04.11.2025, 02:05 ✶
Nie spodziewałem się, że zobaczę ją w takim stanie. Zazwyczaj chodziła wyprostowana, z tą swoją chłodną miną, jakby miała kij w kręgosłupie i żadnych słabości, a teraz ledwo trzymała się na nogach, co dziwniejsze i bardziej osobliwe, gdyby nie nasza współpraca, pewnie już dawno zaliczyłaby podłogę. Nie żeby mnie to szczególnie ruszało, oczywiście - po prostu ktoś musiał zareagować, a ja akurat byłem w pobliżu. Widziałem, jak próbowała utrzymać równowagę, jak napinała szczękę, żeby nie przyznać się do bólu, gdyby nie to, że znałem ją od lat, pewnie dałbym się nabrać na to jej udawanie, że „nic się nie stało”, ale znałem, więc pozwoliłem sobie na tę samowolną, trochę wymuszoną pomoc.
- Wiesz, zawsze myślałem, że masz gotowy plan nawet na koniec wszechrzeczy. - Odparłem, może zbyt sarkastycznie, ale taka już była nasza dynamika, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie spojrzała na mnie w ten sposób, jakby coś w niej pękło. Zmiękłem wtedy, choć niech mnie diabli, jeśli miałem kiedykolwiek się do tego przyznać. - Dobra. Nie kombinuj, po prostu trzymaj się mnie. Umiem rozwiązywać problemy, niemal tak samo, jak się w nie ładować, no, ujmując te dwadzieścia pięć procent, które naprawia nazwisko, i dwadzieścia pięć od wpływów tatusia. Pozostałe pięćdziesiąt procent jest moje. - Uśmiechnąłem się, chociaż nie tak ironicznie jak zwykle - bardziej z przekąsem, może trochę gorzko, bo ten dzień zaczął mi się ciążyć równie mocno jak jej torba. Słyszałem każdy skrawek jej wahania, każde „przykro mi”, mimo to coś w tym brzmiało jak wyrzut, który nie miał dla mnie znaczenia. Miałem swoje kłopoty, przywykłem do roli kogoś, kto je ściągał jak magnes, ale ona traktowała mnie teraz trochę tak, jakby samo wzięcie ode mnie dalszej, dodatkowej pomocy było czymś uwłaczającym. A przecież, na Merlina, wyglądała tak, jakby zaraz miała runąć.
- Zamiast tak się upierać, mogłabyś chociaż raz przyznać, że potrzebujesz moich kłopotliwych, wstrętnych, niemoralnych, ujmujących punkty zdolności. - Rzuciłem spokojnie, chociaż brzmiało to bardziej jak kpina z naszej sytuacji, niż troska, tylko że tym razem naprawdę nie kpiłem, coś było w tym jej zmęczonym spojrzeniu, co sprawiło, że nie chciało mi się drwić. Jasne, ten opór i upór to była klasyczna Prue, ale mimo to dała się podtrzymać, pozwoliła mi przejąć jej ciężar. Niby nic wielkiego, a jednak poczułem, jak jej dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Ciepła, niepewna, i jakby trochę... Wdzięczna? Nie patrzyła na mnie, udawała, że skupia się na oddychaniu, ale widziałem, jak jej policzki nabierały koloru. Może z bólu, może z tego, że była zła, że w ogóle mnie potrzebowała, nie miało to większego znaczenia - wyglądała na rozbitą, a ja, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, poczułem coś dziwnie miękkiego w środku. Właśnie dlatego postanowiłem powiedzieć te kolejne słowa.
