29.10.2025, 14:35 ✶
Yule zbliżało się wielkimi krokami, a ja, jak zwykle, byłem o kilka minut spóźniony - nawet jeśli zajęcia się jeszcze nie zaczęły, wiedziałem, że w tym wypadku było najlepiej być przed czasem, ale tym razem zupełnie to olałem. Nie dlatego, że nie potrafiłem wyjść wcześniej, po prostu nie widziałem sensu w tym, by spieszyć się na lekcję, na której i tak zamierzałem improwizować połowę receptury. Slughorn i tak mnie lubił, a przynajmniej lubił moje nazwisko, a to przecież prawie to samo. W przypadku Slughorna wystarczyło wejść do sali z pełnym wachlarzem teatralnych gestów i udawanego skruszenia, by zapomniał o przewinieniach, rozwodząc się nad moim utalentowanym wujem, z którym kiedyś pracował.
Schodząc po kamiennych schodach do lochów, czułem, jak zimno wżera się w palce. Lochy pachniały wilgocią, kurzem i tą charakterystyczną nutą ziół, które gotowały się w mosiężnych kociołkach od samego rana. W powietrzu unosiła się para i szept - ten, który zwiastował, że zaraz coś się wydarzy. Kiedy skręciłem w długi korytarz prowadzący do sali eliksirów, dostrzegłem grupkę dziewczyn stojących przy drzwiach - te same, które od pierwszego roku chichotały, kiedy tylko przechodziłem obok. Znałem ten dźwięk - cichy, udawanie niewinny śmiech, który niby nic nie znaczył, a jednak mówił wszystko. Machnąłem na to ręką. Nie miałem dziś siły na ich drobne intrygi - pachniałem jeszcze dymem po porannym papierosie wypalonym za szklarnią, a umysł miałem zajęty myślą, że święta znów spędzę przy stole, przy którym nikt się nie uśmiecha.
Wszedłem do klasy, a powietrze natychmiast uderzyło mnie znajomym zapachem - siarki, ziół i czegoś przypominającego spalone drewno. Słoje z płynnymi ingrediencjami połyskiwały w blasku magicznych lamp, rzucając migotliwe refleksy na kamienne ściany. Zająłem miejsce w tylnym rzędzie, obok pustego stołu, który zawsze dawał mi najlepszy widok na wszystkich innych. Slughorn stał przy katedrze, z tą swoją przyklejoną życzliwością, chciał wszystkich przekonać, że jest naszym najlepszym przyjacielem. W rzeczywistości był po prostu kolekcjonerem, uwielbiał otaczać się nazwiskami.
- Dobrze, dobrze! Współpraca rozwija umysł, moi drodzy! - Zagrzmiał Slughorn, zamaszyście gestykulując. - Zmieniamy partnerów! Wymieszajmy trochę krew w tej sali, co? - Niefortunny dobór słownictwa…
Zaczęło się szuranie, jęki niezadowolenia, zamieszanie, szelest pergaminu - krzesła skrzypiały, torby lądowały na ziemi. Z początku wydawało się, że mnie to ominie, Slughorn recytował nazwiska, a ja półsłuchałem, pół udawałem, że mnie to nie dotyczy. Z kieszeni wyjąłem pióro, po czym nonszalancko oparłem się o oparcie krzesła, obserwując, jak dziewczyny z przodu wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
Slughorn nie wyczytał mojego nazwiska. W teorii. Ale w praktyce…
Widziałem, widziałem ten błysk w oczach Travers - wymieniła spojrzenie z Fawcett, coś mruknęła, a ta druga niemal nie potrafiła powstrzymać śmiechu, gdy, jak na zawołanie, profesor wypowiedział nazwisko Prudence Bletchley. Jej „nowa partnerka” z uśmiechem niewinnym jak u anioła zerknęła na resztę swojej paczki, potwierdzając jakąś cichą umowę, i nagle cała ta układanka kliknęła w mojej głowie. Nie lubiłem się mieszać, zwłaszcza nie w cudze problemy, ale… Było w tym coś żałosnego, ten rodzaj drobnego okrucieństwa, który pachniał tanim triumfem.
