Powinna się wcześniej połapać, ze te dziwne sesje stukania dochodzą z jej domu. Miała przecież na kamienicę nałożone wyciszające zabezpieczenie (bardzo się zdenerwowała podczas tego, co wyczyniał tutaj poltergeist) i póki nie miała pootwieranych okien, to hałasy nie dochodziły z zewnątrz ani na zewnątrz. Tyle że łatwo było o tym zapomnieć i teraz bliska była plaśnięcia sobie otwartą dłonią w czoło. I jednocześnie czuła też narastającą w środku złość – bo oto znowu coś działo się w jej własnym domu bez jej kontroli i aprobaty. Coś, co działało bardzo mocno na zmysły i spokój tego miejsca.
Victoria o Thoranie nie zapomniała. Być może dlatego, że nigdy nie spotkała go osobiście i nie wiedziała o jego istnieniu do momentu, gdy właściciel sąsiedniej kamienicy podał jej jego nazwisko. Dopiero wtedy kontaktowała się z Geraldine, a ona napisała jej, że to jej brat bliźniak. A ona nie znała ich tak dobrze, żeby wyczuwać podstęp… Do czasu, gdy Brenna powiedziała jej, że zna Thorana ze szkoły i jakoś nigdy wcześniej nie uświadomiła sobie, że jest podobny do innego jej znajomego – jakiegoś Sama. Więc nie zapomniała o Thoranie, ale może dlatego, że wspomnienie nie zostało w żaden sposób w jej głowę wszczepione, ani zmajstrowane – ot… usłyszała coś od kogoś i tyle. Wystarczyło, by znienawidziła gościa. Ale rzeczy, jakie Brenna zaczęła teraz mówić, wprawiły ją w tym większą konsternację, która zresztą była do wyczytania w jej twarzy.
– Ja go nigdy nie widziałam na oczy, tego całego Thorana. Nazwisko sprzedał mi właściciel tamtego mieszkania jak robiłam wywiad środowiskowy i potem Geraldine potwierdzała mi, że to jej brat. Na początku pomyślałam, że to może po prostu jakiś dalszy krewny czy coś, bo nie kojarzyłam typa. Czyli to nie był jej bliźniak?– to się robiło coraz bardziej poryte i skomplikowane. To czego on w ogóle chciał? Skąd tu był i czemu tak uprzykrzał ludziom życie? – Dægberht powiedział mi, że ten poltergeist może wrócić, bo nie złapał go do pojemnika. Żeby się go pozbyć, musiałby go spalić w ogniskach podczas Samhain – nie znała się na egzorcyzmach, ale ufała Berhtowi. I jakby nie naginać kalendarza, to do Samhain był jeszcze miesiąc – ale po prawdzie, to Victoria zdążyła o tym akurat zapomnieć, bo przez półtora miesiąca był spokój. To znaczy – przynajmniej jeśli chodziło o wycie, ryki, afrykańskie bębny inne walenie w ścianę.
Stuk, stuk, bam.
Albo – wmawiała sobie, że jest spokój.
– To chodź, wracamy do salonu – mruknęła pod nosem, ale zamiast pójść na górę, to skręciła do kuchni, skąd przechodząc do jadalni, zamierzała teleportować się na pierwsze piętro z krzesłem. I podstawiła je pod ścianą tuż pod kratką, po czym, gdy Brenna była już obok niej, zrobiła zapraszający gest dla przyjaciółki, jakby mówiła „panie przodem”.