, świąteczne dobra.
— Sprawy nie ustabilizują się, dopóki w Kniei pozostają widma — rzuciła gorzko czarownica, której to ta sprawa zdecydowanie więcej snu spędzała z powiek niż ognisty incydent. — Czego ci trzeba, kochanie? — Zaraz rozpędziła kiełkujące chmurne myśli. Oparła się biodrami o kuchenny blat, mimochodem ścierając z niego palcami pomarańczową plamę po czymś, co wcześniej się tu rozlało.
W chacie na kurzej stopie błocenie nigdy nie było problemem, więc ani przeszło Helloise przez myśl oglądać się na to, w jakim stanie były buty kobiety. Ile to razy sama, nie myśląc nad tym wiele, wyszła na podwórko boso, żeby coś drobnego naprędce załatwić — uszczknąć potrzebnych do eliksiru listków z ogrodowej szklarni czy zebrać narzędzia — i taką ubłoconą stopą przebiegała potem beztrosko po podłodze domu. Czyż było się zresztą czym przejmować, gdy prostym zaklęciem chłoszczyść izbę można było doprowadzić w sekundy do porządku?
Ani więc błoto, ani pora dnia nie miały znaczenia. Taki był urok kurzej chatki, że można było przynieść tu cokolwiek o dowolnej porze. Choćby i przyszło komuś do głowy wyrwać z Helę ze snu, to nigdy nie była o to zagniewana, nigdy się jej nie przeszkadzało.
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech Ceolsige, choć nie wyglądała aż tak rumianie i radośnie jak ona.
— Nie przeszkadzasz, skądże. Drzwi są zawsze otwarte. — Ledwie Burke znalazła się w zasięgu Helloise, ta położyła ręce na jej ramionach i spuściła je w dół rękawów szaty, mierząc czarownicę wzrokiem z góry na dół, jakby upewniała się, że i ta rzeczywiście jest w dobrym zdrowiu. — Czy wciąż masz dom? — zapytała może niezbyt subtelnie, lecz z troski, a nawiązywała rzecz jasna do pożarów.
Helloise obeszła kobietę dookoła i stanęła za nią, rozsnuwając wokół siebie intensywny zapach dymu palonego opium. Jego wspomnienie zawsze czaiło się gdzieś w załamaniach jej szat i skręcie blond loków, lecz w ostatnich dniach skumulowało się tej woni nadzwyczaj dużo.
Ceolsige została popchnięta lekko i zapraszająco w stronę wejścia do chaty, gdzie faktycznie trwały intensywne przygotowania do sabatu. Choć najwięcej materiału i napoczętych robótek było w jej pracowni, to i kuchni, w której znalazły się po wejściu, nie ominęło świąteczne szaleństwo. Na palenisku bulgotały jednocześnie dwa kociołki, kolejne trzy stygły za progiem na tarasie. Na blatach tłoczyły się słoiczki z proszkami i ziołami oraz flakony i buteleczki — jedne z fantazyjnie kolorową zawartością, inne z zupełnie nudną, przezroczystą. Drzwi niewielkiej spiżarki były uchylone — jaki sens je zamykać, skoro wiedźma co chwilę z tych zbiorów korzystała? Po mieszance zapachów kadzidlanych i korzennych poznać szło, że nie pichcą się tu tego dnia zwykłe apteczne specyfiki, lecz rytualne, świąteczne dobra.
— Sprawy nie ustabilizują się, dopóki w Kniei pozostają widma — rzuciła gorzko czarownica, której to ta sprawa zdecydowanie więcej snu spędzała z powiek niż ognisty incydent. — Czego ci trzeba, kochanie? — Zaraz rozpędziła kiełkujące chmurne myśli. Oparła się biodrami o kuchenny blat, mimochodem ścierając z niego palcami pomarańczową plamę po czymś, co wcześniej się tu rozlało.
dotknij trawy