17.10.2025, 02:35 ✶
Teoretycznie nie dało się ukryć tego, że postępowali dosyć szybko i gwałtownie, być może nawet nieco chaotycznie, no, przynajmniej w oczach części ludzi. Czy jednak byli to ich najbliżsi? Ci, których zdaniem tak naprawdę mogła przejmować się ta dwójka?
No niekoniecznie.
Ambroise był wręcz pewien tego, że w gruncie rzeczy, ich rodziny spodziewały się po nich niemalże wszystkiego. No, może bez wyjątkowych skrajności. Były rzeczy, których żadne z nich nigdy nie mogłoby (albo raczej: nie zamierzało i to z wyjątkowym uporem) się dopuścić. W końcu mieli swoje sztywne granice, nie mając w zwyczaju ulegać presji i posuwać się dalej niż chcieli to robić.
W wielu przypadkach bez cienia wątpliwości byli jednak wyjątkowo elastyczni. Tak, nawet on. Tak, nawet jeśli to trochę zakrawało na ironię. Tym bardziej, że niektórzy byliby zdecydowanie bardziej skorzy do tego, aby nazwać to chaosem, jaki wprowadzali. I to może nawet momentami przez nich niekontrolowanym.
Z perspektywy samego Greengrassa, oboje po prostu umieli dostosowywać okoliczności do tego, co chcieli osiągnąć. On sam bez wątpienia nie miał problemu z wykrzywianiem narracji na własną korzyść, choć sam raczej nie użyłby akurat tego określenia. Był dla siebie znacznie bardziej łaskawy.
Tak właściwie, uważał to za jedną ze swoich zalet. Tak samo jak w przypadku Geraldine i jej pewności, że wszystko się ułoży. W końcu to ona w pierwszej kolejności doprowadziła do tego, że tu siedzieli. Była oryginalnym twórcą ich małego zlepku wszystko w jednej chwili, ale przecież ze wszystkim sobie poradzimy.
A więc sobie radzili. Nie było innej opcji. I najwyraźniej robili to całkiem dobrze. Ha.
- Ubiegłaś moje kolejne pytanie - zauważył, nie bez uniesienia brwi, przeciągając się przy tym lekko, aby rozprostować kości.
Tak, zdecydowanie podobało mu się to, co usłyszał. Nie to, żeby wcześniej nie czuł się rozluźniony, ale w tym wypadku nie potrafił nie rozluźnić się jeszcze bardziej. Tak. Cieszyło go to, że rodzina jego narzeczonej tak dobrze przyjęła nowe wieści. Jak do tej pory, były one zaskakujące, to fakt, lecz nie zostały przyjęte w kategoriach dramatu. Chyba każdy na jakimś etapie życia myślał o tym, że wreszcie postanowią dojrzeć do wszystkich decyzji. W tym do pąkli. A że zrobili to w ten sposób?
No cóż.
- Więc jestem uprzedzony - stwierdził całkiem lekkim tonem głosu, przyjmując to do wiadomości, nawet jeśli zdecydowanie wolałby jeszcze coś wspólnie zrobić.
W końcu wieczór był jeszcze całkiem młody. No, przynajmniej w jego mniemaniu, bo miał jeszcze całkiem sporo energii. Tym bardziej, że Ambroise nie do końca zdążył przestawić się na ten zupełnie nowy tryb, w którym jego narzeczona coraz częściej usypiała niemal na stojąco. Oczywiście, rozumiał, skąd brało się jej zmęczenie, ale w dalszym ciągu dokonywał coraz to nowszych obserwacji. Niby teoretycznie był uzdrowicielem. Miał wykształcenie medyczne i znał się na ludzkiej fizjologii, jednakże to?
To była dla niego praktycznie całkowita nowość, nawet jeśli miewał już do czynienia z dziećmi i z kobietami w stanie błogosławionym. No cóż. Abstrahując od tego, że nie za bardzo znał się na ginekologii, całkiem samoświadomie dopuszczał do siebie po prostu tę jedną konkretną myśl. To, że o ile kiedyś myślał o posiadaniu wspólnych pąkli, może nie do końca szykował się do tego, żeby zostać ojcem. W tej konkretnej chwili. Został ojcem, nie miał nim zostać dopiero w przyszłości.
