19.10.2025, 21:39 ✶
Dziwna była to przemiana.
W pierwszej sekundzie wilgowron zatrzepotał gniewnie skrzydłami, gotowy się wyrwać, by potem… się uspokoić. Paniczny strach nie ustępował, ale nie przerodził się w ucieczkę. Było w tym przede wszystkim poszukiwanie schronienia. A jeśli jedynym bezpiecznym miejscem w pogrążonym w płomieniach Londynie miały być ramiona nieznajomego - ptak musiał zaryzykować.
Wędruj tam gdzie będą mówić po włosku. A gdy usłyszysz inną mowę - będziesz wiedział, że dotarłeś na miejsce. Brzmiała wiadomość wypisana na pocztówce pozostawionej na biurku szefa OSHM tamtego pamiętnego dnia. Wtedy pozwoliła mu podążyć za sobą aż na próg zamku Al-Karak.
Ale teraz… pośród kamiennych ścian wzniesionych przez krzyżowców była sama. Wędrowała w milczeniu, sunąc bosą stopą po przysypanych piaskiem posadzkach. Ruiny świątyni nie odebrały jej uroku, bo choć Lorien nie wierzyła w Bogów - ni tych zrodzonych z wyobraźni ludzi, ni tych z krwi czarodziejów, to szanowała ich tradycje i zwyczaje.
Mury pamiętały walki, pamiętały krzyk, pamiętały… jej taniec. Bo gdy nie pozostało nic innego - Lorien po prostu tańczyła. Z lampą oliwną w dłoni, błyszczącą jasnym płomieniem, w takt melodii, która rozbrzmiewała w jej umyśle niczym stara kołysanka. Tańczyła, a cienie tańczyły wraz z nią. Cienie, kościotrupy, kobiety i mężczyźni - utrwaleni po wieki na ściennych malowidłach.
Tańczyli po sam zmierzch, gdy ostatnie promienie słońce wpadały do sali przez niewielkie okienka fortecy. Tańczyła tak długo aż piasek przestał parzyć. Tańczyła aż skrwawione stopy odmawiały posłuszeństwa i musiała upaść na kolana pod ciężarem własnej słabości.
Vita brevis, amor longus, libertas aeterna.
Wpatrywała się w napis tak długo, że słowa straciły już swój pierwotny sens. Teraz były już tylko pocieszeniem.
Wilgowron opadł cicho jak śmierć na jej kolana, układając się do snu w miękkim materiale na podołku jej spódnicy. Nie zauważyła go wcześniej. Był ranny. Czy ona była ranna?
Ściany zmieniły kolor. Podłoga zmieniła kolor. Złoto ustąpiło miejsca czerni. Ciepło - chłodu. Ostatnie promienie słońca zniknęły gdzieś za horyzontem, pogrążając ich w przerażającej ciszy. Nie słyszała bicia swojego serca. Nie słyszała ptasiego serca. Żadne nie było w chwili, gdy powinny bić oba. Podkuliła kolana, przytulając wilgowrona do piersi, otulając go swoją własną szatą. Wsparła się plecami o zardzewiały kraty tak znanego sobie więzienia na Morzu Północnym. Wpatrywała się tylko w spisany krwią napis na pokrytej wilgocią i grzybem ścianie. Vita brevis, amor longus, libertas aeterna.
- Nie chcę stąd iść.- Szepnęła.- Pozwól mi… Pozwól… Proszę.
Wiele było rozpaczy, w słowach kierowanych w ptasią stron. Jeszcze więcej pragnienia, żeby to wszystko się skończyło. Ale… koniec nie nadciągał. Wilgowron usnął w bezpiecznych objęciach ukochanej pani, a ona musiała się wybudzić. Musiała, nim zapomni jak. Szarpnęła za pozostawioną lampkę oliwną, resztkami sił rozbijając ją o posadzkę. Ile sekund minęło nim cela zajęła się ogniem? Była zmęczona, tak bardzo zmęczona.
Nie oponowała, gdy koścista dłoń wsunęła się pomiędzy kraty - oddała śpiącego wilgowrona. Najpierw przyszedł ból. Potem swąd. A na koniec zapanowała ciemność.
Czy fakt, że Jim się zamachnął i kompletnie rozminął z napastnikiem, miał aż takie znaczenie? Niby tak, bo mężczyzna roześmiał się jedynie chrapliwie na ten marny pokaz siły. Sam zresztą postanowił nie pozostawać dłużnym. Zacisnął pięść i zamachnął się, celując prościutko w nos domorosłego bohatera.
