15.10.2025, 13:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2025, 14:13 przez Anthony Shafiq.)
—10/09/1972—
Anglia, Londyn
Lorraine Malfoy & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png)
When I wake up,
it is void.
Then the room
unfolds around me –
a cold stroke of reality.
It brushes my skin,
crawling up my legs,
slowly warming as it spreads.
A hand, unseen,
caresses reality
into my chest.
It straddles me,
then softly grips my neck.
The pulse in my ears – slow –
becomes the drums of war,
calling the name.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gBQ7DOD.png)
When I wake up,
it is void.
Then the room
unfolds around me –
a cold stroke of reality.
It brushes my skin,
crawling up my legs,
slowly warming as it spreads.
A hand, unseen,
caresses reality
into my chest.
It straddles me,
then softly grips my neck.
The pulse in my ears – slow –
becomes the drums of war,
calling the name.
Nie licząc poszarpanych drzemek na moment tylko odcinających umęczoną świadomość od świadomości istnienia, nie spał w sumie kolejną dobę.
Płacz. Strach. Krzyk.
Emocje związane z konfrontacją z rodzicami. Kłótnia zwieńczona rozstaniem z Erikiem. Chaotyczne planowanie współpracy z organizacją o której wiedział tyle co nic, domknięte zdradą najbliższego przyjaciela. Spotkanie z Jenkins w aurze zaciskającej się na szyi pętli, pułapki która miałaby usadzić go za zbytnie wychylanie się przed szereg.
zostało mi... sama nie wiem, z pół roku?
Płacz. Strach. Krzyk.
Ogień.
Czerwona farba ściekała mimo łuku brwi, które miały osłaniać oczy przed taką ewentualnością. Było tego zbyt dużo. Zbyt wiele. Morpheus pewnie w swoim szaleństwie kroczący ulicami Londynu, jakby zabrał go do swojego królestwa, w któym przepowiednia wyszeptana ustami boginii stała się prawdą. Zbyt szybko. Szczątki cruciatusa wzdrygające jego torturowanym ciałem, swąd nadpalonych włosów, ból o którym nie pamiętał, odraza do siebie, do świata, do woni wgryzającej się w nozdrza...
Płacz. Strach. Krzyk.
Nie krzyczał, gdy cały dzień próbował na nowo zebrać rozsypane nitki jego podartej pajęczyny. Miał swój kokon, miał gdzie się schować. Mógł oblać się balsamem żyć, które nie zgasły wraz ze zwęglonymi kamienicami. Istnienie po istnieniu, chwytał ich w palce jak najdrogocenniejsze skarby, nie mogące się równać z jego littlehangletońską kolekcją. Z głową otoczoną wygłuszeniem, z duszą ratującą się fizyczną deprywacją, żołądkiem wywiniętym głodem i obrzydzeniem wynikającym ze wszechobecnego smrodu spalenizny. Ale żyli. Więc i on mógł żyć. Mógł spróbować jeszcze raz. Nim było za późno. Już było za późno.
Był na krawędzi, gdy pozostawił w zakładzie pogrzebowym swoją notkę.
Nie miał siły nawet odczuwać gniewu, czy choćby szczątków irytacji, gdy dostał na nią odpowiedź. Właściwie przeczytał ledwie pierwsze zdanie, wzrokiem zsunął się po treści ku podpisowi, a potem dał pożreć papier płomieniom.
Czy spał? Bynajmniej. Udręczony umysł tułający się od drzwi do drzwi, nie mógł znaleźć uciszenia. Powinien być czujny. Czy chmura znów zacznie na świat zsyłać drugą falę? Musiał być czujny, na każde wezwanie, które być może by nie nadeszło. Musiał pisać, planować, szkicować, aby znów jego sieć mogła rozpostrzeć się między budynkami. Między tymi, które pozostały...
