Kiwnęła głową. Chciała, by Brenna kontynuowała, wiedziała, jak wyglądają fiolki w ogólności, miała z nimi do czynienia na co dzień przy eliksirach, które warzyła dla własnej uciechy, na zamówienie i przy eksperymentach, jakim od jakiegoś czasu się oddawała – z całkiem niezłym zresztą skutkiem. Fiolki same w sobie były różne: mogły mieć odmienne kształty, wielkości mieszczące w sobie jedną albo kilka dawek eliksiru, zdobione lub nie, a te wytwarzane przez jakiegoś renomowanego mistrza eliksirów, który prowadził swój sklep, mogły być w charakterystyczny sposób znakowane, by wszyscy na pewno wiedzieli, że należały do niego. Tym niemniej, opis Brenny sugerował, że to nie była standardowa, najprostsza fiolka, tylko jakaś… wymyślna.
– Nie, ogrodnicy dostali surowy zakaz jakiegokolwiek ingerowania w ziemię i rośliny po tym, jak nagle pojawiły się te czarne róże. Mają nawet zakaz ich podlewania. Cokolwiek, co może jakkolwiek wpłynąć na nie i na inne kwiaty, jest teraz surowo zabronione – to znaczy… nie dla każdego, bo na przykład Victorii pozwolono zabrać stamtąd różę do badania, ale miała ku temu konkretny cel i zarządczyni ogrodów doskonale o tym wiedziała. Tym niemniej – niecała doba oznaczała właśnie to: czarne róże. – Fiolka nie jest nasza, tego jestem pewna, ale to nie jedyna dziwna rzecz, która nagle się pojawiła w Maida Vale. Pomijając oczywiście same róże, które musiałaś widzieć, ja na przykład natknęłam się na wyjątkowo starą donicę w oranżerii, oczywiście rosła w niej sobie róża, świeżutko podlana. I to też nie mógł być nikt od nas. A Laurent nagle doznał jakiejś wizji związanej ze statkiem, sztormem, czy coś w ten deseń – zasępiła się wyraźnie, bo kolejna dziwaczna rzecz, ta znikająca fiolka, mogła oznaczać wszystko. I niekoniecznie nic dobrego. – Nic więcej się nie działo? Oprócz świecenia, brzęczenia i znikania? – już wiedziała, że musi tam dzisiaj wrócić i zbadać sprawę. – Pamiętasz mniej-więcej gdzie to było? Sprawdzę to dzisiaj po pracy – o ile nic się po drodze nie wywali… a tak bywało. Ale miała nadzieję, że skończy dzisiaj o normalnej porze i w te pędy uda się do rodzinnego ogrodu zobaczyć jak ma się sytuacja po jednym dniu. – Może, ale po tym co tam się dzieje, to nie wierzę w żadne przypadki – dodała i po chwili westchnęła, zorientowawszy się chyba nie ominie ich sprawdzenie obu adresów i że nie da się tego magicznie wydedukować w obecnych warunkach.
Ruszyła więc w kierunku „szóstki” (a może jednak „dziewiątki”, nie była pewna) i możliwe, że jednak jej niezbyt udany ubiór w tym momencie przykuł uwagę jednego z kręcących się w pobliżu Chińczyków, bo wypadł przez drzwi, które wydały z siebie wyjątkowo irytujący dźwięk dzwoneczka i Lestrange mimowolnie odwróciła głowę od przekręconego numeru na niskiego faceta kłaniającego się niemal w pas i dziwaczną witrynę za jego plecami. Zmrużyła ciemne oczy, próbując dostrzec co się tam kryło, ale nie zdążyła się przyjrzeć.
– A moze tatuas dla pani? Albo dla pani? – i z firmowym uśmiechem numer pięć wgapił się też w Brennę, oczy mu się zaświeciły i zaraz zaczął patrzeć od jednej do drugiej ni to z nadzieją, ni to z udawanym zachwytem. Nie mówił czystym angielskim, bardziej takim łamanym, z wyraźnym akcentem, tak, że Tori musiała się skupić, żeby go w ogóle zrozumieć.
– Myślałam, że na tatuaż trzeba się wcześniej umówić – odparła, patrząc na dziwne ukłony mężczyzny, który przerwał im dość skutecznie całą pracę. Mugole byli naprawdę… czasami wyjątkowo dziwaczni.