23.10.2025, 07:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2025, 08:09 przez Rodolphus Lestrange.)
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Penelope nie da się uratować. Było wokół niej tyle krwi, że najlepszy uzdrowiciel na świecie by sobie nie poradził z tym zadaniem. A wskrzeszanie zmarłych... Było niemożliwe. Cóż, może to i lepiej? Jeszcze ktoś spróbowałby wskrzesić osoby, które on posłał na ten świat, byleby tylko wyciągnąć z trupów informacje. Istniały sposoby, owszem, by wydobyć z dusz ostatnie obrazy, by porozmawiać z zaświatami, lecz kto by pochylił się nad biedną Penelope, której ciało zapewne zostanie tutaj zostawione na pastwę losu, żeby zostało zwęglone? Ona nikomu już nic nie powie, nie opowie o niesprawiedliwości, która ją spotkała. Ale on wiedział. Wiedział, jak jest skonstruowany ten świat - to właśnie z tego powodu tak mocno wierzył w sprawę, w imię której walczył. Wystarczyło trochę ognia, żeby pokazać wszystkim, jakimi zwierzętami są szlamy. Wiedział to bardziej niż inni: jego piwnica w Walii pełna była sekretów, potwierdzających właśnie to założenie.
Kusiło go użycie crucio. Sprawienie mężczyźnie bólu, zmuszenie go do tego, żeby wszedł w ogień. Lecz nie był jeszcze na takim poziomie, na jakim powinien być, by móc używać uroków do tego typu działań. Uśmiechnął się więc, paskudnie i przerażająco, gdy przeciwnik wypuścił różdżkę. Dobry piesek. Wykręcił nadgarstek, by najzwyczajniej w świecie podpalić mężczyznę.
Rzut na kształtowanie - ogień który zajmie ubrania i ciało mężczyzny
Coś jednak poszło nie tak. Różdżka, którą dzierżył, nie chciała takiego końca. A on nie miał czasu, by walczyć z jej kaprysami. Splunął gdzieś w bok, wściekły, że akurat na finiszu jego zaklęcie nie zadziałało, a potem doskoczył do mężczyzny i po prostu mu przyjebał, z całej siły. Wiedział gdzie uderzyć i jak, żeby zamroczyło jego przeciwnika na tyle, by ten padł na ziemię. A potem wyprowadził kopnięcie w kolano, by na pewno znalazł się na glebie. Różdżka poleciała na ziemię, a Lestrange bił tak, jakby jutra miało nie być. Mocno, metodycznie wyprowadzał ciosy w najbardziej newralgicznie punkty, a gdy twarz szlamy zmieniła się w krwawą miazgę, bił dalej. Astoria już tego nie widziała - prawie osunęła się w ciemność, ale on tego nie widział, zbyt zajęty tym, co musiał dokończyć. Kolejny cios pozbawił mugolaka przytomności, a on sam po prostu skopał ciało w kierunku płonącego budynku. W końcu podniósł różdżkę, nie kłopocząc się nawet wycieraniem dłoni z krwi. Przeniósł ciało nieprzytomnego przy pomocy magii prosto do płonącego budynku. Niech spłonie żywcem.
I dopiero wtedy, gdy ciało zajęło się ogniem tak, jak powinno, Rodolphus rozejrzał się za Astorią. Widząc ciało kobiety, tak kruche i delikatne, kurczące się pośród odłamków gruzu i nadpalonego drewna, zbladł.
- Astoria! - zanim się zorientował, z jego gardła wydobył się krzyk. Nie podszedł do niej - biegł, przeskakując nad trupami, różdżkę chowając do kieszeni. Będzie potrzebował obu rąk, które już wyciągał w stronę kobiety. Widział, że było źle, wiedział że ciało Astorii było kruche i delikatne, wiedział że taka ilość dymu jej zaszkodzi. - Nic ci nie zrobili?
Głos miał pewny i spokojny, bez oznak drżenia, lecz ze znamionami niepokoju, który również odbijał się na jego twarzy. Uklęknął przy kobiecie, by otoczyć ją ramionami, nawet jeżeli jej pupilek postanowiłby go zaatakować. Nie dbał o to, czy latająca jaszczurka podrapie mu twarz, czy nie.