Na zgromadzenie dotarł przed czasem. Zajął miejsce gdziekolwiek, ani z tyłu, ani z przodu, ot miejsce podyktowane myślą stóp i oczu. Nie szukał jej wzrokiem. Ani jej, ani też Jej. Nad głowami wiernych unosiło się błaganie o litość oraz dziękczynienie za życie. Prośba o ukojenie dla dusz tych, którzy nie przetrwali nocy. Kowen wypchany był pożoganami, to było zrozumiałe. Wiara opium dla mas, czy nie tak jej mówił przed laty? Czy sam teraz może tego opium potrzebował?
Odchylił głowę pozwalając kadzidłom oblewającym rzeźby i dary przeniknąć do udręczonego ostatnimi dniami umysłu. Usta mimowolnie powtarzały słowa znajomych modlitw, poznawanych wcześniej głównie dla ceremoniału aniżeli z potrzeby serca. Nie wnikał zbytnio w ich treść, ale pozwalał sobie na ten krótki moment oddechu i odpoczynku, wynikający z przymusu nie myślenia o tym, co zwykle nie pozwalało mu zasnąć. Jak gdyby realnie białe dłonie ściągnęły powróz z jego szyi.
Czy to źle, czy to dobrze... to się dopiero okaże. Szukasz zaufania, a sam nie masz go za grosz.
Chciałby usłyszeć, ale to tylko śpiew tych, którzy reprezentowali zgromadzenie w uszach Matki.
Przymknął oczy. Ktoś podszedł, ktoś podziękował mu, za to, że zrobił podczas pożaru coś, co jego pamięć zdążyła zapomnieć. Kiwnął głową machinalnie, język sam podążył za tokiem rozmowy: Czy Wasz dom przetrwał? Gdzie się teraz podziewacie? Czego Wam tam trzeba? – pytał, a w połowie odpowiedzi zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odtworzyć. Wyciągnął notes, zapisał słowa, nazwiska adresy. Uśmiechnął się słabo, skinął głową, ale nie drgnął się i nie ruszył z miejsca. Jeszcze nie chciał myśleć o nitkach, o symetrycznej konstrukcji, o zasobach tych ludzkich i finansowych, o transferze dóbr.
Jeszcze nie...
Zamiast tego zaczął wypatrywać jasnej głowy tej, której głos zdawał się słyszeć wcześniej, tej której ostatni prezent wciąż bielił mu palce i skroń którą potarł, gdy na blat sekretarzyka o świcie posypały się swą czernią płatki ukrytych wewnątrz liściku kwiatów.
Płacz. Strach. Krzyk.
Emocje związane z konfrontacją z rodzicami. Kłótnia zwieńczona rozstaniem z Erikiem. Chaotyczne planowanie współpracy z organizacją o której wiedział tyle co nic, domknięte zdradą najbliższego przyjaciela. Spotkanie z Jenkins w aurze zaciskającej się na szyi pętli, pułapki która miałaby usadzić go za zbytnie wychylanie się przed szereg.
zostało mi... sama nie wiem, z pół roku?
Płacz. Strach. Krzyk.
Ogień.
Czerwona farba ściekała mimo łuku brwi, które miały osłaniać oczy przed taką ewentualnością. Było tego zbyt dużo. Zbyt wiele. Morpheus pewnie w swoim szaleństwie kroczący ulicami Londynu, jakby zabrał go do swojego królestwa, w któym przepowiednia wyszeptana ustami boginii stała się prawdą. Zbyt szybko. Szczątki cruciatusa wzdrygające jego torturowanym ciałem, swąd nadpalonych włosów, ból o którym nie pamiętał, odraza do siebie, do świata, do woni wgryzającej się w nozdrza...
Płacz. Strach. Krzyk.
