03.11.2025, 11:21 ✶
Uśmiechnął się lekko, łagodząc swoje rysy twarzy. Nawet w takiej chwili starała się być dumna, wyniosła i opanowana. I pewnie nabrałby się na ten obraz, gdyby nie widział wcześniej, w jakim była stanie kilka dni temu. Co prawda w Mungu potrafili nawet sprawić, że odrastały kości, a nawet najbardziej poturbowani czarodzieje i czarownice wychodzili bez szwanku, lecz były to zwykłe urazy - nie ten, który ją spotkał. Być może fizycznie było dobrze, ale psychicznie? Jej twarz pozostawała nieprzenikniona, podobnie jak myśli. I chociaż mógłby je wyciągnąć siłą, nie widział takiej potrzeby. Nawet nie miał na to najmniejszej ochoty.
- Czyli spotkania ze mną traktujesz jako obowiązek? - uniósł dłoń i położył ją na klatce piersiowej, po lewej stronie, jakby właśnie zadała mu cios prosto w serce swoimi ostrymi słowami. - Tak, można tak powiedzieć.
Przytaknął na pytanie o to, że on się czuł dobrze. Bo nie był to idealny stan i zdawał sobie z tego sprawę, dym przecież przeorał jego płuca bardziej niż innych. I chociaż niemalże od razu sięgnął po pomoc, to wciąż nie był u szczytu swoich sił. Musiał poruszać się ostrożniej i jeszcze bardziej uważać na to, co robił. Ale... Nie miał kaszlu, a w gardle go drapało. Kolejny uśmiech, tym razem znacznie delikatniejszy, pojawił się na jego ustach.
- Chciałem cię zobaczyć - powiedział lekko, przesuwając filiżankę na spodku. Wzrok utkwiony miał w naczyniu, dopóki nie upewnił się, że uszko znajdowało się idealnie po prawej stronie, tak by mógł bez trudu sięgnąć do niego za chwilę. Dopiero wtedy spojrzał na Astorię. Być może jego postawa wyglądała na chłodną i zdystansowaną, jednak jeżeli Avery zajrzałaby głębiej w te jasne, szare oczy, dostrzegłaby ślady niepokoju. Były one marginalne, ale wyraźnie widoczne. Jego wzrok nie był pusty i bezemocjonalny jak wtedy, gdy widzieli się w galerii. - Nie przyszedłem po odbiór długu, który z jakiegoś powodu uznałaś, że powstał.
Zaznaczył cicho, marszcząc lekko brwi. Czasem przeszkadzało mu to, że ludzie go widzieli takim, jak siebie wykreował - wyrachowanym, bezczelnym i bezemocjonalnym. Nie chciał, by każdy tak o nim myślał - w jego gronie było kilka osób, które darzył szczerą sympatią i które wiedziały, że mogą na niego liczyć. Avery jeszcze nie znajdowała się w tym wąskim kręgu, ale nie miał w tej chwili żadnego argumentu za tym, by dalej ciągnąć tę grę.
- Nic od ciebie nie chcę, zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - powiedział poważnie, sięgając po aktówkę. Zamek szczęknął, a Lestrange sięgnął po niewielki skórzany futerał, który po chwili ostrożnie przekazał Astorii. - Jak wiesz, moja rodzina od wieków zajmuje się uzdrowicielstwem oraz tworzeniem eliksirów. Ojciec wspominał, że "Czarownica" umieściła kilka porad, jak pozbyć się kaszlu, ale w opinii uzdrowicieli na niewiele to się zda. Przysłał mi zapas eliksirów, który dostał od babki, zarządzającej Mungiem. Są mocniejsze, niż te które dają swoim pacjentom.
Z niespotykaną wręcz delikatnością przekazał jej futerał, w którym znajdowały się 4 fiolki z ciemnozielonym płynem oraz jasna, klarowna instrukcja, w jaki sposób je dawkować i co ile brać konkretną porcję. To nie było jego pismo - jeżeli kiedykolwiek widziała pismo Dorindy Lestrange, to mogła je łatwo porównać - to ona napisała instrukcję.
