17.10.2025, 08:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.10.2025, 08:29 przez Rodolphus Lestrange.)
Wokół jednego z mężczyzn pojawiła się lina, która skrępowała ciało. Nie on ją wyczarował, ale domyślał się, że Astoria próbowała się bronić. Z ukłuciem satysfakcji zauważył, że kobieta mimo beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła, walczyła jak lwica, broniąca swoje młode. Tak naprawdę gdyby nie on, to mogłaby sobie poradzić sama: nigdy nie uważał jej za wybitnie uzdolnioną czarownicę, ale ta sytuacja pokazała mu, że bardzo się mylił w stosunku do Avery. Jednak Rodolphus nie miał teraz czasu, by zachwycać się nad jej zdolnością oceny sytuacji i szybkim reagowaniem, bo z jego różdżki wystrzelił pęd wiatru, który zwalił kolejnego mężczyznę na ziemię. Był na tyle mocny, że posłał go o kilka metrów dalej. Astoria była wolna, lecz zamiast uciekać, podjęła walkę. Kolejny plus dla ciebie, Avery.
Mimo że zaklęcie się nie powiodło, nie martwił się o to. Wierzył w swoje umiejętności i chociaż czasem za bardzo, to jednak w niektórych kwestiach się nie mylił ani trochę. Została ich dwójka, bo jeden z mądrzejszych zwiał gdzieś w bramę. Mieli więc przewagę, bo przecież nie dopuszczał do siebie myśli, że walka 1 na 1 byłaby uczciwa: nie dla nich, zbytnio wierzył w siebie i Astorię, nawet jeżeli dostrzegał kątem oka, że ta słaniała się na nogach, a potem padła na ziemię, raniona zaklęciem. Poczuł gniew. Pulsująca nienawiść wezbrała w nim w mgnieniu oka - krew pulsowała w skroniach, palce kurczowo zaciskały się na różdżce. Kusiło zapytać, czy wiedzą z kim zadarli. Czy wiedzą, kogo atakują. Czy zdają sobie sprawę z konsekwencji. Ale z jego ust nie wydobyło się żadne słowo. Lestrange miał dwa wyjścia: odsłonić siebie i rzucić tarczę na Astorię, lub pozbyć się przeciwników, możliwie za jednym zamachem. Wybrał oczywiście opcję numer dwa. Chciał wytworzyć śmiercionośny ogień, który podpaliłby tych, którzy ośmielili się podnieść różdżki na Avery.
Kształtowanie, wytworzenie płomienia ognia
Z różdżki Lestrange'a wystrzelił płomień, który z zadziwiającą prędkością zaatakował jednego z mężczyzn. Tego, który cisnął przed chwilą zaklęciem tnącym w Astorię. Druga leżąca na ziemi kobieta w ogóle go nie interesowała: liczyła się teraz Astoria Avery, która była w niebezpieczeństwie. Mugolak krzyknął, gdy jego ubranie i włosy zajęły się ogniem. Udało mu się uniknąć płomieni, które wzniecił jako śmierciożerca, lecz nie udało mu się uniknąć ognia, który wystrzelił jako Rodolphus, pod własną twarzą. Nie interesowało go, czy ktokolwiek to zobaczy: jego ciało było teraz napędzane czystą nienawiścią. Ciskał zaklęcia, żeby zranić oraz zabić, nie po to, by odgonić napastników.
- Zejdź grzecznie z pani - wciąż z wyciągniętą różdżką, tym razem wycelowaną w drugiego mugolaka, który szarpał się z Penelope, zrobił kilka kroków. - Zanim cię zabiję.
Och, kłamstwo, słodziutkie kłamstwo - w jego oczach odbijała się furia. On nie miał zamiaru go oszczędzić, nigdy nie przyszłoby mu to przez myśl. Nie miał pojęcia, kim byli ci ludzie, ale równie dobrze mogli być czystej krwi - nie obchodziło go to. W chwili, gdy podnieśli różdżkę na Astorię, stali się jego celem, który należało zlikwidować.
Mimo że zaklęcie się nie powiodło, nie martwił się o to. Wierzył w swoje umiejętności i chociaż czasem za bardzo, to jednak w niektórych kwestiach się nie mylił ani trochę. Została ich dwójka, bo jeden z mądrzejszych zwiał gdzieś w bramę. Mieli więc przewagę, bo przecież nie dopuszczał do siebie myśli, że walka 1 na 1 byłaby uczciwa: nie dla nich, zbytnio wierzył w siebie i Astorię, nawet jeżeli dostrzegał kątem oka, że ta słaniała się na nogach, a potem padła na ziemię, raniona zaklęciem. Poczuł gniew. Pulsująca nienawiść wezbrała w nim w mgnieniu oka - krew pulsowała w skroniach, palce kurczowo zaciskały się na różdżce. Kusiło zapytać, czy wiedzą z kim zadarli. Czy wiedzą, kogo atakują. Czy zdają sobie sprawę z konsekwencji. Ale z jego ust nie wydobyło się żadne słowo. Lestrange miał dwa wyjścia: odsłonić siebie i rzucić tarczę na Astorię, lub pozbyć się przeciwników, możliwie za jednym zamachem. Wybrał oczywiście opcję numer dwa. Chciał wytworzyć śmiercionośny ogień, który podpaliłby tych, którzy ośmielili się podnieść różdżki na Avery.
Kształtowanie, wytworzenie płomienia ognia
Rzut N 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
Z różdżki Lestrange'a wystrzelił płomień, który z zadziwiającą prędkością zaatakował jednego z mężczyzn. Tego, który cisnął przed chwilą zaklęciem tnącym w Astorię. Druga leżąca na ziemi kobieta w ogóle go nie interesowała: liczyła się teraz Astoria Avery, która była w niebezpieczeństwie. Mugolak krzyknął, gdy jego ubranie i włosy zajęły się ogniem. Udało mu się uniknąć płomieni, które wzniecił jako śmierciożerca, lecz nie udało mu się uniknąć ognia, który wystrzelił jako Rodolphus, pod własną twarzą. Nie interesowało go, czy ktokolwiek to zobaczy: jego ciało było teraz napędzane czystą nienawiścią. Ciskał zaklęcia, żeby zranić oraz zabić, nie po to, by odgonić napastników.
- Zejdź grzecznie z pani - wciąż z wyciągniętą różdżką, tym razem wycelowaną w drugiego mugolaka, który szarpał się z Penelope, zrobił kilka kroków. - Zanim cię zabiję.
Och, kłamstwo, słodziutkie kłamstwo - w jego oczach odbijała się furia. On nie miał zamiaru go oszczędzić, nigdy nie przyszłoby mu to przez myśl. Nie miał pojęcia, kim byli ci ludzie, ale równie dobrze mogli być czystej krwi - nie obchodziło go to. W chwili, gdy podnieśli różdżkę na Astorię, stali się jego celem, który należało zlikwidować.