Również miała nadzieję, że to nie był ślepy trop i że dzisiaj uda się złapać kogoś, kto był odpowiedzialny za tyle cierpienia magicznych zwierząt. Jednorożce były tak czystymi istotami, że do ich krzywdy mogli się przyczynić jedynie naprawdę zepsuci ludzie, a kradzież jaj smoczycy również była ciosem poniżej poziomu (nie mówiąc już o niebezpieczeństwie, jakie to stwarzało). Pudło też niosło w sobie jakąś informację, ale przyskrzynienie chociaż jednej z osób odpowiedzialnych za ten bajzel z pewnością poprawiłby humor Victorii, która zdawała się być trochę nieobecna, gdy tak myślała o Maida Vale, liście, jaki posłała do Harper Moody i o swojej siostrze.
– Ano, szybko leci, nie? – dwa lata młodsza od nich Prim rzeczywiście mogła się kojarzyć z dzieciakiem, biorąc pod uwagę jak często przybiegała do Victorii, by ta jej pomogła, albo żeby schować się za starszą siostrą, albo biorąc pod uwagę jej niepokorny charakterek. – Tak, ale bardzo krótko. To była taka przerwa od pracy w Ministerstwie – i skandalu jakiego się tam dopuściła… Na samą myśl Victoria westchnęła. – Potem poszła w ślady większości naszej rodziny i zrobiła magisterium uzdrowicielskie z magispychiatri, a w Francji była na jakichś kursach poszerzających wiedzę – na tym to się kiepsko znała. Znaczy wiedziała tak z grubsza co tam się działo, bo siostry rozmawiały, gdy Prim przyjeżdżała na święta, ale to zdecydowanie nie był obszar znajomości Victorii.
Ale gdy Brenna kontynuowała o ogrodach, Victoria aż przystanęła i wytrzeszczyła na przyjaciółkę oczy.
– Fiolki? – zapytała bez sensu, nie bardzo rozumiejąc o czym ona do niej mówi. – Jakie znowu znikające fiolki? Nic nie zakopujemy – Lestrange trochę wytrzeszczyła oczy na Brennę, a potem bardzo głośnio wypuściła powietrze przez nos, jakby poczuła jakąś irytację. Bo poczuła. Nie na Brennę, tylko na całą sytuację i tajemnicę, jaka otaczała cholerne czarne róże. – …Kiedy to było? – coś ją tknęło, bo dziwne zdarzenia w Maida Vale zaczęły się… wczoraj. I znikające, zakopane w ziemi fiolki zdecydowanie pasowałyby do profilu.
Przeniosła przy tym spojrzenie na tabliczki na budynkach – ona też czuła się tutaj na pewien sposób nieswojo, ta okolica mocno odstawała od reszty Londynu (nawet tego magicznego), swoimi kolorami i wywieszonymi wszędzie kiczowatymi ozdobami. Dwa razy przekręciła głowę, raz w lewą, raz w prawą stronę, zastanawiając się nad numerem. Ktoś chyba wyżywał się nad cyfrą, bo ta przekrzywiła się i obróciła tak, że była teraz poziomo, mocno uniemożliwiając odczytanie prawidłowej numeracji.
– Eeee… Chyba sześć? A co jest obok? – obok nie było żadnego numeru i stąd cały problem.