- Nie wątpisz, ale… Co? - Podchwyciłem, zbyt ciekaw, by odpuścić. - Nie kończysz myśli? To do ciebie niepodobne. Zazwyczaj masz opinię na każdy temat. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo przecież zawsze znajdowała powód, żeby się ze mną sprzeczać. Kątem oka zobaczyłem, jak jej usta drgnęły, jakby chciała coś powiedzieć, ale połknęła słowa. Zadziwiająco cichy dźwięk jak na kogoś, kto zwykle potrafił krzyczeć nawet wzrokiem. Dobrze, może pierwszy raz w życiu zrozumiała, że nie trzeba mieć ostatniego zdania, ale… Wątpiłem - pewnie zaraz miała nabrać utraconego rezonu i coś mi odpowiedzieć, w końcu nie mogło być za spokojnie, a przynajmniej nie między nami. Ale kiedy wspomniała, że nie chciałaby, żeby ktoś miał przez nią problemy, coś we mnie drgnęło. Nie przyznałbym się do tego nawet pod groźbą klątwy, ale ta jej troska była... Czysta. Naiwna, ale prawdziwa, mimo to, a może właśnie dlatego, kiedy wspomniała coś o konsekwencjach kradzieży, prychnąłem.
- Och, nie martw się o mnie, z konsekwencjami jestem po imieniu, mamy stały układ. Ty się skup na tym, żeby nie przewrócić się drugi raz, dobrze? - To nie było pytanie. Przewróciłem oczami. - Ty i twoje zasady, Bletchley, jak ty w ogóle żyjesz z takim kodeksem moralnym? - Zapytałem, unosząc brew. - Poza tym, kto mówi o kradzieży? Ja tylko… Pożyczam rzeczy od życia. Na chwilę. - Nie uśmiechnęła się, szkoda, byłem przyzwyczajony, że ludzie reagują na moje żarty, nawet jeśli z zażenowaniem - ona nie, Prue miała inny mechanizm obronny. Jej „potrafię kłamać”, za to, wywołało u mnie krótki, suchy śmiech. Zerknąłem na nią z ukosa, z rozbawieniem. - Ty? Tak, jasne. Widać po tobie, że jesteś mistrzynią kłamstwa. Wystarczy spojrzeć, jak się przy tym wiercisz, kiedy coś kombinujesz, zaczynasz mówić albo głośniej, albo ciszej, jakbyś sama się chciała przekonać, że to prawda. - Mruknąłem, nie kryjąc ironii. - Faktycznie jesteś mistrzynią iluzji.
Lepszą ode mnie, hm? Ruszyliśmy dalej. Czułem, jak coraz mocniej na mnie napierała, jakby nie miała już siły udawać, że szła w stu procentach samodzielnie. Prue wyglądała, jakby świat właśnie ją przeżuł i wypluł. Normalnie może bym się z tego pośmiał, może rzucił jakąś zaczepkę, ale tym razem… Coś było inaczej. Nie wiedziałem, dlaczego, może to przez to, jak się na mnie spojrzała - jakby pierwszy raz naprawdę potrzebowała pomocy, i to mojej, absurdalne, ale nie miałem zamiaru tego komentować. Nie dziś. Zresztą, co ja właściwie robiłem? Pomagałem jej. Ja. Ten, który potrafił kpić z czyjegoś potknięcia, a nie podawać rękę. A jednak, kiedy znowu się zachwiała, zacisnąłem dłoń na jej ramieniu, przyciągając ją bliżej, zanim zdążyła zaprotestować.
