30.10.2025, 03:45 ✶
Być może był realistą (czy tam czarnowidzem; akurat to była dla niego raczej mała różnica), jednak nawet on nie był w stanie przewidzieć scenariusza, który właśnie odgrywali. Warto dodać, że jako społeczeństwo, nie pojedyncze jednostki, nie grono nieszczęśników akurat znajdujących się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. O nie. Tym razem prawdopodobnie nie istniała jakakolwiek znana mu osoba, która w żaden sposób, w żadnym zakresie nie odczułaby konsekwencji wydarzeń z pamiętnej nocy. Choćby nawet pod postacią obudzenia się w nowej rzeczywistości, jeśli jakimś cudem przespała pożary.
Absurdalnej rzeczywistości, a jakże. Ale czy ktoś naprawdę się temu dziwił? Niekoniecznie. Sam Roise od dawna był święcie przekonany o tym, że społeczeństwo z roku na rok, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej głupiało.
Londyn płonie, miasto przestaje udawać stolicę cywilizacji, a wszyscy dotychczasowi zapaleni miastowi nagle odkrywają urok pól, sadów i tego, że świeże wiejskie powietrze być może szczypie w nozdrza, ale przynajmniej nie w płuca. Tym samym, rynek nieruchomości przechodzi jednocześnie wzrost i załamanie. W Londynie pojawiają się dziesiątki, jeśli nie setki nieruchomości na sprzedaż, ale co z tego, skoro znaczna część z nich jest zaklątwiona albo spalona. Jednocześnie ludzie masowo poszukują domów w miejscach, którymi wcześniej gardzili, usiłując na siłę wykupić cudzą ziemię, nagle chcąc zostać farmerami i hodowcami lam. Tych, które wedle jego wiedzy (a na zwierzętach znał się średnio) nawet nie powinny być zbyt popularne w warunkach panujących w Wielkiej Brytanii.
No, nie miał tego w bingo na ten rok. Ani na następny, jeśli miałby być zupełnie szczery. Po prawdzie mówiąc, jeszcze nie dalej niż miesiąc wcześniej wdał się w dosyć chłodną dyskusję na temat tego wszystkiego, co w tamtym momencie dla jego rozmówcy wydawało się wiejskim zaściankiem. Teraz zapewne było nową szansą na odżycie po tym, jak cywilizowane miasto na kilka godzin stało się piekłem na ziemi, dosłowną pułapką, która nawet teraz nie zachęcała do ponownego wejścia między teoretycznie znajome budynki.
Poza gęsta zabudową, wiatr miał zdecydowanie więcej szans w nierównej walce z dymem i z tą częścią skutków pożarów, które w ogóle dało się tak po prostu zmazać. Czy to magią, czy też po prostu ścierkami, miotłami i detergentami.
Pozostawały bowiem jeszcze te pamiątki po niedawnych wydarzeniach noszące znamiona znacznie trwalej zakorzenionych problemów. Jak na przykład klątwa wisząca nad rodową posiadłością Greengrassa, która dosyć skutecznie wybiła mu z głowy myśl o zakorzenianiu się tam po całkowitej utracie mieszkania przy Horyzontalnej.
Gdy pojawił się w Dziurawym Kotle, w powietrzu nadal unosił się zapach sadzy. Może z pobliskiego kominka, a może z Londynu jako całości. Wydawało się, że to miasto już nigdy nie będzie pachnieć inaczej. Kątem oka zmierzył pustą salę. Dziwnie, cholernie pustą jak na Dziurawy Kocioł, zawsze tak bardzo tętniący życiem. Chociaż...
...od pewnego czasu wszystko wydawało mu się za puste albo za pełne. Miasto było poranione w tym osobliwym, a jednak na swój sposób zrozumiałym sensie. Jedne miejsca jeszcze dymiły, inne były martwiejące, pozbawione życia. To tutaj było trupem, który właściciel usiłował poddawać niezbyt udanej reanimacji. Nie był przesadnie emocjonalny w tym spostrzeżeniu. Po prostu miał oczy.
Usiadł naprzeciwko, bez słowa, od niechcenia strzepując z ramienia coś, co wyglądało jak pył, ale równie mogło być wspomnieniem sadzy, która przykleiła się do niego wtedy w Londynie i najwyraźniej postanowiła już nigdy nie odejść. Nawet jego pozornie czyste i schludne ubrania, którym według wszelkich zasad elegancji niczego nie brakowało, nosiły ślady cudzej ingerencji w jego życie. Uroczo.