- Profesorze. - Odezwałem się spokojnie, zanim którakolwiek z nich zdążyła zareagować. - Wydaje mi się, że zaszła pomyłka. Dwukrotnie wyczytał pan profesor pannę Bletchley.
Tymczasem dziewczyna, która miała zająć miejsce obok Prudence, już otwierała usta do protestu, ale profesor ją uciszył. Slughorn spojrzał znad swoich notatek, zdezorientowany, jego wąsy drgnęły w wyrazie zawahania.
- Och…? Doprawdy? - Zmarszczył brwi, po czym uśmiechnął się łagodnie. - Tak, tak, zapewne coś źle powiedziałem. Zdarza się, starość nie radość. Tak, tak, oczywiście, panie Rookwood. Proszę, usiądźcie razem. Panno Fawcett, proszę zająć miejsce przy panu Nottcie, dobrze? Jak już mówiłem… - Reszta wypowiedzi skupiała się na nazwiskach, których już nie słuchałem.
Westchnąłem cicho, nie z sympatii, broń Merlinie, po prostu nie chciałem słuchać pisków i jęków, kiedy zacznie się teatrzyk. To miało być proste - niewinna zmiana partnerów, mały psikus, może wywrócony kociołek, może coś w eliksirze. Miałem zbyt mało cierpliwości, jak na scenę łzawych dramatów w zimnym lochu, więc wstałem. Klasyka, dla nich zabawa, dla niej - upokorzenie, dla mnie… Ja, idiota, pomyślałem, że to będzie długa lekcja.
- Cóż za poświęcenie z twojej strony, Rooks. - Mruknęła Travers, nieco zbyt głośno.
- Nie poświęcenie. - Odpowiedziałem bez spojrzenia w jej stronę. - Po prostu wolę mieć przy stole kogoś, kto wie, która strona różdżki jest od zaklęć.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Slughorn próbował wyglądać, jakby nie słyszał, a ja, jak gdyby nigdy nic, spojrzałem na Prudence. Westchnąłem teatralnie i podszedłem do jej stołu, stukając różdżką w blat tak, by zwrócić jej uwagę.
- No, proszę, Prudy Bletchley. Idealna para, nie sądzisz? - Powiedziałem z przesadnym entuzjazmem, zrzucając torbę obok krzesła, odsuwając je sobie nogą i rozwalając się na siedzisku.
Schodząc po kamiennych schodach do lochów, czułem, jak zimno wżera się w palce. Lochy pachniały wilgocią, kurzem i tą charakterystyczną nutą ziół, które gotowały się w mosiężnych kociołkach od samego rana. W powietrzu unosiła się para i szept - ten, który zwiastował, że zaraz coś się wydarzy. Kiedy skręciłem w długi korytarz prowadzący do sali eliksirów, dostrzegłem grupkę dziewczyn stojących przy drzwiach - te same, które od pierwszego roku chichotały, kiedy tylko przechodziłem obok. Znałem ten dźwięk - cichy, udawanie niewinny śmiech, który niby nic nie znaczył, a jednak mówił wszystko. Machnąłem na to ręką. Nie miałem dziś siły na ich drobne intrygi - pachniałem jeszcze dymem po porannym papierosie wypalonym za szklarnią, a umysł miałem zajęty myślą, że święta znów spędzę przy stole, przy którym nikt się nie uśmiecha.
Wszedłem do klasy, a powietrze natychmiast uderzyło mnie znajomym zapachem - siarki, ziół i czegoś przypominającego spalone drewno. Słoje z płynnymi ingrediencjami połyskiwały w blasku magicznych lamp, rzucając migotliwe refleksy na kamienne ściany. Zająłem miejsce w tylnym rzędzie, obok pustego stołu, który zawsze dawał mi najlepszy widok na wszystkich innych. Slughorn stał przy katedrze, z tą swoją przyklejoną życzliwością, chciał wszystkich przekonać, że jest naszym najlepszym przyjacielem. W rzeczywistości był po prostu kolekcjonerem, uwielbiał otaczać się nazwiskami.