- Działają niemalże od razu, sam je zażywam. Niwelują kaszel, a po tygodniu nie powinno być po nim śladu - powiedział łagodnie, muskając jej palce, gdy odbierała eliksiry. Nie cofnął ręki: jego dotyk był zaskakująco ciepły i delikatny jak na kogoś, kto na jej oczach zamordował szlamę, która chciała pozbawić ją życia.
- Czyli spotkania ze mną traktujesz jako obowiązek? - uniósł dłoń i położył ją na klatce piersiowej, po lewej stronie, jakby właśnie zadała mu cios prosto w serce swoimi ostrymi słowami. - Tak, można tak powiedzieć.
Przytaknął na pytanie o to, że on się czuł dobrze. Bo nie był to idealny stan i zdawał sobie z tego sprawę, dym przecież przeorał jego płuca bardziej niż innych. I chociaż niemalże od razu sięgnął po pomoc, to wciąż nie był u szczytu swoich sił. Musiał poruszać się ostrożniej i jeszcze bardziej uważać na to, co robił. Ale... Nie miał kaszlu, a w gardle go drapało. Kolejny uśmiech, tym razem znacznie delikatniejszy, pojawił się na jego ustach.
- Chciałem cię zobaczyć - powiedział lekko, przesuwając filiżankę na spodku. Wzrok utkwiony miał w naczyniu, dopóki nie upewnił się, że uszko znajdowało się idealnie po prawej stronie, tak by mógł bez trudu sięgnąć do niego za chwilę. Dopiero wtedy spojrzał na Astorię. Być może jego postawa wyglądała na chłodną i zdystansowaną, jednak jeżeli Avery zajrzałaby głębiej w te jasne, szare oczy, dostrzegłaby ślady niepokoju. Były one marginalne, ale wyraźnie widoczne. Jego wzrok nie był pusty i bezemocjonalny jak wtedy, gdy widzieli się w galerii. - Nie przyszedłem po odbiór długu, który z jakiegoś powodu uznałaś, że powstał.
Zaznaczył cicho, marszcząc lekko brwi. Czasem przeszkadzało mu to, że ludzie go widzieli takim, jak siebie wykreował - wyrachowanym, bezczelnym i bezemocjonalnym. Nie chciał, by każdy tak o nim myślał - w jego gronie było kilka osób, które darzył szczerą sympatią i które wiedziały, że mogą na niego liczyć. Avery jeszcze nie znajdowała się w tym wąskim kręgu, ale nie miał w tej chwili żadnego argumentu za tym, by dalej ciągnąć tę grę.
- Nic od ciebie nie chcę, zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - powiedział poważnie, sięgając po aktówkę. Zamek szczęknął, a Lestrange sięgnął po niewielki skórzany futerał, który po chwili ostrożnie przekazał Astorii. - Jak wiesz, moja rodzina od wieków zajmuje się uzdrowicielstwem oraz tworzeniem eliksirów. Ojciec wspominał, że "Czarownica" umieściła kilka porad, jak pozbyć się kaszlu, ale w opinii uzdrowicieli na niewiele to się zda. Przysłał mi zapas eliksirów, który dostał od babki, zarządzającej Mungiem. Są mocniejsze, niż te które dają swoim pacjentom.
Z niespotykaną wręcz delikatnością przekazał jej futerał, w którym znajdowały się 4 fiolki z ciemnozielonym płynem oraz jasna, klarowna instrukcja, w jaki sposób je dawkować i co ile brać konkretną porcję. To nie było jego pismo - jeżeli kiedykolwiek widziała pismo Dorindy Lestrange, to mogła je łatwo porównać - to ona napisała instrukcję.
- Działają niemalże od razu, sam je zażywam. Niwelują kaszel, a po tygodniu nie powinno być po nim śladu - powiedział łagodnie, muskając jej palce, gdy odbierała eliksiry. Nie cofnął ręki: jego dotyk był zaskakująco ciepły i delikatny jak na kogoś, kto na jej oczach zamordował szlamę, która chciała pozbawić ją życia.