Ona też nie bardzo wiedziała, czemu w ten sposób działała na ludzi. Nie na wszystkich rzecz jasna, ale na całkiem sporą ilość… zwłaszcza tych, z którymi miała styczność w szkole. Lestrange całe swoje życie nosiła głowę wysoko, a kija w dupie tak głęboko, że nie zginała pleców w żadnym ukłonie. Przed nikim. Może to dlatego. Albo to aura byłej prefektki, a później prefektki naczelnej, wyrastającej jak duch z kąta i mówiącej „Borgin… co znowu zrobiłeś?” z tą niewzruszoną miną – nie wiem, mogę się tylko domyślać, tak samo jak mogła zgadywać Victoria. Nie robiła tego celowo… zazwyczaj. A na pewno nie robiła tego celowo teraz, to znaczy nie starała się udawać, że Atreus ląduje na dywaniku u dyrektora, bo też niczego nie przeskrobał, a przynajmniej ona o niczym takim nie wiedziała.
A to, że matkowała ludziom… No to jej się zdarzało. Zwłaszcza w stosunku do jej sióstr, każdej jednej. Aidana też czasami ciągnęła za ucho (albo… robiła coś znacznie gorszego, a to wszystko z zemsty za wyjca posłanego prosto do Biura Aurorów, natomiast była to jej słodka tajemnica i nie wątpiła, że nie była nawet podejrzewana o tak podłą zagrywkę jak „anonimowy” anons do gazety w imieniu drogiego kuzyna). Atreusowi matkować nie planowała… ale jakoś musiała zacząć rozpraszającą gadkę a to było pierwsze co przyszło jej do głowy: pieprzone śniadanie.
Miała silne bariery i wiedziała o tym, bo poczuła mentalny dotyk jakiegoś obcego bytu… znaczy się Atreusa i przez moment siłowali się ze sobą, nie będąc nawet na wyciągnięcie dłoni od siebie, a wtedy Bulstrode zapytał o skrzata domowego i jak żyła, a jej myśli poszybowały wstecz do lipca i skrzywiła się bardzo wyraźnie.
– Przeprowadziłam się w drugiej połowie lipca – odparła niezadowolona, przypominając sobie zerwane zaręczyny z Saurielem i Wielką Kłótnię z Isabellą Lestrange – taką, w której w obieg poszły różdżki i talerze, a ojciec zabrał z domu jej najmłodszą siostrę, która była na wakacjach po pierwszym roku w szkole, żeby nie musiała oglądać tej… wojny. – Wyniosłam się z domu w nie najlepszych stosunkach z moją matką, że się tak wyrażę, więc nie miałam u siebie skrzata – dość powiedzieć, że wyrwała się z macek bardzo toksycznej rodziny i wiedziała o tym doskonale. A Victoria była zbyt dumna i uparta, żeby prosić. I myśl o tym, co się działo w lipcu, rozproszyła ją na tyle, że Bulstrode wdarł się do jej umysłu. Poczuła to. I skrzywiła się jeszcze bardziej.
Blondyn chyba nie miał dotychczas okazji oglądać jej aury i, miała nadzieję, że nie nastąpi to ponownie zbyt szybko, niech więc się nacieszy. Ta była… Intensywnie żółta i cieplutka jak słońce – to była ta podstawowa barwa. Zaś pochodna, dotycząca jej obecnych emocji, mówiła o tym, że Victoria jest obecnie zdeterminowana, może nieco zirytowana. Próżno było za to szukać w niej smutku czy strachu.
– Dwie kawy na dzień dobry? Nic dziwnego, że potem nie masz siły pisać raportów, jak chodzisz nakręcony jak zegarek i najchętniej to wziąłbyś kogoś na pięści – uśmiechnęła się złośliwie, ale za to krótko, bo tylko go zaczepiała i się z nim drażniła (tak dla własnej przyjemności jak i dla właściwego efektu). – No dobra, głupi ma zawsze szczęście. Po ilu wygranych uznajemy zakład za zakończony? – rzuciła już poważniej i strzepnęła w odruchu niewidzialny pyłek z maknietu koszuli. Była zresztą gotowa na kolejną próbę.
// Rozpraszanie ◉◉◉◉○ – oklumencja
Sukces!