21.10.2025, 23:21 ✶
Stworzenie własnej restauracji, własnego miejsca na mapie Londynu, które dołożyłoby cegiełki do jego kulinarnego imperium, nigdy nie było aż tak wielkim jego marzeniem. Wolał swoje kozy, kury i pszczoły, ale gdzieś w międzyczasie doszedł do wniosku, że samo stanie nad kociołkiem i testowanie kolejnych smaków, nie było niczym przesadnie rozwojowym. Stał przez to zwyczajnie w miejscu, powielając zaledwie przepisy, a tak zwyczajnie nie można było żyć, nie kiedy było się imieniem, które w pewnym momencie zrewolucjonizowało rynek łakoci i trzęsło nim po dzisiejszy dzień.
Może dlatego zdecydował się wreszcie na znalezienie swojego własnego kąta. Wciąż oczywiście myślał nad nazwą, ale cztery ściany zostały przez niego dwa dni temu w całości opłacone, po wcześniejszych oględzinach w towarzystwie Millie, która obrzuciła wszystko krytycznym spojrzeniem i odpowiednio wycelowaną kurwą. Mieli też nawet plan; znaczy głównie posiadał go Bertie, bo niemal cały wczorajszy dzień spędził gapiąc się na najdłuższą ścianę pomieszczenia i stwierdził, że Moody walnie mu na niej jakąś sielską scenkę rodzajową. Tak, tego potrzebowały te wnętrza.
Aktualnie jednak znajdowały się w pewnej rozsypce - nawet jeśli była to Pokątna, lokal stał pusty przez jakiś czas, a poprzedni lokatorzy nie zostawili go w aż tak dobrym stanie. Po podłodze sypał się więc kurz, część mebli była owinięta zabezpieczającą folią, ale wszystko działo się to raczej w głębi; pierwsze bowiem co witał po wejściu do środka to porządna, dębowa lada, która została pieczołowicie wyczyszczona, co z resztą dotyczyło także podłogi, starannie zamiecionej aż do drzwi, które prowadziły do środka części restauracyjnej.
- Dzień dobry! - kobietę przywitał wysoki blondyn, znajdujący się akurat za kontuarem i coś za nim przeglądający w papierach. Schludnie ubrany i uczesany, o przyjaznym uśmiechu i błyszczących oczach. Miał na sobie jakieś eleganckie ubranie, szyte na mugolską modłę, ale co ważniejsze - na wierzchu miał kucharski fartuszek. - Ależ proszę nie przepraszać. Niezwykle cieszę się, że postanowiła pani poświęcić nieco czasu i się ze mną spotkać. Bertie Bott, bardzo mi miło - wyciągnął do niej rękę, a jeśli mu swoją podała, to cmoknął ją kulturalnie w wierzch dłoni. - Ogłoszenie, bardzo dobrze. Proszę mi powiedzieć, o jakiej pozycji pani myślała? Proszę się też nie zrażać ewentualną atmosferą, bo wszystko jest wciąż w trakcie prac, ale jak tylko skończymy to proszę mi wierzyć, wszyscy będą pani zazdrościć, jeśli zostanie pani zatrudniona! - jakimś sposobem wyglądał w tym fartuszku równie elegancko co naturalnie, bardzo szybko też wymijając ladę i podchodząc do nieznajomej. - Aj, gdzie moje maniery. Może usiądziemy? - zapytał, wskazując ustawiony w kącie stolik z dwoma krzesłami.
Może dlatego zdecydował się wreszcie na znalezienie swojego własnego kąta. Wciąż oczywiście myślał nad nazwą, ale cztery ściany zostały przez niego dwa dni temu w całości opłacone, po wcześniejszych oględzinach w towarzystwie Millie, która obrzuciła wszystko krytycznym spojrzeniem i odpowiednio wycelowaną kurwą. Mieli też nawet plan; znaczy głównie posiadał go Bertie, bo niemal cały wczorajszy dzień spędził gapiąc się na najdłuższą ścianę pomieszczenia i stwierdził, że Moody walnie mu na niej jakąś sielską scenkę rodzajową. Tak, tego potrzebowały te wnętrza.
Aktualnie jednak znajdowały się w pewnej rozsypce - nawet jeśli była to Pokątna, lokal stał pusty przez jakiś czas, a poprzedni lokatorzy nie zostawili go w aż tak dobrym stanie. Po podłodze sypał się więc kurz, część mebli była owinięta zabezpieczającą folią, ale wszystko działo się to raczej w głębi; pierwsze bowiem co witał po wejściu do środka to porządna, dębowa lada, która została pieczołowicie wyczyszczona, co z resztą dotyczyło także podłogi, starannie zamiecionej aż do drzwi, które prowadziły do środka części restauracyjnej.
- Dzień dobry! - kobietę przywitał wysoki blondyn, znajdujący się akurat za kontuarem i coś za nim przeglądający w papierach. Schludnie ubrany i uczesany, o przyjaznym uśmiechu i błyszczących oczach. Miał na sobie jakieś eleganckie ubranie, szyte na mugolską modłę, ale co ważniejsze - na wierzchu miał kucharski fartuszek. - Ależ proszę nie przepraszać. Niezwykle cieszę się, że postanowiła pani poświęcić nieco czasu i się ze mną spotkać. Bertie Bott, bardzo mi miło - wyciągnął do niej rękę, a jeśli mu swoją podała, to cmoknął ją kulturalnie w wierzch dłoni. - Ogłoszenie, bardzo dobrze. Proszę mi powiedzieć, o jakiej pozycji pani myślała? Proszę się też nie zrażać ewentualną atmosferą, bo wszystko jest wciąż w trakcie prac, ale jak tylko skończymy to proszę mi wierzyć, wszyscy będą pani zazdrościć, jeśli zostanie pani zatrudniona! - jakimś sposobem wyglądał w tym fartuszku równie elegancko co naturalnie, bardzo szybko też wymijając ladę i podchodząc do nieznajomej. - Aj, gdzie moje maniery. Może usiądziemy? - zapytał, wskazując ustawiony w kącie stolik z dwoma krzesłami.