— Na Samhain przebiorę się za Clemensa w żółtej koszuli w palmy, to dopiero będzie postrach. — Prawdopodobnie nie powinien wspominać swojego brata przy stole z ojcem i jego byłą żoną, ale kieliszek wina, który gdzieś pomiędzy rozmowami o aurach zmienił się w cztery, rozwiązał mu trochę język lub zaślepił instynkt samozachowawczy. W końcu starszy Longbottom był poniekąd tematem tabu, zaszyty na Nokturnie, nieobecny pośród swoich, bez nazwiska, które przyjmowała również Dora, gdy ktoś nieproszony ją zauważył. Chyba. Tak mu się wydawało. Czasami czas był taki niejasny dla niego w miejscach, gdzie dla reszty płynął oczywistą równiną.
— Oby okazało się, że po prostu odprawili swoje magiczne rytuały nad tym popiołem, żeby podnieść nas wszystkich na duchu, a nie żeby nas pozabijać. Tego wszystkim nam życzę — uniósł piąty kieliszek w górę. Kiedy pił, nie chciało mu się tak palić. Całkiem też rozhulał się na dyniowych pysznościach, również tych okraszonych grubą warstwą cukru i masła, na ten jeden dzień mając w poważaniu swoje zdrowie. Zapewne nie jeden, będzie kolejny i kolejny, aż coś wysiądzie pierwsze i go zabije. Stawiał na trzustkę, która powoli go mordowała odkąd skończył siedem lat, chociaż w tym tempie mogła to być również wątroba, a kolejnym mocnym zawodnikiem tego wyścigu były płuca.
— Kto się wybiera na ślub Yaxley. Tato, idziesz? — zapytał Godryka, zastanawiając się, co też ojciec myśli o zaślubinach jego sąsiadów z wojowniczką, która jeszcze niedawno buszowała w ich ogródku, trzymając się z Erikiem. — Myślicie, że zabiją rytualnie jakiegoś dzika na ołtarzu w ramach ofiary całopalnej? Albo jakiegoś żubra? Czy pan doktorek tylko ludzi kroi, dziwny, śliski typek, ale w sumie go nie znam, a wy?