Oboje już mierzyli się z wyzwaniami, czyż nie? Nawet jeśli dziecko technicznie miało urodzić się za parę miesięcy. Za ponad pół roku, ale raczej większość ludzi wiedziała (a przynajmniej taką miał nadzieję), że to nie było aż tak zero-jedynkowe. Dzieci nie brały się z kapusty. Nie przynosiły ich też bociany ani sowy. To było coś znacznie dłuższego i zaczynało się o wiele wcześniej niż podczas narodzin potomstwa.
Tak. Nie spodziewał się tego. Żadne z nich się tego nie spodziewało. Zdecydowanie nie był obeznany z tematem bycia ojcem tudzież partnerem kobiety w ciąży, która i tak wyjątkowo odnajdywała się w sytuacji, bo nie do końca nawet dało się rozpatrywać to pod kątem ich świadomej decyzji o dzieciach. A więc w dalszym ciągu oboje starali się odnaleźć w nowych rolach.
Całe szczęście, zdecydowanie nie musieli robić tego sami.
- Dobrze słyszeć - tak, wyjątkowo dobrze. - Mniemam, że nie zechciał strzelać do mnie z kuszy? - Oczywiście, że musiał o to zapytać, tak dla czystej formalności, lekko uderzając przy tym językiem o podniebienie.
Raz. No. Może dwa razy.
Niby ojciec Riny go lubił. Rzecz jasna, z wzajemnością. W teorii utrzymali całkiem przyjazne stosunki nawet po rozstaniu Greengrassa z córką mężczyzny, choć fakt faktem, nie spotykali się za często ani tym bardziej celowo. Gerard był również bardzo skory do wyrażenia swej aprobaty odnośnie ślubu, gdy przybyli do Snowdonii w celu poinformowania go o swoich planach.
Czym innym było jednak zakomunikowanie o chęci zawarcia związku małżeńskiego. Czym innym zaś poinformowanie nestora łowieckiego rodu o tym, że może, być może, być może na pewno na początku następnego roku miał doczekać się pierwszej wnuczki. Tym bardziej, gdy prawdopodobnie wszystkie bliskie im osoby zdawał sobie sprawę z najprostszych reguł matematycznych. A także z tego, że teoretycznie się wtedy nie spotykali.
Nie byli zaręczeni. Nie planowali ślubu. Nawet nie próbowali tworzyć pozorów bycia w związku. Ani tym bardziej naprawiać łączących ich wieloletnich relacji. Byli za to wyjątkowo chłodni wobec siebie nawzajem, otaczając się jednocześnie gronem innych ludzi, byleby tylko nie być zbyt długo w swoim towarzystwie.
No cóż. Wcale nie potrzebowali przebywać sam na sam przez wiele godzin. I żadnej z nich zdecydowanie nie przeznaczyli na głębokie rozmowy. Wolał jednak pominąć milczeniem fakt, że zamiast tego postanowili grzmocić się po kątach, później udając obcych ludzi. Za to zdecydowanie mógłby zaliczyć strzał z kuszy. A nie wątpił, że akurat Gerard był w tym wyjątkowo dobry.
W końcu Staruszek upolował im całkiem sporo dziczyzny. Mimowolnie pokiwał głową, również podnosząc się z podłogi, żeby zbytnio nie odwlekać ich małej misji.
- Powiedziałbym, że najwyżej będziemy rozdawać pakiety żywieniowe, ale Jen chyba w dalszym ciągu wypomina ci nieoddane słoiki - nie było to wcale aż tak śmiałe założenie z jego strony; nie, gdy widział kolekcję w szafkach w kuchni przy Horyzontalnej. - A więc chodźmy. Nie możemy ich zawieść, nie? - Co jak co, ale poza przekąszeniem czegoś, co brzmiało naprawdę dobrze, dopieszczenie zwierząt również znajdowało się całkiem wysoko na liście priorytetów Greengrassa.