- Jesteś już bezpieczna - szepnął, przyciskając drobne ciało do swojej klatki piersiowej. Wolną dłonią gładził czarne włosy, a on sam na moment stracił czujność. Gdyby teraz ktoś postanowił ich zaatakować, byliby łatwym celem. - Musimy cię stąd zabrać.
Nie był pewny, czy teleportacja Astorii w tym stanie to dobry pomysł. Nie robił tego na razie, chcąc by kobieta chociaż na chwilę się uspokoiła.
Korzystam z przewagi walka wręcz (I)
Kusiło go użycie crucio. Sprawienie mężczyźnie bólu, zmuszenie go do tego, żeby wszedł w ogień. Lecz nie był jeszcze na takim poziomie, na jakim powinien być, by móc używać uroków do tego typu działań. Uśmiechnął się więc, paskudnie i przerażająco, gdy przeciwnik wypuścił różdżkę. Dobry piesek. Wykręcił nadgarstek, by najzwyczajniej w świecie podpalić mężczyznę.
Rzut na kształtowanie - ogień który zajmie ubrania i ciało mężczyzny
Rzut N 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Coś jednak poszło nie tak. Różdżka, którą dzierżył, nie chciała takiego końca. A on nie miał czasu, by walczyć z jej kaprysami. Splunął gdzieś w bok, wściekły, że akurat na finiszu jego zaklęcie nie zadziałało, a potem doskoczył do mężczyzny i po prostu mu przyjebał, z całej siły. Wiedział gdzie uderzyć i jak, żeby zamroczyło jego przeciwnika na tyle, by ten padł na ziemię. A potem wyprowadził kopnięcie w kolano, by na pewno znalazł się na glebie. Różdżka poleciała na ziemię, a Lestrange bił tak, jakby jutra miało nie być. Mocno, metodycznie wyprowadzał ciosy w najbardziej newralgicznie punkty, a gdy twarz szlamy zmieniła się w krwawą miazgę, bił dalej. Astoria już tego nie widziała - prawie osunęła się w ciemność, ale on tego nie widział, zbyt zajęty tym, co musiał dokończyć. Kolejny cios pozbawił mugolaka przytomności, a on sam po prostu skopał ciało w kierunku płonącego budynku. W końcu podniósł różdżkę, nie kłopocząc się nawet wycieraniem dłoni z krwi. Przeniósł ciało nieprzytomnego przy pomocy magii prosto do płonącego budynku. Niech spłonie żywcem.
I dopiero wtedy, gdy ciało zajęło się ogniem tak, jak powinno, Rodolphus rozejrzał się za Astorią. Widząc ciało kobiety, tak kruche i delikatne, kurczące się pośród odłamków gruzu i nadpalonego drewna, zbladł.
- Astoria! - zanim się zorientował, z jego gardła wydobył się krzyk. Nie podszedł do niej - biegł, przeskakując nad trupami, różdżkę chowając do kieszeni. Będzie potrzebował obu rąk, które już wyciągał w stronę kobiety. Widział, że było źle, wiedział że ciało Astorii było kruche i delikatne, wiedział że taka ilość dymu jej zaszkodzi. - Nic ci nie zrobili?
Głos miał pewny i spokojny, bez oznak drżenia, lecz ze znamionami niepokoju, który również odbijał się na jego twarzy. Uklęknął przy kobiecie, by otoczyć ją ramionami, nawet jeżeli jej pupilek postanowiłby go zaatakować. Nie dbał o to, czy latająca jaszczurka podrapie mu twarz, czy nie.
- Jesteś już bezpieczna - szepnął, przyciskając drobne ciało do swojej klatki piersiowej. Wolną dłonią gładził czarne włosy, a on sam na moment stracił czujność. Gdyby teraz ktoś postanowił ich zaatakować, byliby łatwym celem. - Musimy cię stąd zabrać.
Nie był pewny, czy teleportacja Astorii w tym stanie to dobry pomysł. Nie robił tego na razie, chcąc by kobieta chociaż na chwilę się uspokoiła.
Korzystam z przewagi walka wręcz (I)