Czasami wydawało mu się, że płomienie tamtej nocy wciąż odbijają się w oczach tych, których spotykał. Wszędzie widział ślady ognia, w poszarzałych twarzach przechodniów, w popiele zalegającym na krawędziach ulic, w ciszy, która zapadła nad Londynem niczym dym po burzy. Ich przygnębienie było dla niego dotąd źródłem siły. Każde zgaszone spojrzenie, każdy drżący głos przypominał mu, że stał po stronie tych, którzy mogli wszystko. Że należał do nielicznych, którzy przetrwali noc, po której świat nauczył się, czym jest strach. I że ta świadomość, ta duma z przynależności była jak znak wypalony pod skórą. Bolesny, ale nie do usunięcia. Ale teraz patrząc na Lanę Dolohov, coś się w nim zacięło. Nie wiedziała, kim był naprawdę, i może dlatego nie unikała jego wzroku. W tym spojrzeniu nie było potępienia ani lęku, a jednak właśnie ono rozbroiło go bardziej niż jakiekolwiek oskarżenie. Po raz pierwszy żal przebił się przez zbroję przekonań. Nie był to żal wobec idei, raczej osobista nuta żałości, że płomień, który miał oczyszczać, dotknął również kogoś, kto nigdy nie miał być jego celem. W jej twarzy dostrzegał echo dawnych dni. Wspomnienie, które przetrwało wbrew pogorzelisku. Zrozumiał, że ogień, któremu zaufał, nie rozróżniał. Spalał wszystko z tą samą beznamiętnością, z jaką wiatr rozwiewa popiół. Przez moment coś w nim drgnęło, coś, co mogło być słabością. Krótkim impulsem, by zapytać, czy naprawdę wszystko, co uczynił, było konieczne. Ale zaraz to odrzucił. Nie mógł pozwolić sobie na rozedrgania. Kwestionowanie czegokolwiek w tym momencie oznaczałoby osłabienie, a słabość była luksusem, na który nie stać tych, którzy służą.
Gdy Dolohovówna zwróciła się do niego z pytaniem o straty, Louvain skinął głową. - W rezydencji w Maida Vale nikt nie ucierpiał - odparł spokojnie, z tą charakterystyczną miękkością, która brzmiała jak uprzejmość, choć była wyuczonym nawykiem. - Ale kuzynki od strony Parkinsonów nie miały tyle szczęścia. Dom spłonął doszczętnie, podobno w ciągu kilku minut. Zatrzymał się na moment, jakby chciał dodać coś jeszcze, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Nie dlatego, że żałował, raczej dlatego, że zbyt dobrze znał obraz, który próbował opisać. Wiedział, jak wygląda dom, kiedy płonie. Wiedział, jak pachnie kamień, kiedy topi się od zaklęć. I wiedział też, że nie ma sensu mówić tego komuś, kto stracił matkę w ogniu, który miał odmienić świat.
Louvain natychmiast zareagował, gdy poczuł, że kaszel nagle ją osłabia. Chwytał jej rękę mocniej niż zwykle, tak aby nie mogła się przewrócić, i delikatnie przyciągał ją bliżej siebie, by mogła oprzeć się o jego ramię. Z wnętrza marynarki wyjął starannie przekładaną, jedwabną chustę oferując ją Lanie, zbliżając lekko do jej ust. Jeszcze brakowało, żeby omdlała tu na korytarzu, a najlepiej jemu na rękach. Ktoś mógłby stwierdzić, że być może tak narzucił się pogrążonej w żałobie, że biedaczka opadła z sił. Tak naprawdę jednak był przejęty jej stanem, oby nie zmieniło się to w nic bardzo poważnego. Z tym kaszlem po Spalonej Nocy było coś bardzo nietypowego i zdecydowanie niebezpiecznego. Gdy wreszcie cofnęła się o krok, Louvain nie puszczał jej ręki od razu. Podtrzymywał ją jeszcze przez moment, aż jej oddech powoli się wyrównał. Dopiero wtedy lekko uniósł brew, zauważając, że personel mógł potraktować ich jak parę. Krótka pauza, błysk w oku i w jego tonie pojawiła się lekka konsternacja.
- Tak. - rzucił chociaż sam do końca nie wiedział na które pytanie konkretnie odpowiada. Nie mniej jednak nie zamierzał teraz pozwolić niefortunnym skojarzeniom przejąć kontrolę nad sytuacją. Bardziej liczyła się pomoc, niż niezręczne tłumaczenie, że to nie tak. Poszedł w to. - Pani Lestrange należy się natychmiastowa pomoc! Powiedział głosem ostrym, niemal niecierpliwym, jakby samo opóźnienie było nie do przyjęcia. Wzmianka o nazwisku powinna wywoływać wśród pracowników lekki niepokój i natychmiast przyspieszać każdy ich ruch. Louvain nie musiał nic dodawać, samo wspomnienie Lestrange miało sprawiać, że wszyscy w pomieszczeniu stają się bardziej uważni i gotowi do działania. Ręką przywoływał personel bliżej, a w jego oczach kryła się wyraźna nuta irytacji, że ktokolwiek mógłby choćby na chwilę zwlekać. Wciąż wspierając rozchorowaną Lanę, wprowadził ją do środka gabinetu.