Brynja
Byłoby tak miło, gdyby ktokolwiek odpowiedział. Ktokolwiek inny niż morze dudniące, domagające się uwagi jak dziecięce traumy schowane głęboko w piwnicy nieświadomości. Byłoby miło gdyby zapaliło się światło, a drzwi otworzyła miła kobieta, gospodyni, która chwilę później odgoniłaby latorośl wyrosłą z porzuconego rowerka i zawołała mężczyznę, który łowił dla pubu Brynji ryby od zawsze.
Byłoby miło.
Ale zmrok postępował coraz bardziej, pukanie zdało się głuchym waleniem rozchodzącym się echem po domu oplecionym przez zdziczałe magią pnącza.
Nim zdołała dotknąć drzwi kłykciami dłoni po raz ostatni – drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem, a do jej nozdrzy dotarła ostra woń rozkładu.
Ceolsige i Henry
Zeszli ponownie na dół, a oblicze pana Harrisa zdawało się w ponowny sposób rozpromienić na wieść o tym, że jego goście znów spragnieni są wiedzy, zupełnie jakby od dwóch godzin tą wiedzą się z nimi nie dzielił.
Henry od razu czujnym reporterskim okiem wypatrzył to, co interesowało go najbardziej. Latarnia. Żadna nie stała przy linii brzegowej, to pewne, przechadzał się wspomnianą linią całe dwie godziny i z pewnością jakąkolwiek by zauważył. Nie. Latarnia której szukał nie była prawdziwa od dawna, choć krążyła w opowieściach rybaków. Latarnia, którą zdołało pożreć morze była przed wiekami wysoką wieżą osadzoną na linii brzegowej, gdy ta jeszcze sięgała dużo dalej na wchód. Na szczycie wysokiej budowli zwykło zapalać się światło. Fotograf przylgnął do wystawki poświęconej latarni - rycinom przedstawiającym jej wygląd, fragmentom kronik poświęconych jej istnieniu i niewielkiemu fragmentowi cegły, który z jakiś powodów został oznaczony jako budulec latarni. Nagryziony przez erozję kamień zdawał się nosić na sobie jakiś wyryty wzór wyłaniający się spod zaschniętych glonów półprofesjonalnego oczyszczenia...
Tymczasem Ceolsige znów wpadła w sidła toczonej opowieści, tym razem nieco sprawniej poruszała się przez genealogiczne fale słowotoku, nieco skuteczniej zadawała pytania wchodząc w słowo i szukając powiązań. Trochę jej to zajęło, gdy w końcu udało jej się z tej opowieści wysnuć, że Olivier to jeden z potomków rdzennej ludności, którego prapraprapraprapradziad powinien pamiętać właśnie wspomnianą latarnię, gdyż według rodzinnej legendy był właśnie jej ostatnim latarnikiem.