- Dobrze, dobrze! Współpraca rozwija umysł, moi drodzy! - Zagrzmiał Slughorn, zamaszyście gestykulując. - Zmieniamy partnerów! Wymieszajmy trochę krew w tej sali, co? - Niefortunny dobór słownictwa…
Zaczęło się szuranie, jęki niezadowolenia, zamieszanie, szelest pergaminu - krzesła skrzypiały, torby lądowały na ziemi. Z początku wydawało się, że mnie to ominie, Slughorn recytował nazwiska, a ja półsłuchałem, pół udawałem, że mnie to nie dotyczy. Z kieszeni wyjąłem pióro, po czym nonszalancko oparłem się o oparcie krzesła, obserwując, jak dziewczyny z przodu wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
Slughorn nie wyczytał mojego nazwiska. W teorii. Ale w praktyce…
Widziałem, widziałem ten błysk w oczach Travers - wymieniła spojrzenie z Fawcett, coś mruknęła, a ta druga niemal nie potrafiła powstrzymać śmiechu, gdy, jak na zawołanie, profesor wypowiedział nazwisko Prudence Bletchley. Jej „nowa partnerka” z uśmiechem niewinnym jak u anioła zerknęła na resztę swojej paczki, potwierdzając jakąś cichą umowę, i nagle cała ta układanka kliknęła w mojej głowie. Nie lubiłem się mieszać, zwłaszcza nie w cudze problemy, ale… Było w tym coś żałosnego, ten rodzaj drobnego okrucieństwa, który pachniał tanim triumfem.
- Profesorze. - Odezwałem się spokojnie, zanim którakolwiek z nich zdążyła zareagować. - Wydaje mi się, że zaszła pomyłka. Dwukrotnie wyczytał pan profesor pannę Bletchley.
Tymczasem dziewczyna, która miała zająć miejsce obok Prudence, już otwierała usta do protestu, ale profesor ją uciszył. Slughorn spojrzał znad swoich notatek, zdezorientowany, jego wąsy drgnęły w wyrazie zawahania.
- Och…? Doprawdy? - Zmarszczył brwi, po czym uśmiechnął się łagodnie. - Tak, tak, zapewne coś źle powiedziałem. Zdarza się, starość nie radość. Tak, tak, oczywiście, panie Rookwood. Proszę, usiądźcie razem. Panno Fawcett, proszę zająć miejsce przy panu Nottcie, dobrze? Jak już mówiłem… - Reszta wypowiedzi skupiała się na nazwiskach, których już nie słuchałem.
Westchnąłem cicho, nie z sympatii, broń Merlinie, po prostu nie chciałem słuchać pisków i jęków, kiedy zacznie się teatrzyk. To miało być proste - niewinna zmiana partnerów, mały psikus, może wywrócony kociołek, może coś w eliksirze. Miałem zbyt mało cierpliwości, jak na scenę łzawych dramatów w zimnym lochu, więc wstałem. Klasyka, dla nich zabawa, dla niej - upokorzenie, dla mnie… Ja, idiota, pomyślałem, że to będzie długa lekcja.
- Cóż za poświęcenie z twojej strony, Rooks. - Mruknęła Travers, nieco zbyt głośno.
- Nie poświęcenie. - Odpowiedziałem bez spojrzenia w jej stronę. - Po prostu wolę mieć przy stole kogoś, kto wie, która strona różdżki jest od zaklęć.
Kilka osób parsknęło śmiechem. Slughorn próbował wyglądać, jakby nie słyszał, a ja, jak gdyby nigdy nic, spojrzałem na Prudence. Westchnąłem teatralnie i podszedłem do jej stołu, stukając różdżką w blat tak, by zwrócić jej uwagę.
- No, proszę, Prudy Bletchley. Idealna para, nie sądzisz? - Powiedziałem z przesadnym entuzjazmem, zrzucając torbę obok krzesła, odsuwając je sobie nogą i rozwalając się na siedzisku.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)