– Tak uważam. Ale to było nagłe, żadnych kręgów, świeczek i tak dalej – odparła nieco ciszej, gdy Brenna się do niej nachyliła. – Albo jakimiś wspomnieniami, ale nie wiem jak to wytłumaczyć – dodała jeszcze i lekko wzruszyła ramionami, bo nie miała na to żadnych sensownych odpowiedzi – tylko więcej pytań. Było dla niej mocno niejasne, dlaczego Laurenta trafiła taka dziwna wizja gdy tylko weszli do oranżerii, bo niczego nadzwyczajnego tam nie było. To jest: oprócz samotnej róży w starej donicy.
– Popiół…? – powtórzyła za Brenną znowu, patrząc na nią uważnie i zaraz zmarszczyła brwi. Nie miało to sensu – zapach popiołu po wylanej cieczy znikającego flakonu eliksiru…? Nie miała powodu Brennie nie wierzyć, wręcz przeciwnie, zwłaszcza po tym, co sama widziała, ale ta sprawa z każdą chwilą robiła się coraz bardziej zagmatwana. – Nie mam pojęcia co to może znaczyć. Ale elfy z ogrodu zachowują się jakby działo się tam coś… ważnego? Podniosłego? Nie wiem jak to opisać, ale się chowają, jakby się bały tych róż, albo nie wiem… jakby czuły jakieś niebezpieczeństwo. Moja ciotka mówiła, że one wyczuwają takie rzeczy – a najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że te róże pojawiają się w kronikach rodziny jako krótka wzmianka bardzo dawno temu, a potem… wielka cisza.
– Same w sobie? Nie bardzo. Ale wyobrażam sobie, że może da się zakląć tak, by przenosiły klątwę? To tylko teoria, nie widziałam czegoś takiego nigdy i nie znam się akurat na tej dziedzinie – znaczy się na klątwołamaniu oraz na rzucaniu klątw, nie była więc pewna, czy to jest możliwe. Ale jeśli tak, no to był to po prostu dodatkowy krok, rzucone zaklęcie, odprawiony rytuał, czy co tam się robiło… Bo warząc eliksir nie dało się tego zrobić – albo ona nie miała pomysłu jak tego dokonać. Tez szeptała, na wszelki wypadek. – Jak masz czas i ochotę, to zapraszam. Ale jak nie, to sam opis tez wystarczy, dość dobrze znam ogrody – spędzała tam kiedyś bardzo dużo czasu, zresztą to tam narodziła się jej miłość do roślin, którą kultywowała też w dorosłym życiu.
Mina Victorii musiała bardzo mocno nie pasować do jej ogólnego chłodnego obycia i tych mugolskich, nie do końca pasujących do siebie ciuchów, a jednak Azjata nadal uśmiechał się (sztucznie – tak jej się wydawało, że sztucznie) absolutnie niezrażony szokiem wymalowanym na jej twarzy. Wyobraźnia właśnie ruszyła z kopyta i już widziała przed oczami bałagan w studio tatuażu, brudne narzędzia do wykonywania wzorów, i poczuła mimowolne wzdrygnięcie. A potem pomyślała sobie, że jakiś obcy facet miałby ją dotykać i też by się wzdrygnął na jej lodowaty trupi chłód, którego nie bardzo miała nawet jak wytłumaczyć mugolom. Wynik tego równania krzyczał wszem i wobec, że to wyjątkowo głupi pomysł, a poza tym, niespecjalnie widziała swoje ciało w permanentnych wzorach. Czy to był dobry pomysł, by podejmować takie decyzje pod wpływem chwili? Nie, nie bardzo.
– Dziękuję, ale chyba muszę odmówić – odpowiedziała w końcu, ale nie uszło jej uwadze, że to już kolejna osoba, która dopasowuje do niej różę, z tym, że ten facet zupełnie jej nie znał. Chyba, że słyszał kawałek ich rozmowy…? Mniejsza. – Nie mam przy sobie pieniędzy – to była prawda… ale tylko połowiczna, bo miała przy sobie jakieś mugolskie drobniaki i galeony, ale próbowała się właśnie grzecznie wykręcić.