31.10.2025, 16:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:56 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Śnieg chrzęścił pod butami, a zamarznięte kałuże połyskiwały bladym złotem, łapiąc resztki zachodzącego słońca. Był to pierwszy dzień po przerwie świątecznej, a Hogwart wyglądał, jakby ktoś przykrył go szkłem i brokatem. Zimne powietrze szczypało w policzki, wślizgując się pod kołnierz płaszcza i gryząc kark. Dziedziniec był niemal pusty, tylko echo kroków odbijało się od ścian, gdy kilka sylwetek przemykało pod łukami krużganków, spiesząc się do ciepła Wielkiej Sali. Kałuże po roztopionym śniegu zamarzły w przezroczyste tafle, w których odbijało się blade światło zmierzchu, więc ślizgałem się między nimi powoli, z torbą zwisającą z ramienia i wzrokiem wbitym w bruk. Dzień był ładny, owszem, ale cholernie zimny, a po ostatnich tygodniach najmniej chciało mi się podziwiać piękno natury. Słońce stało nisko, pomarańczową smugą przecinając lód, który oplatał kamienie.
Myśli miałem rozproszone, byłem zmęczony - nie tyle fizycznie, co po prostu... Zmęczony ludźmi. Święta minęły, ale ten czas wcale mnie nie odświeżył, wręcz przeciwnie - padło zbyt dużo słów, za mało ciszy, na dodatek pojawiło się za dużo nowych wspomnień, które nie chciały się odczepić - o domu, o rozmowach, które poszły nie tak, o spojrzeniach, których wolałbym nie pamiętać. Nie chciałem o niczym myśleć, nie chciałem myśleć w ogóle, a jednak, gdzieś po drodze, usłyszałem to - dziewczęcy rechot, nie chichot, nie zwykły śmiech, tylko dzikie, nieprzyjemne rżenie, jakby stado hien wyrwało się z menażerii i znalazło coś, co można było rozszarpać. Nie odwróciłem się, nie drążyłem, nie miałem ochoty - śmiech dziewczyn z niższych roczników nigdy mnie nie interesował, tym bardziej, że dochodził gdzieś zza rogu, nie blisko. Odruchowo zmarszczyłem brwi, ale nie zwolniłem. Nie dotyczyło mnie - nie obchodziło mnie.
A potem - łup.
Coś, a raczej ktoś, wpadł na mnie z pełnym impetem.
- O chol… - Wyrwało mi się półgłosem, bo zanim zdążyłem pomyśleć, instynkt zrobił swoje. Puściłem wszystko, co miałem w rękach - książki, notatki, fiolkę z resztką ingrediencji, która z brzdękiem potoczyła się po lodzie, i złapałem ją, podczas gdy wszystko poszło w diabły. Ręce same złapały ją za ramiona, żeby nie runęła na lód. Zderzenie było mocne, impet prawie ściął mi nogi, buty poślizgnęły się po lodowej tafli, ale utrzymałem równowagę. Dłonie odruchowo zacisnęły mi się na przedramionach nieszczęśnicy, delikatnych, drżących, zaskakująco zimnych. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, poczułem, że miękki policzek oparł się o moją pierś, ciepły oddech przesiąkł przez materiał płaszcza. Jej włosy pachniały czymś miękkim, słodkim, jak miód i kurz z biblioteki. Zamrugałem, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło, i wtedy zza rogu wysunęły się trzy postacie. Jedna z nich zmrużyła oczy, uniosła brwi, chciała coś powiedzieć, ale mój wzrok skutecznie ją zatrzymał. Znałem aż za dobrze tę reakcję, wiedziałem, że to nie koniec, za to spojrzenie, za ten ton, zapłacę później podwójnie. Nasze oczy spotkały się tylko na sekundę, a w tej sekundzie wiedziałem już, że wieczorem będę miał piekło.
- Wynocha. - Warknąłem, mrużąc oczy. - Spierdalać. - Cisza. Śmiechy zgasły, jak zdmuchnięte świeczki, przez moment patrzyłem na nie chłodno, szczególnie na tę, która zatrzymała się najsztywniej - jej spojrzenie spotkało się z moim, ostre jak brzytwa, napięte jak struna, a potem wszystkie trzy obróciły się na pięcie, odchodząc z głośnymi tupnięciami.
Cisza wróciła powoli, tylko wiatr przeszedł przez dziedziniec, przewracając parę kartek z moich notatek. Minęła minuta, może dwie - dopiero po chwili zorientowałem się, że praktycznie ją obejmowałem, wylądowała właściwie na mnie, wplątana w moje ramiona, z policzkiem przy mojej piersi, oddechem ciepłym, urywanym, jej włosy miały na sobie drobne płatki śniegu, które zaczęły topnieć na materiale mojego płaszcza. Westchnąłem cicho, biorąc głębszy wdech. Jedną ręką strzepnąłem śnieg z jej włosów, drugą, w rękawiczce, przesunąłem lekko po jej plecach, bardziej dla uspokojenia niż czegokolwiek innego.
- Stoisz? - Zapytałem cicho, nieco chrapliwie od zimna, głos mi się uspokoił, stracił tę ostrość, którą zwykle miał. - Nie zabijesz się, jak cię puszczę? - Dodałem po chwili, zdziwiło mnie, że tym razem naprawdę brzmiałem... Miło.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)