Dymu i pyłu, który sypał się z nieba, było wokół tyle, że koncertowo zagęszczały atmosferę. Jeśli Victoria kiedykolwiek zastanawiała się, czy dym da się pogryźć i przeżuć, to tej nocy miała już swoją odpowiedź: tak jakby. Nie dało się nim najeść, ale skutecznie wciskał się do gardła i płuc, nawet jeśli próbowało się przed tym chronić. Nie było to jednak ani proste, ani nazbyt skuteczne. Drapał w gardło, gryzł w oczy… Lestrange nie wiedziała jednak jeszcze, że to nie przejdzie wraz z jego opadnięciem, ani po jednym dniu, ani po dwóch. Nie miała nawet przebłysku na ten temat, że będzie to krajowy problem – ten pieprzony pył, który podpalał budynki, przyklejał się do ludzi, i dym, który mu towarzyszył.
Sama miała zaskakująco dużo szczęścia. Była poobijana, miała rozcięty policzek i obandażowaną dłoń, ale nie było to nic groźnego – nic sobie nie rozszczepiła, nie skręciła, nie złamała… a właziła do płonących, rozlatujących się budynków, żeby wyciągnąć stamtąd ludzi, którzy tam utknęli. No bo co miała zrobić? Jasne, śmierciożercy i czarnoksiężnicy, to był jej główny cel, ale ulice były pełne potrzebujących. Ciemnooka już nie miała nawet siły poprawiać swojego munduru, teraz już bardziej szarego, niż czarnego, ani zakurzonych włosów. Cholera, gdyby spojrzała w lustro, to zobaczyłaby sadzę na twarzy, miejscami rozmazaną – ale lustra nie było. Był tylko Atreus, który wyglądał równie źle i Victoria nawet nie zamierzała tego komentować, gdy znowu trafili na siebie i bez zbędnych słów, porozumiewając się bardziej spojrzeniami i pomrukami, maszerowali teraz ramię w ramię po Horyzontalnej.
– Rozpierdol – odparła i zaraz chrząknęła, czując narastającą w gardle gulę i chrypkę. A zorientowawszy się, że Bulstrode może to opacznie zrozumieć, zaraz kontynuowała. – Znaczy mnóstwo rannych, uzdrowiciele biegają, leczą na korytarzach, dramat. Niektórzy chowają się tam przed ogniem, nawet całe rodziny, tak jak w Ministerstwie – takie stężenie chaosu, krzyków, płaczów i jęków, jakie panowało w Mungu, nie było nawet widoczne na Pokątnej na początku tej masakry. – Nie widziałam tam chyba nikogo znajomego, ale szczerze mówiąc, nawet się specjalnie nie przyglądałam. Zostawiłam tam tego faceta i zaraz wróciłam – rozglądała się w poszukiwaniu swojego ojca, albo babki, albo jakiegoś kuzyna czy kuzynki, ale w tłumie trudno było wypatrzyć znajome twarze, więc szybko odpuściła. – A u ciebie? Bez zmian? – znaczyło to ni mniej, ni więcej tyle: czy nie miał jakichś złych wiadomości.