24.10.2025, 23:46 ✶
Początkowo gdy obcy legł na jej podwórku, Helloise pozwoliła mu po prostu być tam, jakby to miejsce na trawie przy ognisku zawsze do niego należało. Nie wiedziała jeszcze, że to William Lestrange, lecz rzadko kiedy wybrzydzała w tym, kogo gości — kimkolwiek by nie był, mógł buszować po posesji dowoli.
Dopiero gdy się odezwał, jej taniec zawisł w momencie. Przyglądała się gościowi w milczeniu, po czym, balansując z rozłożonymi szeroko rękoma, przemaszerowała po szczycie dachu ku krawędzi. Tam czekała miotła, na którą kobieta przeniosła się wyćwiczonym ruchem i powoli podryfowała w dół.
Im bardziej obniżała lot, tym większa rosła w niej pewność: twarz była znajoma. Twarz była przyjazna.
Chatka na kurzej stopie znajdowała się na granicy tego, co należało do ludzi, i tego, co należało do lasu. Czasem słychać było z oddali turkocący wóz wracający z sadów lub okrzyki wędrujących po chaszczach dzieci. Cioteczna babka powtarzała Helloise, że to dobrze, bo czasem trzeba usłyszeć drugiego człowieka, aby do reszty nie zdziczeć. Helloise doceniała w tych echach ludzkiej obecności inny aspekt: stawiając człowieka obok lasu, pełniej mogła docenić potęgę Kniei.
I jak pięknie wyglądał przeżuty i wypluty przez las William Lestrange.
— Piękniej niż w moich wspomnieniach — powiedziała sennie czarownica, schodząc gładko z miotły, która zawisła przed sfatygowanym czarodziejem. Lekkim krokiem wiedźma opłynęła przybysza dookoła, podziwiając dzieło lasu. Materiał jej szaty roztoczył wokół niego ciepły ziemisto-kwietny zapach. — Wyglądasz, jakbyś spędził tam cudownych kilka dni — rozmarzyła się, zazdroszcząc Willowi przygody, której przebiegu domyślać mogła się jedynie po śladach na jego osobie.
Pięknie go urządziła przyroda Kniei, wspaniałe sobie płótna znalazła w tej porządnej koszuli pracownika Ministerstwa czy czystokrwistego pana — kimkolwiek bardziej czuł się Lestrange, gdy ją ubierał. Miło Helloise przyjęła fakt, że mężczyzna przybywał bez butów. Coś mu musiało słusznego w głowie zaświtać po drodze, że je zdjął.
— I czemu byś mi przeszkadzał? Dużo tu miejsca pod księżycem. Nie niszcz nam wieczora rozmową o czasie, dniach, datach. Gdzie ci się spieszy? — Zmarszczyła się, jakby urażona myślą, że tak długo niewidziany przyjaciel miałby mieć jakieś inne miejsce, w którym chciał się znaleźć. — Mamy teraz. Teraz wyglądasz, jakbyś był głodny, Williamie.
Nie zdradziła mu więc daty. Jeszcze by sobie przypomniał, że miał gdzieś być, że gdzieś go oczekiwali, a to było absolutnie zbędne, gdy ziemniaki lada chwila będą gotowe. Znalezionym w trawie patykiem Helloise wygrzebała z żaru pieczone ziemniaczki i jeden po drugim wrzuciła je do dużej zlewki laboratoryjnej, która zaparowała od gorącej strawy. Jeden ruch różdżki, a ze studni na skraju podwórza wyszło wiadro pełne zimnej, krystalicznie czystej wody, którą czarownica przelała do dwóch kolb stożkowych. Wzięła zlewkę ziemniaczków pod pachę, jedną z kolb wręczyła Williamowi, po czym przysiadła na zawieszonej w powietrzu miotle, patrząc na czarodzieja wyczekująco.
