03.11.2025, 15:20 ✶
Spojrzałem na nią z góry, dosłownie i w przenośni, była drobna, o głowę niższa ode mnie, więc kiedy podniosłem jej torbę, wyglądało to tak, jakbym zabierał dziecku bagaż większy od niego samego, ale tym razem zachowanie nie odpowiadało pozorom - nie protestowała, nie wywracała oczami, nie próbowała być ironiczna. Westchnęła tylko cicho i podała mi ją, jakby wbrew sobie, sprawiając wrażenie, że to kosztowało ją więcej niż ból w kostce. Torba była cięższa, niż się spodziewałem, Prue pewnie nosiła w niej książki zajmujące pół biblioteki. Zawiesiłem ją sobie na ramieniu - jednym płynnym ruchem, jakby nic nie ważyła, i odruchowo przesunąłem dłoń na łokieć Prudence, delikatnie, tak żeby jej nie przewrócić.
- No, proszę. - Mruknąłem pod nosem, niemal niesłyszalnie. - Potrafisz być rozsądna. - W porównaniu do niej byłem wysoki, może nawet za bardzo, więc lekko nachyliłem się, żeby nie musiała zadzierać głowy, gdy coś mówiłem. - Jasne, powoli. - Rzuciłem głośniej, nieco niższym tonem niż zwykle, tym spokojnym, którego używałem tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba było. Nie chciałem, żeby się czuła jak ofiara. Po prostu… Nie wyglądała najlepiej, jej policzki były zaróżowione od zimna, a pod oczami miała cień zmęczenia, którego wcześniej nie zauważyłem. Nie była z tych, które się skarżą, raczej gryzła się w środku, więc to, że w ogóle wspomniała o kostce, już samo w sobie znaczyło sporo.
- Skręciłaś kostkę pierwszego dnia po przerwie. - Uniosłem brew z lekkim uśmiechem, nie złośliwym, raczej pobłażliwym, prawie jak żart między znajomymi. - Ambitny początek semestru. Masz szczęście, że nie wpadłaś na kogoś mniejszego, pewnie oboje byście się pozbierali z ziemi dopiero w marcu.
Ruszyliśmy wolno przez dziedziniec. Lód chrzęścił pod butami, a śnieg sypał prosto w twarze, lecz nie przyspieszałem kroku, dostosowując się do niej. Nie czekałem na zgodę, tylko przesunąłem dłoń za jej plecy, drugą obejmując jej przedramię. Gest był pewny, praktyczny. Moja dłoń przesunęła się nieco niżej, na jej talię, żeby mogła się oprzeć pewniej, jeśli znów straci równowagę. Śnieg na jej ramionach topniał, mokre pasma włosów przykleiły się do policzka, i przez chwilę miałem ochotę je odgarnąć, ale się powstrzymałem.
- Co dalej? Nie ma szans, żebyś sama doszła do dormitorium. - Dodałem po chwili, całkiem rzeczowo. Wystarczyło jedno spojrzenie na to, jak próbuje stanąć na nogach, żeby wiedzieć, że sama nie dojdzie nigdzie dalej niż do najbliższego parapetu. Zresztą nawet jeśli jakimś cudem doczłapałaby się do wieży, to nie było szans, żeby wpakowała się po tych wszystkich zakręconych schodach bez ryzyka, że zaraz znowu się wywróci. - Albo do skrzydła szpitalnego, zresztą, to praktycznie tak samo wysoko. Zgaduję, że wolisz się doczołgać na górę niż pozwolić, żeby ktoś cię tam wtargał. - Przez chwilę wahałem się, jak to ująć, żeby nie zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale w końcu wzruszyłem lekko ramieniem i po prostu powiedziałem:
- Ale większość teraz siedzi już w Wielkiej Sali, więc korytarze będą puste, klatki też, po prostu pomogę ci, zanim ktoś nas zobaczy, będzie z głowy i zapomnimy o całej sytuacji, ok? - Zerknąłem w stronę korytarza prowadzącego ku Wielkiej Sali. Chciałem, żeby to zabrzmiało rzeczowo, nie protekcjonalnie, ale znając mnie, pewnie wyszło pół na pół. Miałem ten ton, który nie pytał o zgodę - po prostu informował o faktach.
- No, proszę. - Mruknąłem pod nosem, niemal niesłyszalnie. - Potrafisz być rozsądna. - W porównaniu do niej byłem wysoki, może nawet za bardzo, więc lekko nachyliłem się, żeby nie musiała zadzierać głowy, gdy coś mówiłem. - Jasne, powoli. - Rzuciłem głośniej, nieco niższym tonem niż zwykle, tym spokojnym, którego używałem tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba było. Nie chciałem, żeby się czuła jak ofiara. Po prostu… Nie wyglądała najlepiej, jej policzki były zaróżowione od zimna, a pod oczami miała cień zmęczenia, którego wcześniej nie zauważyłem. Nie była z tych, które się skarżą, raczej gryzła się w środku, więc to, że w ogóle wspomniała o kostce, już samo w sobie znaczyło sporo.
- Skręciłaś kostkę pierwszego dnia po przerwie. - Uniosłem brew z lekkim uśmiechem, nie złośliwym, raczej pobłażliwym, prawie jak żart między znajomymi. - Ambitny początek semestru. Masz szczęście, że nie wpadłaś na kogoś mniejszego, pewnie oboje byście się pozbierali z ziemi dopiero w marcu.
Ruszyliśmy wolno przez dziedziniec. Lód chrzęścił pod butami, a śnieg sypał prosto w twarze, lecz nie przyspieszałem kroku, dostosowując się do niej. Nie czekałem na zgodę, tylko przesunąłem dłoń za jej plecy, drugą obejmując jej przedramię. Gest był pewny, praktyczny. Moja dłoń przesunęła się nieco niżej, na jej talię, żeby mogła się oprzeć pewniej, jeśli znów straci równowagę. Śnieg na jej ramionach topniał, mokre pasma włosów przykleiły się do policzka, i przez chwilę miałem ochotę je odgarnąć, ale się powstrzymałem.
- Co dalej? Nie ma szans, żebyś sama doszła do dormitorium. - Dodałem po chwili, całkiem rzeczowo. Wystarczyło jedno spojrzenie na to, jak próbuje stanąć na nogach, żeby wiedzieć, że sama nie dojdzie nigdzie dalej niż do najbliższego parapetu. Zresztą nawet jeśli jakimś cudem doczłapałaby się do wieży, to nie było szans, żeby wpakowała się po tych wszystkich zakręconych schodach bez ryzyka, że zaraz znowu się wywróci. - Albo do skrzydła szpitalnego, zresztą, to praktycznie tak samo wysoko. Zgaduję, że wolisz się doczołgać na górę niż pozwolić, żeby ktoś cię tam wtargał. - Przez chwilę wahałem się, jak to ująć, żeby nie zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale w końcu wzruszyłem lekko ramieniem i po prostu powiedziałem:
- Ale większość teraz siedzi już w Wielkiej Sali, więc korytarze będą puste, klatki też, po prostu pomogę ci, zanim ktoś nas zobaczy, będzie z głowy i zapomnimy o całej sytuacji, ok? - Zerknąłem w stronę korytarza prowadzącego ku Wielkiej Sali. Chciałem, żeby to zabrzmiało rzeczowo, nie protekcjonalnie, ale znając mnie, pewnie wyszło pół na pół. Miałem ten ton, który nie pytał o zgodę - po prostu informował o faktach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)