16.10.2025, 04:34 ✶
- Oby szybko wyzdrowiała - skomentował. Brakowała tam jakiegoś ładnego słowa, że miał nadzieję że szybko wróci do zdrowia, ale w Leviathanie próżno było szukać współczucia dla tej kobiety. Nie znał jej i była mu zupełnie obca, a przez to i obdarta z wszelkich cech, które sprawiały że była człowiekiem wartym zainteresowania. Ale Faye na niej zależało, więc musiał powiedzieć cokolwiek.
Przyglądał jej się uważnie, kiedy stawiał kolejne kroki w jej stronę. Drżała, a w oczach perliły się łzy, ale Rowle nie był w sumie taki pewien, czy przyjęłaby jakąkolwiek formę pocieszenia z jego strony. W końcu zawsze był okropny i zwyczajnie nieczuły, a przynajmniej tak go postrzegała jego zdaniem.
Podążył za nią, do wnętrza budynku, który był cały poczerniały od sadzy, uważnie przyglądając się temu, co sam zaprojektował. Ale nie czuł nic - żadnej satysfakcji albo refleksji, że może mógł to lepiej zaplanować. Wszystko było teraz kupką popiołu sadzy, potrzebując ze sobą wszystko to, co doprowadziło go do takiej, a nie innej decyzji.
- Nie powinno więc być aż tak źle z odbudową - zawyrokował w odpowiedzi na jej słowa, przejeżdżając palcami po najbliższej ścianie i rozcierając poczerniały osad opuszkami.
Nie spodziewał się chyba takiego samobiczowania.
Spojrzał na nią, powoli unosząc wzrok znad własnej dłoni, z pewnym zastanowieniem obracając w głowie jej słowa. Brakowało szybkiej reakcji i zapewnienia, że na pewno tak nie było - może ktoś inny, o wiele lepszych instynktach społecznych, tak by zareagował, ale on wyglądał jakby i ten drobny aspekt musiał poważnie rozważyć.
- Nie wygłupiaj się - powiedział wreszcie, wycierając rękę w skrawek szaty i zbliżając do niej powoli. - Londyn, Dolina Godryka i Matka jedna wie jeszcze, co tak naprawdę ucierpiało tej nocy. Nie mogłaś ściągnąć nieszczęścia na całe miasta - pokręcił głową, kładąc jej łagodnie dłoń na ramieniu. - Myślę, że nieszczęścia czasem przyćmiewają wszystko inne i dlatego tak uważasz. Żyjesz. Twoja sąsiadka żyje. Ci twoi znajomi o których się martwiłaś, też mają się dobrze.
Przyglądał jej się uważnie, kiedy stawiał kolejne kroki w jej stronę. Drżała, a w oczach perliły się łzy, ale Rowle nie był w sumie taki pewien, czy przyjęłaby jakąkolwiek formę pocieszenia z jego strony. W końcu zawsze był okropny i zwyczajnie nieczuły, a przynajmniej tak go postrzegała jego zdaniem.
Podążył za nią, do wnętrza budynku, który był cały poczerniały od sadzy, uważnie przyglądając się temu, co sam zaprojektował. Ale nie czuł nic - żadnej satysfakcji albo refleksji, że może mógł to lepiej zaplanować. Wszystko było teraz kupką popiołu sadzy, potrzebując ze sobą wszystko to, co doprowadziło go do takiej, a nie innej decyzji.
- Nie powinno więc być aż tak źle z odbudową - zawyrokował w odpowiedzi na jej słowa, przejeżdżając palcami po najbliższej ścianie i rozcierając poczerniały osad opuszkami.
Nie spodziewał się chyba takiego samobiczowania.
Spojrzał na nią, powoli unosząc wzrok znad własnej dłoni, z pewnym zastanowieniem obracając w głowie jej słowa. Brakowało szybkiej reakcji i zapewnienia, że na pewno tak nie było - może ktoś inny, o wiele lepszych instynktach społecznych, tak by zareagował, ale on wyglądał jakby i ten drobny aspekt musiał poważnie rozważyć.
- Nie wygłupiaj się - powiedział wreszcie, wycierając rękę w skrawek szaty i zbliżając do niej powoli. - Londyn, Dolina Godryka i Matka jedna wie jeszcze, co tak naprawdę ucierpiało tej nocy. Nie mogłaś ściągnąć nieszczęścia na całe miasta - pokręcił głową, kładąc jej łagodnie dłoń na ramieniu. - Myślę, że nieszczęścia czasem przyćmiewają wszystko inne i dlatego tak uważasz. Żyjesz. Twoja sąsiadka żyje. Ci twoi znajomi o których się martwiłaś, też mają się dobrze.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast