22.10.2025, 19:03 ✶
Na jej ustach pojawił się ledwo zauważalny, ironiczny uśmieszek, który szybko zniknął. To doprawdy ironia losu, pomyślała, obserwując swobodny chaos panujący w chacie wiedźmy. Obie wyszłyśmy z tego bez większych strat, a jednak to mój uporządkowany kantor nosi teraz piętno mrocznej magii, podczas gdy chata po prostu... cóż, bardziej przypomina samą siebie, tylko z wspomnieniem po przeciągach.
Gdy Helloise podjęła temat popytu i braków, uwaga Ceolsige skupiła się nieco bardziej na rozmówczyni. Na pytanie "Nie denerwuje cię to?" zareagowała powolnym, przemyślanym skinieniem głowy. Gest ten mógł oznaczać zarówno potwierdzenie, jak i ciche uznanie dla słuszności wywodu. Zastanawiała się przez, krótką chwilę, czy to typowe pytanie retoryczne. Słuchając dalszego wykładu na temat Kniei i ludzkiej krótkowzroczności, pozwoliła sobie na cień uśmiechu zrozumienia. Oczywiście, że braki były irytujące. Bywały też opłacalne. Rzadki towar to żyła złota dla zaradnych i zuchwałych, takich jak ona. Ale Helloise miała rację – całkowite odcięcie źródła było problemem. Kiedy towar robi się zbyt rzadki pojawia się monopolista zbyt potężny by go skubać. Czyżby miły przytyk? przemknęło jej przez myśl.
Spokojny powrót wiedźmy do spraw biznesowych przyjęła z ulgą, której objawem był cieplejszy uśmiech zmazujący zamyślenie z twarzy. Jej postawa stałą się bardziej swobodna.
— Tak, ten sam zestaw co zwykle, moja droga — potwierdziła, opierając się nonszalancko biodrem o krawędź jednego z mniej zastawionych mebli. Jej szary płaszcz zafalował przy tym ruchu. — Ale co do Kniei... Masz rację. Ta sytuacja to prawdziwa okazja dla wielu. — Zrobiła krótką pauzę, a jej spojrzenie na chwilę uciekło w bok, jakby szukając jakiejś dodatkowej inspiracji w losowych zbiorach chatki. — Choć przyznam, że jestem trochę zdziwiona. I rozczarowana — dodała już ciszej, z nutą autentycznej frustracji — że od maja nic się w tej sprawie nie ruszyło. Żadne rozwiązanie nawet nie majaczy na horyzoncie. — Niemal jakby nikt nie chciał, żeby się pojawiło, dokończyła w myślach.
Z wdzięcznością przyjęła ciepły, parujący kubek. Jej palce delikatnie objęły rozgrzaną ceramikę. Zanim usiadła, przysunęła naczynie do twarzy, zaciągając się głęboko znajomym, kojącym aromatem naparu, który Helloise, jak widać, doskonale pamiętała. Wskazane krzesło przyjęło ją z cichym skrzypnięciem.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się uprzejmie, siadając. — Jeśli pozwolisz, omówmy najpierw interesy. Wolę nie zaprzątać sobie nimi głowy podczas... interesującej rozmowy, która nas czeka.- uśmiechnęła się niemal przepraszająco.
Ogrzewając dłonie o kubek, podjęła temat świecy.
— Co do świecy — jej głos był znów rzeczowy choć z tą typową dla interesów nutką rozbawienia — wcale nie musi być biała. Monochromatyczność nie jest tu kluczem. — Jej spojrzenie stało się bardziej sugestywne, przenikliwe, a w głosie zabrzmiało ledwo słyszalne pochlebstwo. — Tym, co jest wymagane, jest mistrzowski dotyk prawdziwej specjalistki. Twój naturalny, musztardowy odcień wosku pasowałby idealnie do zadania.
Upija niewielki, niemal ceremonialny łyk herbaty. Odstawiła kubek na stół, a jej postawa i wyraz twarzy ponownie uległy zmianie. Zniknęła handlowa swoboda, a powróciła powaga, którą Helloise zauważyła wcześniej.
— A teraz Mabon. — Zaczęła powoli, a jej melodyjny głos nabrał głębszego, poważnego tonu. — Zazwyczaj nie przywiązuję do tego aż takiej wagi. Wiesz, jakie są moje dary... — Lekki, niemal przepraszający uśmiech mignął na jej twarzy na wspomnienie mechanicznych ofiar, które zapewne składała w poprzednich latach. — Ale mojej matce... cóż, po ostatnich wydarzeniach bardzo jej zależy, żebym w tym roku postarała się o porządny, tradycyjny wianek ofiarny. Coś... bardziej związanego z naturą.
Spojrzała prosto na Helloise, a jej błękitne oczy nie zdradzały już ani śladu rozbawienia.
— Chciałabym, żeby spokojniej spędzała czas na emeryturze. Pomyślałam, że może zechciałabyś mi pomóc.
Gdy Helloise podjęła temat popytu i braków, uwaga Ceolsige skupiła się nieco bardziej na rozmówczyni. Na pytanie "Nie denerwuje cię to?" zareagowała powolnym, przemyślanym skinieniem głowy. Gest ten mógł oznaczać zarówno potwierdzenie, jak i ciche uznanie dla słuszności wywodu. Zastanawiała się przez, krótką chwilę, czy to typowe pytanie retoryczne. Słuchając dalszego wykładu na temat Kniei i ludzkiej krótkowzroczności, pozwoliła sobie na cień uśmiechu zrozumienia. Oczywiście, że braki były irytujące. Bywały też opłacalne. Rzadki towar to żyła złota dla zaradnych i zuchwałych, takich jak ona. Ale Helloise miała rację – całkowite odcięcie źródła było problemem. Kiedy towar robi się zbyt rzadki pojawia się monopolista zbyt potężny by go skubać. Czyżby miły przytyk? przemknęło jej przez myśl.
Spokojny powrót wiedźmy do spraw biznesowych przyjęła z ulgą, której objawem był cieplejszy uśmiech zmazujący zamyślenie z twarzy. Jej postawa stałą się bardziej swobodna.
— Tak, ten sam zestaw co zwykle, moja droga — potwierdziła, opierając się nonszalancko biodrem o krawędź jednego z mniej zastawionych mebli. Jej szary płaszcz zafalował przy tym ruchu. — Ale co do Kniei... Masz rację. Ta sytuacja to prawdziwa okazja dla wielu. — Zrobiła krótką pauzę, a jej spojrzenie na chwilę uciekło w bok, jakby szukając jakiejś dodatkowej inspiracji w losowych zbiorach chatki. — Choć przyznam, że jestem trochę zdziwiona. I rozczarowana — dodała już ciszej, z nutą autentycznej frustracji — że od maja nic się w tej sprawie nie ruszyło. Żadne rozwiązanie nawet nie majaczy na horyzoncie. — Niemal jakby nikt nie chciał, żeby się pojawiło, dokończyła w myślach.
Z wdzięcznością przyjęła ciepły, parujący kubek. Jej palce delikatnie objęły rozgrzaną ceramikę. Zanim usiadła, przysunęła naczynie do twarzy, zaciągając się głęboko znajomym, kojącym aromatem naparu, który Helloise, jak widać, doskonale pamiętała. Wskazane krzesło przyjęło ją z cichym skrzypnięciem.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się uprzejmie, siadając. — Jeśli pozwolisz, omówmy najpierw interesy. Wolę nie zaprzątać sobie nimi głowy podczas... interesującej rozmowy, która nas czeka.- uśmiechnęła się niemal przepraszająco.
Ogrzewając dłonie o kubek, podjęła temat świecy.
— Co do świecy — jej głos był znów rzeczowy choć z tą typową dla interesów nutką rozbawienia — wcale nie musi być biała. Monochromatyczność nie jest tu kluczem. — Jej spojrzenie stało się bardziej sugestywne, przenikliwe, a w głosie zabrzmiało ledwo słyszalne pochlebstwo. — Tym, co jest wymagane, jest mistrzowski dotyk prawdziwej specjalistki. Twój naturalny, musztardowy odcień wosku pasowałby idealnie do zadania.
Upija niewielki, niemal ceremonialny łyk herbaty. Odstawiła kubek na stół, a jej postawa i wyraz twarzy ponownie uległy zmianie. Zniknęła handlowa swoboda, a powróciła powaga, którą Helloise zauważyła wcześniej.
— A teraz Mabon. — Zaczęła powoli, a jej melodyjny głos nabrał głębszego, poważnego tonu. — Zazwyczaj nie przywiązuję do tego aż takiej wagi. Wiesz, jakie są moje dary... — Lekki, niemal przepraszający uśmiech mignął na jej twarzy na wspomnienie mechanicznych ofiar, które zapewne składała w poprzednich latach. — Ale mojej matce... cóż, po ostatnich wydarzeniach bardzo jej zależy, żebym w tym roku postarała się o porządny, tradycyjny wianek ofiarny. Coś... bardziej związanego z naturą.
Spojrzała prosto na Helloise, a jej błękitne oczy nie zdradzały już ani śladu rozbawienia.
— Chciałabym, żeby spokojniej spędzała czas na emeryturze. Pomyślałam, że może zechciałabyś mi pomóc.