Zacisnęła usta w wąską kreskę, gdy myślała o panach w czerni, ale nic nie byli w stanie na to poradzić. To męczyło jej serce, bo znała tożsamość przynajmniej dwóch… I domyślała się trzeciego – i przy tym wiedziała, że jeden z nich został panem w czerni dlatego, że go do tego zmuszono. Terror, groźby… Siali zniszczenie i mord, samemu będąc do tego zmuszani. Nie wszyscy, rzecz jasna, nie wierzyła w to, ale skoro był tam przynajmniej jeden przymuszony rodzynek, to może było takich więcej i to tym bardziej ściskało serce.
– Smutni panowie w szlafrokach – wymruczała pod nosem, bo tak ich nazywała i te ich szaty. Robiła to też trochę po to, żeby odciągnąć wagę sytuacji, wtłoczyć odrobinę abstrakcji i śmiechu tam, gdzie była tylko ciemność. – Nie ich miałam na myśli, ale punkt dla ciebie – sama nie zamierzała oceniać żadnego aurora, który stoczył walkę z czarnoksiężnikiem, bo często były to pojedynki na śmierć i życie. Czasami gdy walczyłeś o własne życie, nie miałeś wyboru… – Taak, a ty się mnie zawsze słuchasz, prawda? – zaczepiła go. – Zapamiętam to sobie, Bulstrode – nawet uśmiechnęła się krótko, doceniając te próby – a oboje byli już zmęczeni tą nocą, tylko końca nie było widać.
I jej udało się wyczarować materiał, który obwiązała wokół ust i nosa, żeby się nie udusić włażąc w chmurę gęstego dymu. Musiała przy tym zmrużyć oczy, bo szmata na ryju miała zasadniczy minus – nie obejmowała też oczu, które też podrażniał i już gotowała się na to, co zaraz nastąpi.
– No to panowie przodem. Będę ci osłaniać plecy – powiedziała, a jej głos był nieco przytłumiony przez materiał i zaraz oboje zanurzyli się w kłąb dymu. Już wiedzieli, że gubią się w nim ludzie… a może to było właśnie inaczej: może dym, jak taka dzika świadomość, dopadał człowieka i koncentrował się wokół niego? Może ci ludzie się tam wcale nie gubili, tylko zostali tam siłą zgubieni? Nie zamierzała tej teorii sprawdzać, no bo jak, ale była to taka myśl…