29.10.2025, 18:21 ✶
„Nie mogłam trafić lepiej.” Powiedziała to takim tonem, że gdybym był trochę mniej odporny na złośliwości, może nawet poczułbym się urażony, ale nie byłem. Przynajmniej nie w sposób, który dałoby się zauważyć. Prawie się zaśmiałem. Nie dlatego, że było to szczególnie zabawne, ale dlatego, że to brzmiało jak coś, co mógłbym sam powiedzieć. Prue Bletchley, idealna mieszanka irytującej powściągliwości i chłodnego sarkazmu, siedziała sztywno jakby ktoś włożył jej kij w kręgosłup, a przy tym patrzyła na mnie tym spojrzeniem, które mówiło - „nie ufam ci nawet przez sekundę.”
- Wzajemnie, Bletchley. Cieszę się, że to dostrzegasz, większość dziewczyn w tej sali marzyłaby o tym zaszczycie. - Odparłem spokojnie, rzucając torbę na ziemię i rozkładając księgę eliksirów na jej brzegu stołu, ostentacyjnie blisko jej pergaminu. - Ja natomiast zawsze marzyłem o tym, żeby dzielić kociołek z kimś, kto patrzy na mnie, jak na podejrzanego w sprawie o morderstwo.
Zsunąłem się na krzesło obok niej, z tą typową nonszalancją, jakbym to ja łaskawie wybrał ten stolik, a nie los, profesor i odrobina przyzwoitości. Oparłem łokcie o blat, skrzyżowałem ręce i przez moment po prostu obserwowałem jej starannie poukładane przyrządy - pergamin leżał idealnie prosto, fiolki ustawione równo jak żołnierze w szeregu - słodka perfekcjonistka, jej ton miał w sobie tyle ciepła, co kamienna posadzka lochów. Cóż, przynajmniej była przewidywalna. Przesunąłem swoje przybory bliżej środka stołu, z rozmysłem zajmując nieco więcej przestrzeni, niż było konieczne. Chciałem zobaczyć, jak zareaguje, czy się cofnie, czy będzie walczyć o każdy centymetr blatu, jak o granicę własnego terytorium. Wiedziałem, że ją to zirytuje, i może właśnie dlatego to zrobiłem.
Usiadłem obok, opierając łokcie o blat, tak jakbym czuł się tu doskonale na swoim miejscu. Może i czułem - przywykłem do chłodu, do tych spojrzeń spod rzęs, do napięcia unoszącego się w powietrzu, były bardziej przewidywalne, niż to, co miało mnie czekać za raptem kilka dni. Wziąłem jej pióro, które niechcący zsunęło się na środek stołu, przesuwając je w kierunku Prudence. Oczywiście, zrobiłem to z przesadną ostrożnością, jakbym dotykał kruchego artefaktu. Zerknąłem na nią przelotnie, kątem oka, nie na tyle, by wyglądało to jak zainteresowanie, bardziej jak kontrola sytuacji. Chciałem się upewnić, że nie planowała eksplozji - w przenośni albo dosłownie. Kątem oka widziałem, jak Slughorn z zadowoleniem obserwuje salę, przekonany, że stworzył idealną atmosferę „międzydomowej współpracy”. Merlinie, jaki naiwny starzec.
- Zasady, tak? - Powtórzyłem. - Dobrze, ustalmy - ty robisz wszystko, a ja biorę połowę zasług. - Udawałem zrelaksowanego, ale kątem oka widziałem, jak dziewczyny z grupki wymieniają spojrzenia, rozczarowane, że ich plan się rozsypał. Tak było łatwiej - dla niej, dla mnie, dla wszystkich, którzy woleli udawać, że nikt tu nikogo nie ratuje.
Sięgnąłem po podręcznik, który od dawna miał naderwaną okładkę, i otworzyłem go na przypadkowej stronie.
