30.10.2025, 17:37 ✶
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zaczęła rzucać te swoje kąśliwe uwagi, typowe dla niej - obrona przez sarkazm, jakby chciała od razu zaznaczyć granicę, zanim ktokolwiek zdąży zrobić pierwszy ruch. Miała w sobie tę dziwną mieszaninę dumy i nerwowości, jak ktoś, kto desperacko próbuje udowodnić, że nic go nie rusza.
- Slughorn to wizjoner. Dziwi mnie, że z tą swoją skłonnością do wprowadzania zmian, jeszcze nie został samym dyrektorem. - Uśmiechnąłem się do siebie. Zauważyłem, jak zmarszczyła brwi, gdy moje przybory zajęły zbyt dużo przestrzeni. Oczywiście, że zrobiłem to celowo, chciałem zobaczyć, jak długo wytrzyma, zanim zacznie mnie poprawiać, więc gdy po chwili odruchowo sięgnęła po swoje pióro, które wcześniej wziąłem do ręki, nie oddałem go od razu.
- Spokojnie, nie zamierzałem nim pisać wierszy miłosnych. - Uśmiechnąłem się lekko, z tą bezczelną swobodą, która zawsze wyprowadzała ludzi z równowagi. Ton miałem lekki, prawie żartobliwy, choć gdzieś pod spodem czaił się cień czegoś ostrzejszego. Przytrzymałem je między palcami na moment dłużej, niż wypadało, zanim pozwoliłem jej je zabrać. Jej dłoń była dość szybka, pewna, palce dotknęły moich na sekundę - były ciepłe, zaskakująco - wypuściłem pióro bez słowa, jakby wcale mnie to nie obchodziło, chociaż w rzeczywistości przez moment czułem lekki ucisk gdzieś pod mostkiem.
Kiedy wypaliła z tą swoją uwagą o zasługach, uśmiechnąłem się szerzej, nie z sympatii, tylko z uznania dla jej zaczepności.
- Ślepy strzał. - Wzruszyłem ramionami i wróciłem do wyluzowanej postawy, udając, że kątem oka wcale nie widziałem, jak drgnęła, kiedy powiedziała, że mój plan jej się podoba. O proszę - mała, nieoczekiwana zgoda między wrogiem i wrogiem, święta mogłyby się zacząć wcześniej.
- Partnerkę na twoim poziomie? - Rzuciłem z rozbawieniem. - Prawdę mówiąc, nie wiem, czy kiedykolwiek trafiłem na kogoś tak śmiertelnie poważnego przy kotle. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinniśmy zamówić kogoś z Munga, żeby przypilnował, czy nie zagotujesz się razem z wywarem. - Wsunąłem ręce w kieszenie szaty i odchyliłem się lekko na krześle. Tak, miała rację - każdy mój gest był wystudiowany. Nawet to, jak rozkładałem rzeczy na stole, nie z próżności, z nawyku, potrzeby kontrolowania przestrzeni, zanim ktoś zrobi to za mnie.
Slughorn ogłosił temat zajęć, a ja parsknąłem cicho, z nutą niedowierzania.
- Wywar tojadowy? - Powtórzyłem półgłosem. - No tak, nic nie mówi „świąteczna atmosfera” jak eliksiry na osłabienie potencji dla wilkołaków. - Zerknąłem na nią z boku - już wertowała książkę, jakby od tego zależało jej życie. Sięgnąłem po kociołek i przesunąłem go na środek stołu, tym razem ostrożnie, bez wcześniejszej prowokacji. Może to i było głupie, ale nie chciałem, żeby wszystko wybuchło, zanim zdążymy zacząć.
- Dobrze, Bletchley. - Spojrzałem na nią, tym razem bez kpin. - Ty czytasz, ja odmierzam. Pół na pół. Zobaczymy, czy twoja precyzja dorównuje mojej cierpliwości. - Przez chwilę milczałem, obserwując, jak zaczynała przewracać strony książki z tą samą dokładnością, z jaką ja przewracałem oczami. Każdy jej ruch był spięty, kontrolowany, a ja nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie zauważyć. Przesunąłem palcem po marginesie książki, nieco zbyt wolno, jakbym naprawdę skupiał się na tekście, chociaż w rzeczywistości obserwowałem, jak jej wzrok ślizgał się po stronach. Miała ten typ koncentracji, który zdradzał, że pamiętała każdą linijkę, zanim jeszcze skończy czytać akapit. - Albo… - Podkreśliłem, by nie słyszeć jej przesłodkiego głosiku mówiącego mi, że za cholerę nie pozwoli mi dobierać proporcje eliksiralne na ostatnich zajęciach przed świętami. - Ty prowadź, ja będę wyglądał ładnie. - Wzruszyłem ramionami, jakby mnie to zupełnie nie obchodziło, nawet jeśli to było bardzo dalekie od prawdy. Oczywiście, że to było kłamstwo - nie potrafiłem nie przeszkadzać, ani tym bardziej siedzieć w miejscu, zupełnie nic nie robiąc.