- Tylko cicho, cichutko - mruknął, może trochę zbyt teatralnie zniżając głos, ale to akurat musiała mu wybaczyć.
W końcu mieli być dyskretni, czyż nie?
No niekoniecznie.
Ambroise był wręcz pewien tego, że w gruncie rzeczy, ich rodziny spodziewały się po nich niemalże wszystkiego. No, może bez wyjątkowych skrajności. Były rzeczy, których żadne z nich nigdy nie mogłoby (albo raczej: nie zamierzało i to z wyjątkowym uporem) się dopuścić. W końcu mieli swoje sztywne granice, nie mając w zwyczaju ulegać presji i posuwać się dalej niż chcieli to robić.
W wielu przypadkach bez cienia wątpliwości byli jednak wyjątkowo elastyczni. Tak, nawet on. Tak, nawet jeśli to trochę zakrawało na ironię. Tym bardziej, że niektórzy byliby zdecydowanie bardziej skorzy do tego, aby nazwać to chaosem, jaki wprowadzali. I to może nawet momentami przez nich niekontrolowanym.
Z perspektywy samego Greengrassa, oboje po prostu umieli dostosowywać okoliczności do tego, co chcieli osiągnąć. On sam bez wątpienia nie miał problemu z wykrzywianiem narracji na własną korzyść, choć sam raczej nie użyłby akurat tego określenia. Był dla siebie znacznie bardziej łaskawy.
Tak właściwie, uważał to za jedną ze swoich zalet. Tak samo jak w przypadku Geraldine i jej pewności, że wszystko się ułoży. W końcu to ona w pierwszej kolejności doprowadziła do tego, że tu siedzieli. Była oryginalnym twórcą ich małego zlepku wszystko w jednej chwili, ale przecież ze wszystkim sobie poradzimy.
A więc sobie radzili. Nie było innej opcji. I najwyraźniej robili to całkiem dobrze. Ha.
- Ubiegłaś moje kolejne pytanie - zauważył, nie bez uniesienia brwi, przeciągając się przy tym lekko, aby rozprostować kości.
Tak, zdecydowanie podobało mu się to, co usłyszał. Nie to, żeby wcześniej nie czuł się rozluźniony, ale w tym wypadku nie potrafił nie rozluźnić się jeszcze bardziej. Tak. Cieszyło go to, że rodzina jego narzeczonej tak dobrze przyjęła nowe wieści. Jak do tej pory, były one zaskakujące, to fakt, lecz nie zostały przyjęte w kategoriach dramatu. Chyba każdy na jakimś etapie życia myślał o tym, że wreszcie postanowią dojrzeć do wszystkich decyzji. W tym do pąkli. A że zrobili to w ten sposób?
No cóż.
- Więc jestem uprzedzony - stwierdził całkiem lekkim tonem głosu, przyjmując to do wiadomości, nawet jeśli zdecydowanie wolałby jeszcze coś wspólnie zrobić.
W końcu wieczór był jeszcze całkiem młody. No, przynajmniej w jego mniemaniu, bo miał jeszcze całkiem sporo energii. Tym bardziej, że Ambroise nie do końca zdążył przestawić się na ten zupełnie nowy tryb, w którym jego narzeczona coraz częściej usypiała niemal na stojąco. Oczywiście, rozumiał, skąd brało się jej zmęczenie, ale w dalszym ciągu dokonywał coraz to nowszych obserwacji. Niby teoretycznie był uzdrowicielem. Miał wykształcenie medyczne i znał się na ludzkiej fizjologii, jednakże to?
To była dla niego praktycznie całkowita nowość, nawet jeśli miewał już do czynienia z dziećmi i z kobietami w stanie błogosławionym. No cóż. Abstrahując od tego, że nie za bardzo znał się na ginekologii, całkiem samoświadomie dopuszczał do siebie po prostu tę jedną konkretną myśl. To, że o ile kiedyś myślał o posiadaniu wspólnych pąkli, może nie do końca szykował się do tego, żeby zostać ojcem. W tej konkretnej chwili. Został ojcem, nie miał nim zostać dopiero w przyszłości.