— Chciałeś wejść do góry. — Było za nią na miotle miejsce akurat na jednego pasażera. — Jadłeś kiedyś kolację na dachu? Malowniczy widać stamtąd las. — Uśmiechnęła się po raz pierwszy, od kiedy się zjawił.
Dopiero gdy się odezwał, jej taniec zawisł w momencie. Przyglądała się gościowi w milczeniu, po czym, balansując z rozłożonymi szeroko rękoma, przemaszerowała po szczycie dachu ku krawędzi. Tam czekała miotła, na którą kobieta przeniosła się wyćwiczonym ruchem i powoli podryfowała w dół.
Im bardziej obniżała lot, tym większa rosła w niej pewność: twarz była znajoma. Twarz była przyjazna.
Chatka na kurzej stopie znajdowała się na granicy tego, co należało do ludzi, i tego, co należało do lasu. Czasem słychać było z oddali turkocący wóz wracający z sadów lub okrzyki wędrujących po chaszczach dzieci. Cioteczna babka powtarzała Helloise, że to dobrze, bo czasem trzeba usłyszeć drugiego człowieka, aby do reszty nie zdziczeć. Helloise doceniała w tych echach ludzkiej obecności inny aspekt: stawiając człowieka obok lasu, pełniej mogła docenić potęgę Kniei.
I jak pięknie wyglądał przeżuty i wypluty przez las William Lestrange.
— Piękniej niż w moich wspomnieniach — powiedziała sennie czarownica, schodząc gładko z miotły, która zawisła przed sfatygowanym czarodziejem. Lekkim krokiem wiedźma opłynęła przybysza dookoła, podziwiając dzieło lasu. Materiał jej szaty roztoczył wokół niego ciepły ziemisto-kwietny zapach. — Wyglądasz, jakbyś spędził tam cudownych kilka dni — rozmarzyła się, zazdroszcząc Willowi przygody, której przebiegu domyślać mogła się jedynie po śladach na jego osobie.
Pięknie go urządziła przyroda Kniei, wspaniałe sobie płótna znalazła w tej porządnej koszuli pracownika Ministerstwa czy czystokrwistego pana — kimkolwiek bardziej czuł się Lestrange, gdy ją ubierał. Miło Helloise przyjęła fakt, że mężczyzna przybywał bez butów. Coś mu musiało słusznego w głowie zaświtać po drodze, że je zdjął.
— I czemu byś mi przeszkadzał? Dużo tu miejsca pod księżycem. Nie niszcz nam wieczora rozmową o czasie, dniach, datach. Gdzie ci się spieszy? — Zmarszczyła się, jakby urażona myślą, że tak długo niewidziany przyjaciel miałby mieć jakieś inne miejsce, w którym chciał się znaleźć. — Mamy teraz. Teraz wyglądasz, jakbyś był głodny, Williamie.
Nie zdradziła mu więc daty. Jeszcze by sobie przypomniał, że miał gdzieś być, że gdzieś go oczekiwali, a to było absolutnie zbędne, gdy ziemniaki lada chwila będą gotowe. Znalezionym w trawie patykiem Helloise wygrzebała z żaru pieczone ziemniaczki i jeden po drugim wrzuciła je do dużej zlewki laboratoryjnej, która zaparowała od gorącej strawy. Jeden ruch różdżki, a ze studni na skraju podwórza wyszło wiadro pełne zimnej, krystalicznie czystej wody, którą czarownica przelała do dwóch kolb stożkowych. Wzięła zlewkę ziemniaczków pod pachę, jedną z kolb wręczyła Williamowi, po czym przysiadła na zawieszonej w powietrzu miotle, patrząc na czarodzieja wyczekująco.
— Chciałeś wejść do góry. — Było za nią na miotle miejsce akurat na jednego pasażera. — Jadłeś kiedyś kolację na dachu? Malowniczy widać stamtąd las. — Uśmiechnęła się po raz pierwszy, od kiedy się zjawił.
dotknij trawy