Wzruszyła ramionami, bo naprawdę nie miała pojęcia po co.
– Ogrody tak licznie zajęte przez inne rośliny nie są chyba najszczęśliwszym miejscem, jeśli potrzebuje się go dużo – mruknęła w zamyśleniu, bo nie przyszło jej to wcześniej do głowy. Ale nie przyszło chyba właśnie z tego powodu, co zobaczył Laurent i Victoria miała całkiem niezłą teorię dlaczego, w dokładniej chodziło o morze, biorąc pod uwagę naturę wizji i wspomnienia jakie się mu ukazało. – Wezwali mnie wczoraj do ogrodu, badałam je bardzo wstępnie, ale to trochę za mało czasu, żeby dać konkretny werdykt. Ale przekopywaliśmy też kroniki rodziny, te róże były już raz wzmiankowane, dawno temu, ale bez większych konkretów. Nie sądzę żeby to był ktoś z zewnątrz prawdę mówiąc. I bardzo wątpię żeby ktokolwiek zrobił to celowo, w sensie ktoś od nas – i jeszcze to, co powiedziała jej Lorelei Lestrange, że te róże już raz zajęły ogród i zostały z niego wycięte… i że poprzednim razem gdy to miało miejsce, pojawiły się też na Polanie Ognisk… Victoria miała bardzo wiele ponurych myśli dotyczących tej sprawy, a wszystkie krążyły wokół Limbo, anomalii, zachwianej granicy i zastanawiała się czy jej obecność i energia, którą w sobie miała, nie wpłynęła jakoś na tak nagłe pojawienie się tych róż. – Na pierwszy rzut oka wyglądają na normalne róże… czarne, zgoda, ale poza tym normalne. Nie słyszałam, żeby kogokolwiek zaatakowały. Ale lepiej nic przy nich nie majstrować, tak jak zresztą jest napisane na ogłoszeniu przy wejściach, bo za mało wiemy – a ogłoszenia mówiły wprost, by nie zakłócać naturalnego porządku ogrodów i nie ingerować, bez wyraźnej potrzeby, bo fenomen czarnych róż był niezbadany, a magia – kapryśna. – Nie ma przeciwwskazań, ale sam w sobie nie niesie żadnej magii, więc jest raczej bezużyteczny. Natomiast wykorzystuje się jaja popiełka, nie wiem czy pamiętasz popiełki? Rozsypują się w popiół – nie że jaja same w sobie, ale te śmieszne, krótko żyjące węże zrodzone z magicznego ognia.
– Nie, nie, nawet ze zniżką. Dziękuję – zamachała nawet nieco obronnie dłońmi przed sobą. Perspektywa jakiegoś obcego mugola tatuująca jej… co, rękę, nogę, plecy, no przecież nie dekolt – była wręcz absurdalna. Jak on to sobie wyobrażał w ogóle, że wybierze jakiś wzór na szybko, miejsce na szybko i ot tak zgodzi się wydziarać?
I tak… że kobieta? Ona? Z tatuażem? Jak przestępca? Znaczy osobiście jej to nie przeszkadzało jako ozdoba ciała i kogoś innego, ale nie wyobrażała sobie siebie… I co by mama powiedziała?
Poza tym zniżka? Pachniało oszustwem z kilometra, ale nie zamierzała się tą sprawą zajmować, bo to nie jej cyrk i nie jej małpy (znaczy się niech sobie mugole sami ze sobą radzą, nic jej nie było do tego, mieli swój świat, w który nie planowała ingerować).
Ruszyły we dwie dalej, do tego drugiego budynku, który miały na liście, zostawiając niepocieszone go tatuażystę, który chyba coś mamrotał po chińsku pod nosem, za sobą, a Victoria westchnęła z ulgą.
– Nie wiem gdzie miałabym sobie taki tatuaż zrobić – no przecież nie na czole.