Nie krzyczał, gdy cały dzień próbował na nowo zebrać rozsypane nitki jego podartej pajęczyny. Miał swój kokon, miał gdzie się schować. Mógł oblać się balsamem żyć, które nie zgasły wraz ze zwęglonymi kamienicami. Istnienie po istnieniu, chwytał ich w palce jak najdrogocenniejsze skarby, nie mogące się równać z jego littlehangletońską kolekcją. Z głową otoczoną wygłuszeniem, z duszą ratującą się fizyczną deprywacją, żołądkiem wywiniętym głodem i obrzydzeniem wynikającym ze wszechobecnego smrodu spalenizny. Ale żyli. Więc i on mógł żyć. Mógł spróbować jeszcze raz. Nim było za późno. Już było za późno.
Był na krawędzi, gdy pozostawił w zakładzie pogrzebowym swoją notkę.
Nie miał siły nawet odczuwać gniewu, czy choćby szczątków irytacji, gdy dostał na nią odpowiedź. Właściwie przeczytał ledwie pierwsze zdanie, wzrokiem zsunął się po treści ku podpisowi, a potem dał pożreć papier płomieniom.
Czy spał? Bynajmniej. Udręczony umysł tułający się od drzwi do drzwi, nie mógł znaleźć uciszenia. Powinien być czujny. Czy chmura znów zacznie na świat zsyłać drugą falę? Musiał być czujny, na każde wezwanie, które być może by nie nadeszło. Musiał pisać, planować, szkicować, aby znów jego sieć mogła rozpostrzeć się między budynkami. Między tymi, które pozostały...
Na zgromadzenie dotarł przed czasem. Zajął miejsce gdziekolwiek, ani z tyłu, ani z przodu, ot miejsce podyktowane myślą stóp i oczu. Nie szukał jej wzrokiem. Ani jej, ani też Jej. Nad głowami wiernych unosiło się błaganie o litość oraz dziękczynienie za życie. Prośba o ukojenie dla dusz tych, którzy nie przetrwali nocy. Kowen wypchany był pożoganami, to było zrozumiałe. Wiara opium dla mas, czy nie tak jej mówił przed laty? Czy sam teraz może tego opium potrzebował?
Odchylił głowę pozwalając kadzidłom oblewającym rzeźby i dary przeniknąć do udręczonego ostatnimi dniami umysłu. Usta mimowolnie powtarzały słowa znajomych modlitw, poznawanych wcześniej głównie dla ceremoniału aniżeli z potrzeby serca. Nie wnikał zbytnio w ich treść, ale pozwalał sobie na ten krótki moment oddechu i odpoczynku, wynikający z przymusu nie myślenia o tym, co zwykle nie pozwalało mu zasnąć. Jak gdyby realnie białe dłonie ściągnęły powróz z jego szyi.
Czy to źle, czy to dobrze... to się dopiero okaże. Szukasz zaufania, a sam nie masz go za grosz.
Chciałby usłyszeć, ale to tylko śpiew tych, którzy reprezentowali zgromadzenie w uszach Matki.
Przymknął oczy. Ktoś podszedł, ktoś podziękował mu, za to, że zrobił podczas pożaru coś, co jego pamięć zdążyła zapomnieć. Kiwnął głową machinalnie, język sam podążył za tokiem rozmowy: Czy Wasz dom przetrwał? Gdzie się teraz podziewacie? Czego Wam tam trzeba? – pytał, a w połowie odpowiedzi zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odtworzyć. Wyciągnął notes, zapisał słowa, nazwiska adresy. Uśmiechnął się słabo, skinął głową, ale nie drgnął się i nie ruszył z miejsca. Jeszcze nie chciał myśleć o nitkach, o symetrycznej konstrukcji, o zasobach tych ludzkich i finansowych, o transferze dóbr.
Jeszcze nie...
Zamiast tego zaczął wypatrywać jasnej głowy tej, której głos zdawał się słyszeć wcześniej, tej której ostatni prezent wciąż bielił mu palce i skroń którą potarł, gdy na blat sekretarzyka o świcie posypały się swą czernią płatki ukrytych wewnątrz liściku kwiatów.