Morpheus bez apetytu zaczął zajadać, ale humor mu nagle zaczął dopisywać. On też mentalnie przeniósł się w czasie trzydzieściat i znów był młokosem, który wierzy, że za chwilę umrze i jednocześnie nie wie za wiele o świecie. Nadal był przekonany, że skończyła mu się data ważności i już niedługo będą organizować jego pogrzeb, a on zostanie duchem, albo Warowni albo innego przeklętego miejsca na mapie Anglii. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Wiedział jednak dużo więcej o świecie.
— Ja bym jednak celował w bycie jasnowidzem, miałbym chociaż jednego ucznia, z którym można się pokazać — zażartował. Jego najnowszy narybek, Millie, miała mieć następnego dnia chrzest bojowy w utrzymaniu decorum jako świadkowa na ślubie Geraldine Yaxley, generalne jednak nie odznaczała się najwyższą kulturą wypowiedzi. Morpheus jednak nie mógł być gorszy od pewnego czarodzieja i potrzebował swojego własnego asystenta.
— Aczkolwiek uważam, że Mildred się wyrobi.
O ile tego dożyjemy, dodał mało optymistycznie w myślach.
— Ja bym celował w taki kolor wina wchodzący we fiolet, pasowałby ci do cery — wyraził swoją ekspertyzę jako osoba, której aury i nici mało dotyczyły, bo ich nie widział.