Bójkę zauważyła rosłej postury brygadzistka, która do tego momentu próbowała opanować panikę spowodowaną niedawnym wybuchem samochodu.
- SPOKÓJ!- Krzyknęła, pakując się dokładnie pomiędzy dwóch chłopów. Odepchnęła ich od siebie, ale nie ryzykowała wyjęcia różdżki w miejscu pełnym mugoli.- LONDYN PŁONIE! ROZUMU NIE MACIE!?
Wilgowron w objęciach Jima sprawiał wrażenie martwego.
Nie poruszał się, nie szarpał. Przez cały ten czas po prostu leżał nieruchomo,umoszczony między nagą skórą mężczyzny, a warstwami jego koszuli. Tak pozornie bezpieczny od zewnętrznego świata. Ale coś się zaczęło zmieniać. Zadrżał.
Raz. Drugi. Wyrwał się rozpaczliwie ze swojego więzienia czując, że Ona musiała wrócić. Teraz, natychmiast. Nie starał się być przy tym wyjątkowo delikatny, więc pozostawił po sobie jedną czy dwie krwawe blizny. Ale jak szalona była to ucieczka - przemiana wydała się jeszcze gorsza, bo ptak nie zdołał spaść bezpiecznie na ziemię. Po prostu zaskrzeczał boleśnie, a potem zniknął w materiale czarnej szaty Lorien, osypujących się piórach i jej splątanych lokach. Ona sama osunęła się w ramiona nieznajomego sobie czarodzieja, instynktownie obejmując ramionami jego szyję, żeby nie upaść na bruk.
I choć na pierwszy rzut oka nic jej nie było - drżała jak osika, wbijając ostre paznokcie w kark blondyna, niepomna na otaczający ich świat.
|| Odgrywam to co się dzieje z Lorien podczas działania Klątwy, więc większość posta to jej mały, wewnętrzny świat - ponieważ wyrzuciłam sukces korzystam z tego, że mogę się przemienić w człowieka w wybranym momencie.
|| Napastnik dostał rzut na AF (Z), żeby zrównoważyć rzut Jima.
W pierwszej sekundzie wilgowron zatrzepotał gniewnie skrzydłami, gotowy się wyrwać, by potem… się uspokoić. Paniczny strach nie ustępował, ale nie przerodził się w ucieczkę. Było w tym przede wszystkim poszukiwanie schronienia. A jeśli jedynym bezpiecznym miejscem w pogrążonym w płomieniach Londynie miały być ramiona nieznajomego - ptak musiał zaryzykować.
Wędruj tam gdzie będą mówić po włosku. A gdy usłyszysz inną mowę - będziesz wiedział, że dotarłeś na miejsce. Brzmiała wiadomość wypisana na pocztówce pozostawionej na biurku szefa OSHM tamtego pamiętnego dnia. Wtedy pozwoliła mu podążyć za sobą aż na próg zamku Al-Karak.
Ale teraz… pośród kamiennych ścian wzniesionych przez krzyżowców była sama. Wędrowała w milczeniu, sunąc bosą stopą po przysypanych piaskiem posadzkach. Ruiny świątyni nie odebrały jej uroku, bo choć Lorien nie wierzyła w Bogów - ni tych zrodzonych z wyobraźni ludzi, ni tych z krwi czarodziejów, to szanowała ich tradycje i zwyczaje.
Mury pamiętały walki, pamiętały krzyk, pamiętały… jej taniec. Bo gdy nie pozostało nic innego - Lorien po prostu tańczyła. Z lampą oliwną w dłoni, błyszczącą jasnym płomieniem, w takt melodii, która rozbrzmiewała w jej umyśle niczym stara kołysanka. Tańczyła, a cienie tańczyły wraz z nią. Cienie, kościotrupy, kobiety i mężczyźni - utrwaleni po wieki na ściennych malowidłach.
Tańczyli po sam zmierzch, gdy ostatnie promienie słońce wpadały do sali przez niewielkie okienka fortecy. Tańczyła tak długo aż piasek przestał parzyć. Tańczyła aż skrwawione stopy odmawiały posłuszeństwa i musiała upaść na kolana pod ciężarem własnej słabości.
Vita brevis, amor longus, libertas aeterna.
Wpatrywała się w napis tak długo, że słowa straciły już swój pierwotny sens. Teraz były już tylko pocieszeniem.
