To była tragedia. Ta wojna śmierciożerców i mugolaków miała więcej ofiar, niż tylko te dwie frakcje – tragedią było właśnie też to, że przyjaciele musieli stawać przeciwko sobie… Ale dlatego tym bardziej Victoria starała się kończyć pracę punktualnie i nie wynosić jej na prywatę, bo jak mogłaby wtedy spać spokojnie? Ona nie musiała zgadywać, ona dokładnie wiedziała – i przy tym był to absurd, bo taki Sauriel nie miał nic do mugolaków i mugoli. Lubił ich prawdę mówiąc, grał mugolskie piosenki, interesował się ich kulturą i historią… Ale jego rodzina tego nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć. I pewnego dnia zmusili go do założenia szaty i złożenia swoich poglądów za sobą, w imię… czego właściwie? Byli tu z Atreusem dokładnie tak samo rozdzierani, z tą świadomością, że mogli dzisiaj spotkać kogoś znajomego… Albo nawet rodzinę. I nie mieli też żadnego wyjścia. Kiedy Lestrange zaczęła pracę brygadzistki, z myślą o tym, że zostanie aurorem, nie myślała o tym, że pewnego dnia pojawi się taki Lord Voldemort, który nastawi przeciwko sobie przyjaciół i rodziny.
Uśmiechnęła się pod nosem, bo oboje wiedzieli, że była to jedna z rodzaju prawd, owszem, ale z określnikiem „gówno”. Gówno prawda.
Atreus kaszlał, po chwili i Victorii się zdarzyło, chociaż bardzo się próbowała przed tym wstrzymywać, to się nie dało, bo dym jednak drapał w gardło, nawet jeśli osłaniali się przed nim materiałem. Próbowała ten kaszel stłumić, ale nie dało się powstrzymać.
Mężczyzna zakaszlał, gdy Atreus zbliżył się do niego, znacznie gorzej niż ich dwójka i mrużył oczy, chyba nie widział za dobrze w tym dymie (i ciekawe jak długo tak błądził…), jednak nie odsunął się od Bulstrode’a – najwyraźniej naprawdę potrzebował tej pomocy, bo gdy auror go złapał, to się nie opierał.
– Tak, tamten kierunek już znamy – przytaknęła i poczekała aż Atreus i zanoszący się kaszlem cywil przejdą, a może nawet pobiegną pierwsi, a ona ruszyła w ślad za nimi. Nie minęło dużo czasu, a cała trójka znalazła się poza tą gęstą chmurą na „świeżym” powietrzu – to znaczy takim, którego nie dało się gryźć, w przeciwieństwie do tego cholernego kłębu. Na zewnątrz nadal nie było idealnie, wiadomo, ale o niebo lepiej. I nieznajomy aż zachłysnął się tym powietrzem, gdy w końcu przestał się dusić. Lestrange nie ponaglała go, dając czas, by w miarę doszedł do siebie. Wiedzieli już co się może stać, gdy ludzie utkną tam na zbyt długo – oni tam naprawdę się dusili, tracili przytomność… Jednego takiego przecież zabrała do Munga. – Wszystko w porządku? – odezwała się po chwili do mężczyzny w średnim wieku, gdy sama odwiązała materiał z twarzy.