Nie miało to większego znaczenia, tu Atreus miał rację. Była to po prostu obserwacja, jaka przyszła jej do głowy, równie prawdopodobna, co jego teoria. Obie niesprawdzalne, chyba że zaczailiby się na głupi kłąb dymu w jakiejś uliczce (co było absurdalne), albo sami w tym utknęli, a nie wchodzili weń na własną odpowiedzialność.
– Nie… – mruknęła w odpowiedzi, wgapiając się w drogę przed nimi. – Ciągle mi nie po drodze – myślała o swoich kotach na samym początku, a potem nagle wpłynęło na nich tyle akcji i roboty, że chcąc nie chcąc musiała to wszystko zrzucić w kąt i modliła się po cichu do Matki, by wszystko było w porządku. A po tym, jak dowiedziała się, że Dolina Godryka też została zaatakowana, modliła się podwójnie mocno, by i jej najbliższej rodzinie nic nie było. Mogła mieć napiętą relację ze swoją matką, ale nie znaczyło to, że pragnęła jej krzywdy.
Zerkała, czy ktoś po drodze nie potrzebował pomocy, ale najwyraźniej w tej okolicy najgorsze było już za nimi i teraz ludzie walczyli ze skutkami pożarów. Nie było wariatów ciskających w nich zaklęciami, to i w miarę spokojnie przedostali się… dokądś. Zeszli do jakiejś bocznej uliczki, której Victoria w pierwszej chwili w ogóle nawet nie zauważyła i przeszłaby obok jak gdyby nigdy nic, a potem, gdy Atreus robił coś przy ścianie, Lestrange przyglądała mu się z umiarkowaną ciekawością (umiarkowaną, bo zaczynała odczuwać zmęczenie), ale przy tym zamiast Atreusowi, wolała mieć na oku ulicę, z której zeszli.
A potem otworzyły się drzwi i czarnowłosa próbowała jakoś zamaskować swoje zaskoczenie, gdy stanęła za Bulstrodem, który wołał swoją rodzinę. A kiedy pojawił się skrzat, to odwzajemniła jego spojrzenie. Wyglądała na to, że wszystko tutaj było w porządku, dzięki bogom.
– Zawsze jest czym, zwłaszcza w taki dzień – nie widziała w tym zmartwieniu o własny dom i rodzinę nic nadzwyczajnego. Słowa skrzata nieco ją jednak zaniepokoiły… Bo gdzieś z pół godziny temu dotarł do niej feniks niosący wiadomość od Laurenta. I tu już Victoria zmarszczyła brwi, bo zakładała, że skoro kontaktował się z nią, to tym bardziej posłał wiadomość do Atreusa. – A… Laurent? Nie było go tu przypadkiem? – może jeszcze po prostu nie dotarł. Albo zobaczywszy, że nikogo nie ma, ewakuował się… gdzieś. Stąd. Widząc, jak źle jest w Londynie. Nie wiedziała. Próbowała to sobie za to jakoś ułożyć, zapełnić luki czymś, co wydawało się sensowne.