– Tak… Ta wiadomość nie niosła większego sensu – tak naprawdę to trzeba było się domyślać, co dokładnie Laurent chciał przekazać, bo rzeczywiście nie brzmiało to do końca kompletnie. Czy to dlatego Prewett posłał do niej feniksa? Bo miał problem z patronusem? Czy coś się wydarzyło…? Victoria z każdą chwilą martwiła się bardziej, nim nie przypomniała sobie dokładnej treści wiadomości napisanej do niej: co znaczyło chyba, że nic mu nie jest. Ale czemu do ciężkiego licha ładował się w sam środek tej burzy? Czy New Forest też oberwało przez pożary…? Ale chyba nie mogło tam być gorzej, niż tutaj? – Może, tak – to chyba dobrze, że mieli też wiadomość do niej i mogli z niej poskładać całość. – Myślisz, że mógł mieć na myśli szpital? – a nie dom Bulstrode’ów.
Zwrócona karteczkę z powrotem wrzuciła do kieszeni, po czym wlepiła spojrzenie w Atreusa.
– Mam kuzynów – i to nie byle jakich. Na przykład takiego Louvaina, z którym Atreus trzymał się przecież całe lata. Albo Aidana – o, z niego też było niezłe ziółko. – O ile mi wiadomo, to Laurent też nie ma braci – więc niech jej tu nie mydli gadką o braciach, bo bujać to my, ale nie nas. – Mhm, biją się. Powiedz mi proszę, widziałeś kiedyś, żeby Laurie kogoś uderzył? Bo ja wręcz przeciwnie – owszem, była prefektem. I doskonale pamiętała, jak to Laurent chował się za plecami silniejszych, uskuteczniał to nawet do dzisiaj. – Nie wiem, ty mi powiedz – świdrujące spojrzenie ciemnych oczu było utkwione w Atreusie. – Uderzyłbyś? – w jej głosie można było usłyszeć ostrzeżenie, ale nie robiła żadnych gwałtownych ruchów, a po chwili w końcu oderwała spojrzenie od aurora. – Myślisz, że długo mu zejdzie? Czekamy na niego? – i, na Matkę, jak chciał się tu przenieść? Nie potrafił się teleportować, a kominkiem aż tak długo się nie podróżowało. – Mam cholerną nadzieję, że nie postanowi lecieć na abraksanie – a najgorsze było to, że kurwa mać, był do tego zdolny. Aż pobladła na samą myśl.