Przez dłuższą chwilę trwał w absolutnym milczeniu, jakby nie chciał zakłócać rytmu, w jakim Helloise poruszała się po izbie. Każdy jej gest wydawał się częścią jakiegoś pierwotnego rytuału, nawet lenistwo miało w nim swój porządek. W jej ruchach dostrzegał coś z istoty Kniei, z jej dzikiej, bezczelnej harmonii. Surowe piękno gospodyni zdawało się wynikać z samej struktury natury: nieuczesane, nieprzewidywalne, obce wszelkiej cywilizacyjnej symetrii. Przez moment zdawało mu się, że ma przed sobą uosobienie tego, co nieokiełznane - kapłankę równowagi, którą las uczynił swoją własnością. A potem wzięła kielich. Zanurzyła w nim palce i powoli, bez namysłu, oblizała je, jakby badała smak świata, którego resztki przykleiły się do jej skóry. Ten drobny, przyziemny gest zburzył jego zachwyt jednym ciosem. Obrzydzenie przyszło natychmiast; szybkie, czyste, ostre. W jednej chwili to, co wydawało mu się pierwotne, okazało się jedynie zezwierzęceniem, instynktem pozbawionym transcendencji. Patrzył, jak oblizuje ziemię i treść, jakby nie dostrzegała różnicy między sobą a błotem, które ją karmiło. Zrozumiał, że nie była żadnym pomostem między naturą a magią, jak próbował ją widzieć, a raczej wypadkiem alchemii samotności - istotą, w której człowieczeństwo stężało i zlało się z pierwiastkiem zwierzęcym. Może Knieja naprawdę wyssała z niej to, co subtelne, i zostawiła tylko odruchy: brudne, szczere, nieokrzesane. Poczuł rozczarowanie nie tylko nią, ale sobą. Bo to on zbudował w niej obraz kapłanki, którą chciał widzieć; to on przypisał jej rolę uzdrowicielki zarazy która trawiła jego duszę, kiedy w istocie była tylko kolejnym stworzeniem, które przystosowało się do przetrwania. Zrozumiał, że to nie ona upadła z piedestału, to on sam go dla niej zbudował, z pyłu i własnych złudzeń.
Patrzył jeszcze chwilę, jak porusza się między fiolkami, bez wstydu, bez lęku, jakby w ogóle nie brała pod uwagę, że ktoś ją obserwuje. W jej świecie nie było granicy między sakralnym a trywialnym, między ofiarą a posiłkiem, między świętym rytuałem a zwierzęcym odruchem. Zbliżył się do stołu bez pośpiechu, jak ktoś, kto zna wagę każdego gestu. Powietrze wokół kolby wciąż drgało od ciepła i woni, a światło rozbijało się na połyskującym szkle. Louvain zatrzymał się na krawędzi światła, z cieniem przylepionym do ramion jak druga skóra. W jego spojrzeniu tlił się dziwny rodzaj znużonej ciekawości, tej, którą mają ludzie, gdy zbyt długo wpatrują się w płomień. - Zatrzymaj to. Spraw mi radość i wykorzystaj całość przy następnych porcjach. Objął jej dłoń oburącz, zaciskając jej palce na fiolce. Pojedynczo, każdy paluszek z osobna, jeden po drugim. W rytm własnych słów, aż zacisnął jej dłoń w pięść. Wtedy znurzony grymas zamienił się w szyderczy uśmiech. Słowa były nikczemnie nasączone i bezdźwięczne jak decyzja, którą się podejmuje w ciszy. Nie prosił; wytyczał warunek, który miał stać się elementem dalszej gry. Następnie przesunął się jeszcze bliżej, ale nie tak, by dotknąć stołu, raczej po to, by naruszyć równowagę między nimi. W jego ruchach było coś z prowokatora, który bawi się z cieniem własnej przewagi. Wyciągnął dłoń i zawiesił ją nad kolbą, testując nie tyle temperaturę, co granicę jej opanowania. Płomień zostawiał sądzę na paliczkach jego dłoni, bawił się przez moment między granicą ciepła, a bólu.
- Czasem warto zobaczyć, co się stanie, jeśli nie poczeka się do końca - mruknął, tonem ledwie zagniewanym, bardziej obserwując niż mówiąc. Uśmiech, który skrzywił mu usta, był zimny i precyzyjny; nie obiecywał nic poza świadomością możliwego złamania porządku. Nie poruszył się z miejsca, ale między nimi zaczęła krążyć nowa ostra nuta napięcia. Taka, jaką czują te, które mierzą, ile jeszcze wytrzyma lina. Louvain przestąpił krok, celowo zaburzając delikatny układ pracy i obecności, jakby sprawdzał, czy struktura wytrzyma. Jego dłoń zawisła nad stołem, palce lekko rozchylone, gotowe do gestu, który mógłby zakończyć zawieszenie chwili. To nie była konkretna groźba, to była gra z wyobraźnią, cyniczne dopuszczenie myśli, że wszystko może się zmienić w jednym, szybkim ruchu. Wtedy zobaczył to inaczej: nie jako pokusę zniszczenia, lecz jako możliwość oczyszczenia. Wystarczyłby jeden gest, by odesłać z powrotem to, co zatruło Knieję. Zimno, które wpełzło między korzenie i serca, zostawiając po sobie pustkę.
- Masz tę chwilę - powiedział cicho, prawie łagodnie. - Jeden ruch i pozbywasz się bezeceństwa. Odsuwasz od siebie tę plagę, to, co wyziębiło ziemię i ludzi. Nie był to rozkaz, lecz prowokacja. Pytanie, które ciążyło bardziej niż jakiekolwiek zaklęcie. Stał w milczeniu, obserwując, jak jej spojrzenie być może błądzi między kolbą, a jego dłonią, czy aby w jej oczach drga iskra wahania. Nie musiał nic dodawać. Wiedział, że ta pokusa - odesłać Zimno jednym ruchem, zakończyć jego bieg była bardzo silna. Ale czy silniejsza niż przywiązanie do tego kim była?