03.11.2025, 20:44 ✶
Spojrzałem na nią spod lekko zmrużonych powiek, kąciki ust drgnęły mi ledwie zauważalnie - nie był to uśmiech, raczej coś w rodzaju cichego „Naprawdę?”. Śnieg osiadał mi na włosach, topniał zaraz przy karku, ale nie zwracałem na to uwagi.
- Prudy, już dzisiaj powiedziałem swojej dziewczynie, żeby spierdalała. - Odparłem spokojnie, niemal obojętnie, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, nie było w tym kpiny, raczej coś w rodzaju zmęczonego rozbawienia, które przypominało, że ten dzień dla mnie też nie był najlepszy. - Więc wątpię, żeby było jeszcze coś gorszego, co mógłbym zrobić. - Rzuciłem sucho, jakby to był fakt, a nie coś, co miało jakiekolwiek emocjonalne konsekwencje. Wzruszyłem ramionami, to załatwiało sprawę, w moim głosie nie było ani skruchy, ani szczególnej dumy, tylko zmęczenie. Ostatnie dni i tak dały mi w kość, nie miałem już siły przejmować się tym, co kto sobie pomyśli.
- Poza tym, jakby ktoś nas zobaczył… - Dodałem po chwili, lekko unosząc brew. - Poleciałaś na mnie, ja tylko nie chciałem, żebyś zaliczyła drugi upadek. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, nieco krzywo, i skinąłem głową w stronę schodów prowadzących w głąb zamku. - Nie dramatyzuj. - Mruknąłem jeszcze, z odrobiną rozbawienia w głosie. - Jak ktoś nas zobaczy, najwyżej pomyślą, że znów się wpakowałem w coś głupiego. To się przecież zgadza, nie? - Zabrzmiało pół-żartobliwie, pół-poważnie, z charakterystycznym tonem, w którym ironia nie brzmiała całkiem ostro. Zatrzymałem się na moment tuż za progiem, w cieniu łuku prowadzącego do korytarza, otrzepując śnieg z płaszcza, żeby dać jej chwilę na złapanie oddechu. Kamienne płyty lśniły od wilgoci, a powietrze wewnątrz było cieplejsze, niosło echo rozmów z Wielkiej Sali. Wiedziałem, że miałem rację - dormitorium Krukonów było wysoko, za wysoko. Zerknąłem na jej stopę, potem z powrotem na nią. Milczałem chwilę, po czym westchnąłem, przesuwając dłonią po karku. Miałem świadomość, że pewnie już mnie przeklinała w duchu, ale mimo to otworzyłem usta.
- Dormitorium, hm? - Powtórzyłem, jakby to było coś głupiego. - Nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł. Nawet jeśli się tam doczołgasz, to co potem? Będziesz siedzieć całą noc z kostką jak balon i udawać, że wszystko jest w porządku? - Zerknąłem na nią z ukosa, nadal wyglądała na uparcie zdeterminowaną, co było w niej wkurzająco przewidywalne, kiedy inni kwiczeliby z bólu, ona po prostu stała, z zaciśniętą szczęką, jakby dumą mogła wyleczyć uraz. - Zrobimy tak. Pomogę ci wejść, potem zdobędę coś, żeby nie bolało i nie spuchło. Ty to odbierzesz i sprawa zakończona. - Urwałem na moment, jakby to, co miałem na myśli, było oczywiste. Lepiej, żeby nie wiedziała. - Nie będziesz musiała się z tym szarpać na własną rękę ani nagle podejmować decyzji o pójściu do piguły. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale po drodze masz jakieś osiemset schodów. W połowie pewnie odpadnie ci noga, a ja znajdę cię pod jedną z balustrad. - Brzmiało to sucho, ale mój ton był miękki, pozbawiony ostrości. - Nie mówiąc o tym, że jak się przewrócisz, to już naprawdę będziesz musiała iść do skrzydła szpitalnego, tylko na noszach. - Nie mówiłem, skąd chciałem jej coś udostępnić. Nie musiała wiedzieć, że miałem swoje sposoby na rzeczy, których Pomfrey nie wydaje uczniom, bo „to niebezpieczne”. - Jak już zaczęliśmy ten cyrk, to skończmy go porządnie, zanim zrobisz sobie większą krzywdę. - Złapałem jej torbę pewniej, przesuwając ją mocniej na ramię, a drugą ręką znów sięgnąłem do łokcia Prudence, czekając, aż ruszymy.