Oboje już mierzyli się z wyzwaniami, czyż nie? Nawet jeśli dziecko technicznie miało urodzić się za parę miesięcy. Za ponad pół roku, ale raczej większość ludzi wiedziała (a przynajmniej taką miał nadzieję), że to nie było aż tak zero-jedynkowe. Dzieci nie brały się z kapusty. Nie przynosiły ich też bociany ani sowy. To było coś znacznie dłuższego i zaczynało się o wiele wcześniej niż podczas narodzin potomstwa.
Tak. Nie spodziewał się tego. Żadne z nich się tego nie spodziewało. Zdecydowanie nie był obeznany z tematem bycia ojcem tudzież partnerem kobiety w ciąży, która i tak wyjątkowo odnajdywała się w sytuacji, bo nie do końca nawet dało się rozpatrywać to pod kątem ich świadomej decyzji o dzieciach. A więc w dalszym ciągu oboje starali się odnaleźć w nowych rolach.
Całe szczęście, zdecydowanie nie musieli robić tego sami.
- Dobrze słyszeć - tak, wyjątkowo dobrze. - Mniemam, że nie zechciał strzelać do mnie z kuszy? - Oczywiście, że musiał o to zapytać, tak dla czystej formalności, lekko uderzając przy tym językiem o podniebienie.
Raz. No. Może dwa razy.
Niby ojciec Riny go lubił. Rzecz jasna, z wzajemnością. W teorii utrzymali całkiem przyjazne stosunki nawet po rozstaniu Greengrassa z córką mężczyzny, choć fakt faktem, nie spotykali się za często ani tym bardziej celowo. Gerard był również bardzo skory do wyrażenia swej aprobaty odnośnie ślubu, gdy przybyli do Snowdonii w celu poinformowania go o swoich planach.
Czym innym było jednak zakomunikowanie o chęci zawarcia związku małżeńskiego. Czym innym zaś poinformowanie nestora łowieckiego rodu o tym, że może, być może, być może na pewno na początku następnego roku miał doczekać się pierwszej wnuczki. Tym bardziej, gdy prawdopodobnie wszystkie bliskie im osoby zdawał sobie sprawę z najprostszych reguł matematycznych. A także z tego, że teoretycznie się wtedy nie spotykali.
Nie byli zaręczeni. Nie planowali ślubu. Nawet nie próbowali tworzyć pozorów bycia w związku. Ani tym bardziej naprawiać łączących ich wieloletnich relacji. Byli za to wyjątkowo chłodni wobec siebie nawzajem, otaczając się jednocześnie gronem innych ludzi, byleby tylko nie być zbyt długo w swoim towarzystwie.
No cóż. Wcale nie potrzebowali przebywać sam na sam przez wiele godzin. I żadnej z nich zdecydowanie nie przeznaczyli na głębokie rozmowy. Wolał jednak pominąć milczeniem fakt, że zamiast tego postanowili grzmocić się po kątach, później udając obcych ludzi. Za to zdecydowanie mógłby zaliczyć strzał z kuszy. A nie wątpił, że akurat Gerard był w tym wyjątkowo dobry.
W końcu Staruszek upolował im całkiem sporo dziczyzny. Mimowolnie pokiwał głową, również podnosząc się z podłogi, żeby zbytnio nie odwlekać ich małej misji.
- Powiedziałbym, że najwyżej będziemy rozdawać pakiety żywieniowe, ale Jen chyba w dalszym ciągu wypomina ci nieoddane słoiki - nie było to wcale aż tak śmiałe założenie z jego strony; nie, gdy widział kolekcję w szafkach w kuchni przy Horyzontalnej. - A więc chodźmy. Nie możemy ich zawieść, nie? - Co jak co, ale poza przekąszeniem czegoś, co brzmiało naprawdę dobrze, dopieszczenie zwierząt również znajdowało się całkiem wysoko na liście priorytetów Greengrassa.
- Tylko cicho, cichutko - mruknął, może trochę zbyt teatralnie zniżając głos, ale to akurat musiała mu wybaczyć.
W końcu mieli być dyskretni, czyż nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down