- Geraldine ma ciekawsze rzeczy do zabijania niż mój entuzjazm do whiskey - wzruszył ramionami. - To małżeństwo, Cathal, nie cyrograf obarczony klątwą. Chociaż różnica bywa subtelna. - Kącik ust uniósł mu się w czymś, co mogło być uśmiechem, ale równie dobrze i grymasem.
Absurdalnej rzeczywistości, a jakże. Ale czy ktoś naprawdę się temu dziwił? Niekoniecznie. Sam Roise od dawna był święcie przekonany o tym, że społeczeństwo z roku na rok, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej głupiało.
Londyn płonie, miasto przestaje udawać stolicę cywilizacji, a wszyscy dotychczasowi zapaleni miastowi nagle odkrywają urok pól, sadów i tego, że świeże wiejskie powietrze być może szczypie w nozdrza, ale przynajmniej nie w płuca. Tym samym, rynek nieruchomości przechodzi jednocześnie wzrost i załamanie. W Londynie pojawiają się dziesiątki, jeśli nie setki nieruchomości na sprzedaż, ale co z tego, skoro znaczna część z nich jest zaklątwiona albo spalona. Jednocześnie ludzie masowo poszukują domów w miejscach, którymi wcześniej gardzili, usiłując na siłę wykupić cudzą ziemię, nagle chcąc zostać farmerami i hodowcami lam. Tych, które wedle jego wiedzy (a na zwierzętach znał się średnio) nawet nie powinny być zbyt popularne w warunkach panujących w Wielkiej Brytanii.
No, nie miał tego w bingo na ten rok. Ani na następny, jeśli miałby być zupełnie szczery. Po prawdzie mówiąc, jeszcze nie dalej niż miesiąc wcześniej wdał się w dosyć chłodną dyskusję na temat tego wszystkiego, co w tamtym momencie dla jego rozmówcy wydawało się wiejskim zaściankiem. Teraz zapewne było nową szansą na odżycie po tym, jak cywilizowane miasto na kilka godzin stało się piekłem na ziemi, dosłowną pułapką, która nawet teraz nie zachęcała do ponownego wejścia między teoretycznie znajome budynki.
Poza gęsta zabudową, wiatr miał zdecydowanie więcej szans w nierównej walce z dymem i z tą częścią skutków pożarów, które w ogóle dało się tak po prostu zmazać. Czy to magią, czy też po prostu ścierkami, miotłami i detergentami.
Pozostawały bowiem jeszcze te pamiątki po niedawnych wydarzeniach noszące znamiona znacznie trwalej zakorzenionych problemów. Jak na przykład klątwa wisząca nad rodową posiadłością Greengrassa, która dosyć skutecznie wybiła mu z głowy myśl o zakorzenianiu się tam po całkowitej utracie mieszkania przy Horyzontalnej.
Gdy pojawił się w Dziurawym Kotle, w powietrzu nadal unosił się zapach sadzy. Może z pobliskiego kominka, a może z Londynu jako całości. Wydawało się, że to miasto już nigdy nie będzie pachnieć inaczej. Kątem oka zmierzył pustą salę. Dziwnie, cholernie pustą jak na Dziurawy Kocioł, zawsze tak bardzo tętniący życiem. Chociaż...
...od pewnego czasu wszystko wydawało mu się za puste albo za pełne. Miasto było poranione w tym osobliwym, a jednak na swój sposób zrozumiałym sensie. Jedne miejsca jeszcze dymiły, inne były martwiejące, pozbawione życia. To tutaj było trupem, który właściciel usiłował poddawać niezbyt udanej reanimacji. Nie był przesadnie emocjonalny w tym spostrzeżeniu. Po prostu miał oczy.
Usiadł naprzeciwko, bez słowa, od niechcenia strzepując z ramienia coś, co wyglądało jak pył, ale równie mogło być wspomnieniem sadzy, która przykleiła się do niego wtedy w Londynie i najwyraźniej postanowiła już nigdy nie odejść. Nawet jego pozornie czyste i schludne ubrania, którym według wszelkich zasad elegancji niczego nie brakowało, nosiły ślady cudzej ingerencji w jego życie. Uroczo.
- Geraldine ma ciekawsze rzeczy do zabijania niż mój entuzjazm do whiskey - wzruszył ramionami. - To małżeństwo, Cathal, nie cyrograf obarczony klątwą. Chociaż różnica bywa subtelna. - Kącik ust uniósł mu się w czymś, co mogło być uśmiechem, ale równie dobrze i grymasem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down