– Chyba nie istnieje już na tym świecie żadna rzecz, w którą bym nie uwierzyła – a to również sprawiało, że nie pomyślałaby o Brennie jako wariatce, skoro nie było niczego, czego nie wzięłaby na serio. A po tym, jakie rzeczy słyszała odnośnie rzeczy, jakie robił Thoran, tym bardziej nie miała powodu, by nazywać Brennę wariatką. Uniosła wyżej brwi, gdy Longbottom mówiła o „Yaxleyu” – brzmiało równie absurdalnie, co te rzeczy, które robił ludziom wokół, znaczy, ze wszystko się zgadzało. – To, co on robił, to wyjątkowo potężna magia. Wszczepione wspomnienia, zbiorowa dezinformacja, więzienie poltergeistów, krzywdzenie magicznych stworzeń, kradzież twarzy, tożsamości. I pojawił się równie nagle, co zniknął… – bardzo jej się to nie podobało, bardzo.
– Nie wiem czy lepiej, czy równie źle – wymamrotała pod nosem, bo w obu przypadkach skutki mogły być tyleż opłakane, co losowe, jak zresztą było już widać na przykładzie Victorii. Poza tym nie bardzo rozumiała, czemu ewentualny poltergeist miałby się uwziąć właśnie na jej dom – nie miał się tutaj chyba czym karmić…? Chyba, że miał? Im więcej o tym myślała, tym bardziej robiła się zła, ale zacisnęła zęby, próbując się uzbroić w cierpliwość, której do takich istot i „kawałów” wcale nie miała zbyt dużo.
Zerkała ciągle w stronę kratki i Brenny, gdy ta majstrowała na górze w poszukiwaniu intruza. W pewnym napięciu wręcz, bo obawiała się, że zaraz usłyszy, że znowu patrzą na nią ściekłe, żółte oczy upiora – ale nie. Szyb wentylacyjny był pusty i była to tylko odrobina ulgi, bo to oznaczało, że problem leżał gdzieś indziej i jakby na zawołanie, znowu dał o sobie znać donośnym stukaniem.
– To możemy zacząć od łazienki… Tej na górze znaczy się i sowiarni, bo innego strychu nie mam. Tylko się nie zdziw, bo stojak na papier śpiewa* – ryba, jaka była, każdy mógł zobaczyć, a był to prezent od Aidana, który nie wiedział co zrobić, żeby przebłagać nieugiętą Victorię, kiedy się na niego obraziła. I tym sposobem miała w domu nowe nabytki: śpiewający stojak na papier toaletowy w kształcie ryby oraz drugą rybę, która pytała o hasło**, kiedy patrzyło się w jej rybie oko. Lestrange, która zostawiła tę drugą w salonie, nauczyła się już unikać spoglądania na to wątpliwe dzieło sztuki, ale jej koty czasami męczyły „zabawkę”, aż Victoria, albo ktoś inny, nie zamknął ryby w szafce, żeby było trochę spokoju. Teraz pyszniła się znowu na zewnątrz, ale mogła się nie rzucać w oczy tak łatwo przez liczne rośliny porozstawiane po całym pomieszczeniu.
* https://secretsoflondon.pl/showthread.ph...4#pid64404
** https://secretsoflondon.pl/showthread.ph...3#pid64013