21.10.2025, 21:39 ✶
Na samej osobie Helloise Spalona Noc nie odcisnęła żadnego trwałego śladu — a przynajmniej żadnego śladu nie dało dopatrzeć się na jej ciele.
— Nie martw się. Nic, co ważne, nie ucierpiało tu od ognia. — Do rzeczy ważnych nie zaliczał się bowiem stan chaty Helloise; z pokorą i spokojem czarownica przyjęła fakt, że na czas jakiś w jej domu z wybitymi oknami zamieszkała jesienna słota i wichry, mimo że kobieta przypłaciła to kilkoma dniami przeziębienia. Kluczowe było, że gdy podczas ataków zaczęło trzaskać szkło na posesji, ocalały cenniejsze od dachu nad głową szklarnie dające schronienie jej roślinom.
Helloise podniosła przyniesioną przez Burke butelkę i chwilę obracała ją w dłoniach.
— Och, wiesz coś o moich smakach — skomentowała prezent z uśmiechem, po czym odstawiła wino. — Popyt... Wszyscy dziś czegoś szukają, bo wszystkim dziś czegoś brakło. Widzisz, moja droga, to spustoszenie spadało gwałtownie i dlatego ujrzeli je. Te braki posypały się lawiną, wstrząsnęły nimi, dlatego raczyli je dostrzec. Nie denerwuje cię to? — Pytała wpierw enigmatycznie, jak to miała w zwyczaju, później dopiero przeszła do wyjaśnienia swojej myśli: — Bo będzie brakować bardziej i bardziej, a nikt nic nie robi. Niektóre zioła są unikalne dla Kniei, a nikt się po nie dziś nie zapuści. O tym ludzie nie chcą słyszeć, bo na razie są zapasy z zeszłych lat, więc nie widzą braku. Wciąż im ktoś je sprzeda, więc nie widzą problemu. A spiżarnie zielarzy to nie worek bez dna. — Helloise wzięła głębszy wdech, który zatamował słowotok kipiący oschłym zdegustowaniem postawami społeczeństwa. — Zatem ten sam zestaw, co zwykle? — zapytała, otrząsnąwszy się.
Czarownica zakrzątnęła się po kuchni, przygotowując herbatę. Zapowiadało się na to, że wizyta chwilę potrwa; szczególnie że odpowiednich świec nie miała przygotowanych i dorobić je musiała na bieżąco. Miotlarkę po podróży w taką pogodę należało zresztą odpowiednio rozgrzać.
— Elegancka świeca? — Powtórzyła leniwie za Ceolsige, zalewając wrzątkiem ulubiony napar Burke, który, co pozwolę sobie założyć, Helloise znała. — Mam jeszcze resztki bielonego wosku pszczelego. Monochrom, zdaje się, jest waszą definicją elegancji. — Sama Helloise lubiła bowiem świece w naturalnym, musztardowym kolorze. Wbrew obawom Ceo, nie była również zarobiona, nie uczestniczyła w odbudowie po pożarach. Jak przystało na wiedźmę-pustelnicę trzymała się swojej chaty, a szukający pomocy musieli sami zapuścić się po nią do wiedźmowej gęstwiny i o nią poprosić. — Cóż to? Czegoś brakuje na twoje obchody Mabon? — Helloise doceniła powagę, jaka pojawiła się w głosie Ceolsige, gdy ta poruszała temat świąt.
Gospodyni wręczyła gościowi kubek parującej herbaty, podsunęła ceramiczną miseczkę o wyszczerbionym brzegu pełną suszonych owoców w ramach poczęstunku i wskazała krzesło przy stoliku zarzuconym kwiatowym obrusem — zaproszenie było nienachalna, bo i ona sama nie rwała się ku siadaniu.
— Nie martw się. Nic, co ważne, nie ucierpiało tu od ognia. — Do rzeczy ważnych nie zaliczał się bowiem stan chaty Helloise; z pokorą i spokojem czarownica przyjęła fakt, że na czas jakiś w jej domu z wybitymi oknami zamieszkała jesienna słota i wichry, mimo że kobieta przypłaciła to kilkoma dniami przeziębienia. Kluczowe było, że gdy podczas ataków zaczęło trzaskać szkło na posesji, ocalały cenniejsze od dachu nad głową szklarnie dające schronienie jej roślinom.
Helloise podniosła przyniesioną przez Burke butelkę i chwilę obracała ją w dłoniach.
— Och, wiesz coś o moich smakach — skomentowała prezent z uśmiechem, po czym odstawiła wino. — Popyt... Wszyscy dziś czegoś szukają, bo wszystkim dziś czegoś brakło. Widzisz, moja droga, to spustoszenie spadało gwałtownie i dlatego ujrzeli je. Te braki posypały się lawiną, wstrząsnęły nimi, dlatego raczyli je dostrzec. Nie denerwuje cię to? — Pytała wpierw enigmatycznie, jak to miała w zwyczaju, później dopiero przeszła do wyjaśnienia swojej myśli: — Bo będzie brakować bardziej i bardziej, a nikt nic nie robi. Niektóre zioła są unikalne dla Kniei, a nikt się po nie dziś nie zapuści. O tym ludzie nie chcą słyszeć, bo na razie są zapasy z zeszłych lat, więc nie widzą braku. Wciąż im ktoś je sprzeda, więc nie widzą problemu. A spiżarnie zielarzy to nie worek bez dna. — Helloise wzięła głębszy wdech, który zatamował słowotok kipiący oschłym zdegustowaniem postawami społeczeństwa. — Zatem ten sam zestaw, co zwykle? — zapytała, otrząsnąwszy się.
Czarownica zakrzątnęła się po kuchni, przygotowując herbatę. Zapowiadało się na to, że wizyta chwilę potrwa; szczególnie że odpowiednich świec nie miała przygotowanych i dorobić je musiała na bieżąco. Miotlarkę po podróży w taką pogodę należało zresztą odpowiednio rozgrzać.
— Elegancka świeca? — Powtórzyła leniwie za Ceolsige, zalewając wrzątkiem ulubiony napar Burke, który, co pozwolę sobie założyć, Helloise znała. — Mam jeszcze resztki bielonego wosku pszczelego. Monochrom, zdaje się, jest waszą definicją elegancji. — Sama Helloise lubiła bowiem świece w naturalnym, musztardowym kolorze. Wbrew obawom Ceo, nie była również zarobiona, nie uczestniczyła w odbudowie po pożarach. Jak przystało na wiedźmę-pustelnicę trzymała się swojej chaty, a szukający pomocy musieli sami zapuścić się po nią do wiedźmowej gęstwiny i o nią poprosić. — Cóż to? Czegoś brakuje na twoje obchody Mabon? — Helloise doceniła powagę, jaka pojawiła się w głosie Ceolsige, gdy ta poruszała temat świąt.
Gospodyni wręczyła gościowi kubek parującej herbaty, podsunęła ceramiczną miseczkę o wyszczerbionym brzegu pełną suszonych owoców w ramach poczęstunku i wskazała krzesło przy stoliku zarzuconym kwiatowym obrusem — zaproszenie było nienachalna, bo i ona sama nie rwała się ku siadaniu.
dotknij trawy