- A tak na serio, zaczynajmy od pierwszej i ostatniej - ja nie przeszkadzam tobie, ty nie przeszkadzasz mnie. - Przewróciłem kartkę, jakbym naprawdę zamierzał czytać, chociaż oczy błądziły po tekście bez skupienia. - Bo wtedy będę musiał zacząć cię traktować jak typową partnerkę z eliksirów, a wierz mi, to nie byłoby przyjemne doświadczenie. - Odchyliłem się na krześle, balansując na dwóch tylnych nogach, mimo że Slughorn dostawał białej gorączki, gdy ktoś tak siadał, wzruszyłem ramionami.
- Wzajemnie, Bletchley. Cieszę się, że to dostrzegasz, większość dziewczyn w tej sali marzyłaby o tym zaszczycie. - Odparłem spokojnie, rzucając torbę na ziemię i rozkładając księgę eliksirów na jej brzegu stołu, ostentacyjnie blisko jej pergaminu. - Ja natomiast zawsze marzyłem o tym, żeby dzielić kociołek z kimś, kto patrzy na mnie, jak na podejrzanego w sprawie o morderstwo.
Zsunąłem się na krzesło obok niej, z tą typową nonszalancją, jakbym to ja łaskawie wybrał ten stolik, a nie los, profesor i odrobina przyzwoitości. Oparłem łokcie o blat, skrzyżowałem ręce i przez moment po prostu obserwowałem jej starannie poukładane przyrządy - pergamin leżał idealnie prosto, fiolki ustawione równo jak żołnierze w szeregu - słodka perfekcjonistka, jej ton miał w sobie tyle ciepła, co kamienna posadzka lochów. Cóż, przynajmniej była przewidywalna. Przesunąłem swoje przybory bliżej środka stołu, z rozmysłem zajmując nieco więcej przestrzeni, niż było konieczne. Chciałem zobaczyć, jak zareaguje, czy się cofnie, czy będzie walczyć o każdy centymetr blatu, jak o granicę własnego terytorium. Wiedziałem, że ją to zirytuje, i może właśnie dlatego to zrobiłem.
Usiadłem obok, opierając łokcie o blat, tak jakbym czuł się tu doskonale na swoim miejscu. Może i czułem - przywykłem do chłodu, do tych spojrzeń spod rzęs, do napięcia unoszącego się w powietrzu, były bardziej przewidywalne, niż to, co miało mnie czekać za raptem kilka dni. Wziąłem jej pióro, które niechcący zsunęło się na środek stołu, przesuwając je w kierunku Prudence. Oczywiście, zrobiłem to z przesadną ostrożnością, jakbym dotykał kruchego artefaktu. Zerknąłem na nią przelotnie, kątem oka, nie na tyle, by wyglądało to jak zainteresowanie, bardziej jak kontrola sytuacji. Chciałem się upewnić, że nie planowała eksplozji - w przenośni albo dosłownie. Kątem oka widziałem, jak Slughorn z zadowoleniem obserwuje salę, przekonany, że stworzył idealną atmosferę „międzydomowej współpracy”. Merlinie, jaki naiwny starzec.
- Zasady, tak? - Powtórzyłem. - Dobrze, ustalmy - ty robisz wszystko, a ja biorę połowę zasług. - Udawałem zrelaksowanego, ale kątem oka widziałem, jak dziewczyny z grupki wymieniają spojrzenia, rozczarowane, że ich plan się rozsypał. Tak było łatwiej - dla niej, dla mnie, dla wszystkich, którzy woleli udawać, że nikt tu nikogo nie ratuje.
Sięgnąłem po podręcznik, który od dawna miał naderwaną okładkę, i otworzyłem go na przypadkowej stronie.
- A tak na serio, zaczynajmy od pierwszej i ostatniej - ja nie przeszkadzam tobie, ty nie przeszkadzasz mnie. - Przewróciłem kartkę, jakbym naprawdę zamierzał czytać, chociaż oczy błądziły po tekście bez skupienia. - Bo wtedy będę musiał zacząć cię traktować jak typową partnerkę z eliksirów, a wierz mi, to nie byłoby przyjemne doświadczenie. - Odchyliłem się na krześle, balansując na dwóch tylnych nogach, mimo że Slughorn dostawał białej gorączki, gdy ktoś tak siadał, wzruszyłem ramionami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)