02.11.2025, 20:46 ✶
Nie wiedziałem, kogo właśnie złapałem. Początkowo liczył się tylko odruch - to, żeby nie upadła, by nie rozwaliła sobie głowy na lodzie. Dopiero po chwili, gdy jej oddech uspokoił się przy mojej piersi, a ramiona przestały tak drżeć, zaczęło do mnie docierać, że trzymałem ją dłużej, niż to konieczne. Ciepło jej ciała było wręcz nierealne w tym mrozie, biło przez materiał płaszcza, topiło coś pod skórą, zbyt nagle przypomniało mi, że istniało coś takiego jak dotyk. Za winklem nadal słyszałem ten dźwięk - śmiech, który odcinał się od ciszy dziedzińca, wysoki, przepełniony złośliwością, aż zęby bolały. Wiedziałem, co to za ton. Wiedziałem też, kto się śmiał. Odetchnąłem ciężko i zanim pomyślałem, warknąłem ostrzeżenie, które ich uciszyło. Głowy zniknęły, a echo śmiechu rozmyło się w mrozie.
Zapanowała cisza. Wtedy dopiero spojrzałem w dół - brunetka, włosy w nieładzie, płatki śniegu wplątane między kosmyki. Policzki zaróżowione od chłodu, oddech urywany, nie patrzyła na mnie - wzrok miała wbity w lód, jak gdyby żywiła nadzieję, że zaraz się w nim zapadnie. Trzymałem ją nadal, ostrożnie, jakby mogła się rozbić, jeśli puszczę zbyt szybko.
Przytaknęła, ale nie ruszyła się od razu, dopiero po chwili spróbowała stanąć pewniej, jakby badała, czy nogi ją utrzymają. Widziałem, jak na moment skrzywiła się, ledwo dostrzegalnie, ale dostrzegłem to, i wtedy coś mnie w niej uderzyło. Nie śmiech tamtych dziewczyn, nie sama sytuacja, tylko ten ton - pusty, zrezygnowany, jakby naprawdę wierzyła, że mogłaby się tu rozpaść na kawałki i nikt nawet nie zwróciłby na to uwagi. Miała głowę wtuloną w mój płaszcz, a ja przez moment nie potrafiłem nic powiedzieć, chociaż normalnie byłbym pierwszy do jakiegoś złośliwego komentarza. Tylko że teraz… Nie pasował. Prue mówiła jak ktoś, kto nie chciał, żeby cokolwiek jeszcze ją dotknęło, nawet wzrok. Miała ten ton... Zbyt zmęczony jak na pierwszy dzień po przerwie. Znałem go - aż za dobrze. Omruknęła, tak cicho, że niemal przegapiłem te słowa.
Czułem, jak jej włosy łaskoczą mnie w szyję, gdy lekko się poruszyła. Na ramionach miałem śnieg, ale to z jej włosów strząsnąłem go najpierw, prawie automatycznie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypuściłem powietrze i powiedziałem:
- Gówno prawda. - Westchnąłem cicho, zwykle jej duma mnie bawiła, była jak gra, którą znałem od lat - ona atakowała, ja odbijałem, ja atakowałem, ona odbijała, a teraz stała tu przede mną, skulona, jakby próbowała wrosnąć w ziemię. W tej chwili nie było we mnie miejsca na drwinę.
- Nie pierdol. - Powiedziałem to miękko, zaskakująco łagodnie jak na mnie, chociaż i tak nie brzmiało to jak pocieszenie, raczej jak rozkaz, jakbym próbował odgonić coś, co nie miało prawa się w niej zagnieździć. - Przejmuję się właśnie. - Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, dlaczego w ogóle to mówię. Może dlatego, że wyglądała, jakby miała się zaraz rozpaść. Poluzowałem uścisk, pozwalając jej stanąć pewniej, ale nie odsunąłem się całkiem. Zanim zdążyła zaprzeczyć, znów położyłem dłoń na jej ramieniu.
- Daj sobie chwilę, oddychaj, nie musisz od razu uciekać. - To ostatnie wyszło mi bardziej jak prośba niż rada. Mróz szczypał w policzki, wiatr znów przeszedł przez dziedziniec, sypiąc drobnym śniegiem, w ciszy, jaka po tym zapadła, jedynym dźwiękiem były nasze oddechy.
Zapanowała cisza. Wtedy dopiero spojrzałem w dół - brunetka, włosy w nieładzie, płatki śniegu wplątane między kosmyki. Policzki zaróżowione od chłodu, oddech urywany, nie patrzyła na mnie - wzrok miała wbity w lód, jak gdyby żywiła nadzieję, że zaraz się w nim zapadnie. Trzymałem ją nadal, ostrożnie, jakby mogła się rozbić, jeśli puszczę zbyt szybko.
Przytaknęła, ale nie ruszyła się od razu, dopiero po chwili spróbowała stanąć pewniej, jakby badała, czy nogi ją utrzymają. Widziałem, jak na moment skrzywiła się, ledwo dostrzegalnie, ale dostrzegłem to, i wtedy coś mnie w niej uderzyło. Nie śmiech tamtych dziewczyn, nie sama sytuacja, tylko ten ton - pusty, zrezygnowany, jakby naprawdę wierzyła, że mogłaby się tu rozpaść na kawałki i nikt nawet nie zwróciłby na to uwagi. Miała głowę wtuloną w mój płaszcz, a ja przez moment nie potrafiłem nic powiedzieć, chociaż normalnie byłbym pierwszy do jakiegoś złośliwego komentarza. Tylko że teraz… Nie pasował. Prue mówiła jak ktoś, kto nie chciał, żeby cokolwiek jeszcze ją dotknęło, nawet wzrok. Miała ten ton... Zbyt zmęczony jak na pierwszy dzień po przerwie. Znałem go - aż za dobrze. Omruknęła, tak cicho, że niemal przegapiłem te słowa.
Czułem, jak jej włosy łaskoczą mnie w szyję, gdy lekko się poruszyła. Na ramionach miałem śnieg, ale to z jej włosów strząsnąłem go najpierw, prawie automatycznie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypuściłem powietrze i powiedziałem:
- Gówno prawda. - Westchnąłem cicho, zwykle jej duma mnie bawiła, była jak gra, którą znałem od lat - ona atakowała, ja odbijałem, ja atakowałem, ona odbijała, a teraz stała tu przede mną, skulona, jakby próbowała wrosnąć w ziemię. W tej chwili nie było we mnie miejsca na drwinę.
- Nie pierdol. - Powiedziałem to miękko, zaskakująco łagodnie jak na mnie, chociaż i tak nie brzmiało to jak pocieszenie, raczej jak rozkaz, jakbym próbował odgonić coś, co nie miało prawa się w niej zagnieździć. - Przejmuję się właśnie. - Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, dlaczego w ogóle to mówię. Może dlatego, że wyglądała, jakby miała się zaraz rozpaść. Poluzowałem uścisk, pozwalając jej stanąć pewniej, ale nie odsunąłem się całkiem. Zanim zdążyła zaprzeczyć, znów położyłem dłoń na jej ramieniu.
- Daj sobie chwilę, oddychaj, nie musisz od razu uciekać. - To ostatnie wyszło mi bardziej jak prośba niż rada. Mróz szczypał w policzki, wiatr znów przeszedł przez dziedziniec, sypiąc drobnym śniegiem, w ciszy, jaka po tym zapadła, jedynym dźwiękiem były nasze oddechy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)