- Prudy, już dzisiaj powiedziałem swojej dziewczynie, żeby spierdalała. - Odparłem spokojnie, niemal obojętnie, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, nie było w tym kpiny, raczej coś w rodzaju zmęczonego rozbawienia, które przypominało, że ten dzień dla mnie też nie był najlepszy. - Więc wątpię, żeby było jeszcze coś gorszego, co mógłbym zrobić. - Rzuciłem sucho, jakby to był fakt, a nie coś, co miało jakiekolwiek emocjonalne konsekwencje. Wzruszyłem ramionami, to załatwiało sprawę, w moim głosie nie było ani skruchy, ani szczególnej dumy, tylko zmęczenie. Ostatnie dni i tak dały mi w kość, nie miałem już siły przejmować się tym, co kto sobie pomyśli.
- Poza tym, jakby ktoś nas zobaczył… - Dodałem po chwili, lekko unosząc brew. - Poleciałaś na mnie, ja tylko nie chciałem, żebyś zaliczyła drugi upadek. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, nieco krzywo, i skinąłem głową w stronę schodów prowadzących w głąb zamku. - Nie dramatyzuj. - Mruknąłem jeszcze, z odrobiną rozbawienia w głosie. - Jak ktoś nas zobaczy, najwyżej pomyślą, że znów się wpakowałem w coś głupiego. To się przecież zgadza, nie? - Zabrzmiało pół-żartobliwie, pół-poważnie, z charakterystycznym tonem, w którym ironia nie brzmiała całkiem ostro. Zatrzymałem się na moment tuż za progiem, w cieniu łuku prowadzącego do korytarza, otrzepując śnieg z płaszcza, żeby dać jej chwilę na złapanie oddechu. Kamienne płyty lśniły od wilgoci, a powietrze wewnątrz było cieplejsze, niosło echo rozmów z Wielkiej Sali. Wiedziałem, że miałem rację - dormitorium Krukonów było wysoko, za wysoko. Zerknąłem na jej stopę, potem z powrotem na nią. Milczałem chwilę, po czym westchnąłem, przesuwając dłonią po karku. Miałem świadomość, że pewnie już mnie przeklinała w duchu, ale mimo to otworzyłem usta.
- Dormitorium, hm? - Powtórzyłem, jakby to było coś głupiego. - Nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł. Nawet jeśli się tam doczołgasz, to co potem? Będziesz siedzieć całą noc z kostką jak balon i udawać, że wszystko jest w porządku? - Zerknąłem na nią z ukosa, nadal wyglądała na uparcie zdeterminowaną, co było w niej wkurzająco przewidywalne, kiedy inni kwiczeliby z bólu, ona po prostu stała, z zaciśniętą szczęką, jakby dumą mogła wyleczyć uraz. - Zrobimy tak. Pomogę ci wejść, potem zdobędę coś, żeby nie bolało i nie spuchło. Ty to odbierzesz i sprawa zakończona. - Urwałem na moment, jakby to, co miałem na myśli, było oczywiste. Lepiej, żeby nie wiedziała. - Nie będziesz musiała się z tym szarpać na własną rękę ani nagle podejmować decyzji o pójściu do piguły. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale po drodze masz jakieś osiemset schodów. W połowie pewnie odpadnie ci noga, a ja znajdę cię pod jedną z balustrad. - Brzmiało to sucho, ale mój ton był miękki, pozbawiony ostrości. - Nie mówiąc o tym, że jak się przewrócisz, to już naprawdę będziesz musiała iść do skrzydła szpitalnego, tylko na noszach. - Nie mówiłem, skąd chciałem jej coś udostępnić. Nie musiała wiedzieć, że miałem swoje sposoby na rzeczy, których Pomfrey nie wydaje uczniom, bo „to niebezpieczne”. - Jak już zaczęliśmy ten cyrk, to skończmy go porządnie, zanim zrobisz sobie większą krzywdę. - Złapałem jej torbę pewniej, przesuwając ją mocniej na ramię, a drugą ręką znów sięgnąłem do łokcia Prudence, czekając, aż ruszymy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)