- Slughorn to wizjoner. Dziwi mnie, że z tą swoją skłonnością do wprowadzania zmian, jeszcze nie został samym dyrektorem. - Uśmiechnąłem się do siebie. Zauważyłem, jak zmarszczyła brwi, gdy moje przybory zajęły zbyt dużo przestrzeni. Oczywiście, że zrobiłem to celowo, chciałem zobaczyć, jak długo wytrzyma, zanim zacznie mnie poprawiać, więc gdy po chwili odruchowo sięgnęła po swoje pióro, które wcześniej wziąłem do ręki, nie oddałem go od razu.
- Spokojnie, nie zamierzałem nim pisać wierszy miłosnych. - Uśmiechnąłem się lekko, z tą bezczelną swobodą, która zawsze wyprowadzała ludzi z równowagi. Ton miałem lekki, prawie żartobliwy, choć gdzieś pod spodem czaił się cień czegoś ostrzejszego. Przytrzymałem je między palcami na moment dłużej, niż wypadało, zanim pozwoliłem jej je zabrać. Jej dłoń była dość szybka, pewna, palce dotknęły moich na sekundę - były ciepłe, zaskakująco - wypuściłem pióro bez słowa, jakby wcale mnie to nie obchodziło, chociaż w rzeczywistości przez moment czułem lekki ucisk gdzieś pod mostkiem.
Kiedy wypaliła z tą swoją uwagą o zasługach, uśmiechnąłem się szerzej, nie z sympatii, tylko z uznania dla jej zaczepności.
- Ślepy strzał. - Wzruszyłem ramionami i wróciłem do wyluzowanej postawy, udając, że kątem oka wcale nie widziałem, jak drgnęła, kiedy powiedziała, że mój plan jej się podoba. O proszę - mała, nieoczekiwana zgoda między wrogiem i wrogiem, święta mogłyby się zacząć wcześniej.
- Partnerkę na twoim poziomie? - Rzuciłem z rozbawieniem. - Prawdę mówiąc, nie wiem, czy kiedykolwiek trafiłem na kogoś tak śmiertelnie poważnego przy kotle. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinniśmy zamówić kogoś z Munga, żeby przypilnował, czy nie zagotujesz się razem z wywarem. - Wsunąłem ręce w kieszenie szaty i odchyliłem się lekko na krześle. Tak, miała rację - każdy mój gest był wystudiowany. Nawet to, jak rozkładałem rzeczy na stole, nie z próżności, z nawyku, potrzeby kontrolowania przestrzeni, zanim ktoś zrobi to za mnie.
Slughorn ogłosił temat zajęć, a ja parsknąłem cicho, z nutą niedowierzania.
- Wywar tojadowy? - Powtórzyłem półgłosem. - No tak, nic nie mówi „świąteczna atmosfera” jak eliksiry na osłabienie potencji dla wilkołaków. - Zerknąłem na nią z boku - już wertowała książkę, jakby od tego zależało jej życie. Sięgnąłem po kociołek i przesunąłem go na środek stołu, tym razem ostrożnie, bez wcześniejszej prowokacji. Może to i było głupie, ale nie chciałem, żeby wszystko wybuchło, zanim zdążymy zacząć.
- Dobrze, Bletchley. - Spojrzałem na nią, tym razem bez kpin. - Ty czytasz, ja odmierzam. Pół na pół. Zobaczymy, czy twoja precyzja dorównuje mojej cierpliwości. - Przez chwilę milczałem, obserwując, jak zaczynała przewracać strony książki z tą samą dokładnością, z jaką ja przewracałem oczami. Każdy jej ruch był spięty, kontrolowany, a ja nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie zauważyć. Przesunąłem palcem po marginesie książki, nieco zbyt wolno, jakbym naprawdę skupiał się na tekście, chociaż w rzeczywistości obserwowałem, jak jej wzrok ślizgał się po stronach. Miała ten typ koncentracji, który zdradzał, że pamiętała każdą linijkę, zanim jeszcze skończy czytać akapit. - Albo… - Podkreśliłem, by nie słyszeć jej przesłodkiego głosiku mówiącego mi, że za cholerę nie pozwoli mi dobierać proporcje eliksiralne na ostatnich zajęciach przed świętami. - Ty prowadź, ja będę wyglądał ładnie. - Wzruszyłem ramionami, jakby mnie to zupełnie nie obchodziło, nawet jeśli to było bardzo dalekie od prawdy. Oczywiście, że to było kłamstwo - nie potrafiłem nie przeszkadzać, ani tym bardziej siedzieć w miejscu, zupełnie nic nie robiąc.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)