Wilgowron opadł cicho jak śmierć na jej kolana, układając się do snu w miękkim materiale na podołku jej spódnicy. Nie zauważyła go wcześniej. Był ranny. Czy ona była ranna?
Ściany zmieniły kolor. Podłoga zmieniła kolor. Złoto ustąpiło miejsca czerni. Ciepło - chłodu. Ostatnie promienie słońca zniknęły gdzieś za horyzontem, pogrążając ich w przerażającej ciszy. Nie słyszała bicia swojego serca. Nie słyszała ptasiego serca. Żadne nie było w chwili, gdy powinny bić oba. Podkuliła kolana, przytulając wilgowrona do piersi, otulając go swoją własną szatą. Wsparła się plecami o zardzewiały kraty tak znanego sobie więzienia na Morzu Północnym. Wpatrywała się tylko w spisany krwią napis na pokrytej wilgocią i grzybem ścianie. Vita brevis, amor longus, libertas aeterna.
- Nie chcę stąd iść.- Szepnęła.- Pozwól mi… Pozwól… Proszę.
Wiele było rozpaczy, w słowach kierowanych w ptasią stron. Jeszcze więcej pragnienia, żeby to wszystko się skończyło. Ale… koniec nie nadciągał. Wilgowron usnął w bezpiecznych objęciach ukochanej pani, a ona musiała się wybudzić. Musiała, nim zapomni jak. Szarpnęła za pozostawioną lampkę oliwną, resztkami sił rozbijając ją o posadzkę. Ile sekund minęło nim cela zajęła się ogniem? Była zmęczona, tak bardzo zmęczona.
Nie oponowała, gdy koścista dłoń wsunęła się pomiędzy kraty - oddała śpiącego wilgowrona. Najpierw przyszedł ból. Potem swąd. A na koniec zapanowała ciemność.
Czy fakt, że Jim się zamachnął i kompletnie rozminął z napastnikiem, miał aż takie znaczenie? Niby tak, bo mężczyzna roześmiał się jedynie chrapliwie na ten marny pokaz siły. Sam zresztą postanowił nie pozostawać dłużnym. Zacisnął pięść i zamachnął się, celując prościutko w nos domorosłego bohatera.
AF (Z) - cios Koroleva wymierzony w Jima
Rzut Z 1d100 - 69
Sukces!
Sukces!
Bójkę zauważyła rosłej postury brygadzistka, która do tego momentu próbowała opanować panikę spowodowaną niedawnym wybuchem samochodu.
- SPOKÓJ!- Krzyknęła, pakując się dokładnie pomiędzy dwóch chłopów. Odepchnęła ich od siebie, ale nie ryzykowała wyjęcia różdżki w miejscu pełnym mugoli.- LONDYN PŁONIE! ROZUMU NIE MACIE!?
Czy widząc interweniującego Brygadzistę pan Korolev postanowi uciec?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Wilgowron w objęciach Jima sprawiał wrażenie martwego.
Nie poruszał się, nie szarpał. Przez cały ten czas po prostu leżał nieruchomo,umoszczony między nagą skórą mężczyzny, a warstwami jego koszuli. Tak pozornie bezpieczny od zewnętrznego świata. Ale coś się zaczęło zmieniać. Zadrżał.
Raz. Drugi. Wyrwał się rozpaczliwie ze swojego więzienia czując, że Ona musiała wrócić. Teraz, natychmiast. Nie starał się być przy tym wyjątkowo delikatny, więc pozostawił po sobie jedną czy dwie krwawe blizny. Ale jak szalona była to ucieczka - przemiana wydała się jeszcze gorsza, bo ptak nie zdołał spaść bezpiecznie na ziemię. Po prostu zaskrzeczał boleśnie, a potem zniknął w materiale czarnej szaty Lorien, osypujących się piórach i jej splątanych lokach. Ona sama osunęła się w ramiona nieznajomego sobie czarodzieja, instynktownie obejmując ramionami jego szyję, żeby nie upaść na bruk.
I choć na pierwszy rzut oka nic jej nie było - drżała jak osika, wbijając ostre paznokcie w kark blondyna, niepomna na otaczający ich świat.
|| Odgrywam to co się dzieje z Lorien podczas działania Klątwy, więc większość posta to jej mały, wewnętrzny świat - ponieważ wyrzuciłam sukces korzystam z tego, że mogę się przemienić w człowieka w wybranym momencie.
|| Napastnik dostał rzut na AF (Z), żeby zrównoważyć rzut Jima.