28.10.2025, 15:37 ✶
To, czy widziała w nim wroga, pozostawała dla niego zagadką. Nigdy nie darzyła go zbytnią sympatią: czy to przez wzgląd na nazwisko i powiązania z Louvainem, do którego był przeciez fizycznie bardziej niż podobny, czy przez fakt, że w Hogwarcie oboje byli szczeniakami, które wybrały miast stroszenia sierści na karku: użycie zębów. To wszystko jednak nie miało już znaczenia - nie w chwili, gdy wokół nich płonął ogień, a dym wzbijał się ku niebu, zasnuwając gwiazdy czarnymi obłokami. Nie miały znaczenia podstawione nogi czy rzucone zaklęcia, wiążące sznurówki ze sobą - nie w sytuacji, w której krew przesiąkała przez materiał ubrania Astorii, plamiąc nie tylko jej dłoń, ale i jego koszulę. A mimo to nie puszczał jej, nawet gdy mówiła, że nic jej nie było.
- Mówił ci ktoś, że jesteś beznadziejnym kłamcą? - starał się brzmieć kpiąco i beztrosko, lecz głos mu zadrżał, a wydźwięk wypowiadanych słów był zgoła inny, niż Lestrange chciał. Chciał zachować tę maskę, pod którą go znała do tej pory, bo przecież kim była ta kobieta, którą teraz trzymał w ramionach, jak nie kolejną kobietą, która nie zasługiwała na to, by jego serce przyspieszyło do nierównego bicia.
Ale skoro nie zasługiwała na to, to jak wyjaśnić fakt, że serce wciąż biło arytmicznie, ściskane niepokojem o jej zdrowie, a blade czoło marszczyło się, nie mogąc ukryć grymasu zatroskania?
Pod wieloma względami jej umysł przypominał umysł Nicholasa. Odruchy również. Żadne z nich nie chciało się przyznać do słabego serca, żadne z nich nie chciało pomocy od drugiej osoby. A jednak zarówno i przy niej, i przy nim, w kluczowym momencie, pojawił się Lestrange. I zamiast odtrącić słabnące ciała, wyciągał rękę, by pomóc im wstać.
- Sprowadzę później kogoś z Munga - wiedziała, że wielu członków jego rodziny pracowało w szpitalu. On sam z kolei nie pytał - oświadczał, że otrzyma opiekę. Może nie w tej sekundzie, może nie jutro, ale ją otrzyma. Nazwisko potrafiło otwierać wiele drzwi, szczególnie jeśli całym szpitalem zarządzał ktoś o tym samym mianie.
Rodolphus wyciągnął różdżkę, upewnił się że pupil Astorii wciąż był przy niej, a potem teleportował ich do posiadłości Averych. Znaleźli się na obrzeżach Londynu, tam gdzie było w miarę bezpiecznie. W miarę, bo wiedział doskonale, że nawet Dolina Godryka nie była w tej chwili bezpieczna.
- Londyn płonie. Zabezpieczcie posiadłość, ogień może dotrzeć tu w każdej chwili - poinformował jej rodzinę, gdy tylko znalazł się u bram Avery Hall, z ledwo przytomną Astorią na rękach. Wiedział, że ogień dotrze i tutaj - jak nie do domu, to na obrzeża. W końcu on był odpowiedzialny za sporą część zniszczeń, które pojawiły się w Londynie. Sam nie mógł zostać - wykręcił się pomocą potrzebującym. A tak naprawdę musiał wrócić do Little Hangelton po maskę. Noc się dla niego jeszcze nie skończyła.
- Mówił ci ktoś, że jesteś beznadziejnym kłamcą? - starał się brzmieć kpiąco i beztrosko, lecz głos mu zadrżał, a wydźwięk wypowiadanych słów był zgoła inny, niż Lestrange chciał. Chciał zachować tę maskę, pod którą go znała do tej pory, bo przecież kim była ta kobieta, którą teraz trzymał w ramionach, jak nie kolejną kobietą, która nie zasługiwała na to, by jego serce przyspieszyło do nierównego bicia.
Ale skoro nie zasługiwała na to, to jak wyjaśnić fakt, że serce wciąż biło arytmicznie, ściskane niepokojem o jej zdrowie, a blade czoło marszczyło się, nie mogąc ukryć grymasu zatroskania?
Pod wieloma względami jej umysł przypominał umysł Nicholasa. Odruchy również. Żadne z nich nie chciało się przyznać do słabego serca, żadne z nich nie chciało pomocy od drugiej osoby. A jednak zarówno i przy niej, i przy nim, w kluczowym momencie, pojawił się Lestrange. I zamiast odtrącić słabnące ciała, wyciągał rękę, by pomóc im wstać.
- Sprowadzę później kogoś z Munga - wiedziała, że wielu członków jego rodziny pracowało w szpitalu. On sam z kolei nie pytał - oświadczał, że otrzyma opiekę. Może nie w tej sekundzie, może nie jutro, ale ją otrzyma. Nazwisko potrafiło otwierać wiele drzwi, szczególnie jeśli całym szpitalem zarządzał ktoś o tym samym mianie.
Rodolphus wyciągnął różdżkę, upewnił się że pupil Astorii wciąż był przy niej, a potem teleportował ich do posiadłości Averych. Znaleźli się na obrzeżach Londynu, tam gdzie było w miarę bezpiecznie. W miarę, bo wiedział doskonale, że nawet Dolina Godryka nie była w tej chwili bezpieczna.
- Londyn płonie. Zabezpieczcie posiadłość, ogień może dotrzeć tu w każdej chwili - poinformował jej rodzinę, gdy tylko znalazł się u bram Avery Hall, z ledwo przytomną Astorią na rękach. Wiedział, że ogień dotrze i tutaj - jak nie do domu, to na obrzeża. W końcu on był odpowiedzialny za sporą część zniszczeń, które pojawiły się w Londynie. Sam nie mógł zostać - wykręcił się pomocą potrzebującym. A tak naprawdę musiał wrócić do Little Hangelton po maskę. Noc się dla niego jeszcze nie skończyła.
Koniec sesji