- Mogę wszystko. - Odpowiedziałem spokojnie. Nie spodziewałem się niczego zbyt łaskawego w odpowiedzi, słyszałem jednak, jak mruknęła, że „nikt by tego nie podważał” na moje późniejsze słowa. - No właśnie. Nikt. - Skinąłem głową. - I dlatego zrobimy po mojemu. A ty udawaj, że mnie tu nie ma, nie kręcisz ze mną interesów, jeśli to ci pomoże. - Nie wyglądała na rozbawioną, zresztą, nigdy nie wyglądała, ale i tak widziałem w niej coś nowego - dziwne - zawsze wydawała się chłodna, a teraz… Wyglądała prawie jak człowiek. Było w tym coś żałosnego, ale jednocześnie... Cholernie ludzkiego. Nieczęsto widywałem ją bez tej swojej maski rozsądku i obowiązku, zawsze taka spięta, poprawna, z nosem w książkach i tym swoim moralnym kodeksem, którego nikt oprócz niej nie rozumiał, tym razem oparła się na mnie mocniej, czułem ciężar jej ciała, ale też to dziwne zaufanie, którego się po niej nie spodziewałem. Zawsze była jak mur, a teraz pozwalała mi ten mur trzymać, żeby się nie rozpadł. Szliśmy powoli, krok po kroku, aż do schodów. Była ciepła, coraz cieplejsza, policzki miała zarumienione. Pewnie ze zmęczenia. Albo… Może z irytacji, że to ja ją prowadzę - nie wiedziałem, chyba nie chciałem zgadywać.
Schody - najgorsze przekleństwo tego zamku.
- Słyszałaś. - Westchnąłem. - Nie rób takiej miny, jakbym ci proponował ślub, Bletchley. Nie będę cię niósł do ołtarza, po prostu na górę, to tylko logistyka. - Była zbyt zmęczona, żeby się sprzeciwić, ale widziałem w jej oczach, że wcale nie była przekonana - jej mina była bezcenna, to spojrzenie, jakbym właśnie zaproponował coś absolutnie skandalicznego. Zatrzymałem się na moment, wpatrując w nią z tym półuśmiechem, który zwykle doprowadzał ją do szału, ale tym razem nie było w nim kpiny. Raczej coś w rodzaju... Rozbawienia pomieszanego z troską, chociaż pewnie nigdy bym się do tego nie przyznał. Wystarczyło, że to słowo - „Proszę.” - zawisło między nami. Nigdy wcześniej go nie użyłem w rozmowie z nią. To jedno słowo zrobiło swoje, westchnęła, walcząc ze sobą, po czym w końcu padło jej ciche „Dobrze.” Nie spojrzała mi w oczy, ja za to przyglądałem się jej uważnie - tym spuszczonym powiekom, zaciśniętym ustom. Nieczęsto ją widywałem bez tej maski chłodnego opanowania, więc kiedy zapytała, czy mogę się nachylić, zrobiłem to bez słowa.
- Spokojnie. - Powiedziałem cicho, unosząc ją delikatnie. - Mam cię, nie zamierzam gryźć, więc trzymaj się mocno. Nie przewiduję wypadków, ale nie chciałbym mieć twojej krwi na sumieniu. - W tej chwili, na moment, nie było już żadnej kpiny, żadnej maski, tylko ja, ona i ten dziwny, cichy ciężar między nami, który nagle przestał być czymś nie do zniesienia, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, to przez chwilę miałem wrażenie, że serce biło mi odrobinę szybciej.
- No proszę, wygląda na to, że wraca ci kolor. Czyżby moja obecność tak na ciebie działała? - Zagadnąłem półgłosem, by odzyskać rezon. - Wiesz, nie musiałaś tak dramatyzować, żeby zwrócić moją uwagę. - Mruknąłem, bardziej dla zachowania pozorów, niż złośliwie. Wiedziałem, że mnie zaraz zbeszta, ale było warto.
- Wiesz, zawsze myślałem, że masz gotowy plan nawet na koniec wszechrzeczy. - Odparłem, może zbyt sarkastycznie, ale taka już była nasza dynamika, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie spojrzała na mnie w ten sposób, jakby coś w niej pękło. Zmiękłem wtedy, choć niech mnie diabli, jeśli miałem kiedykolwiek się do tego przyznać. - Dobra. Nie kombinuj, po prostu trzymaj się mnie. Umiem rozwiązywać problemy, niemal tak samo, jak się w nie ładować, no, ujmując te dwadzieścia pięć procent, które naprawia nazwisko, i dwadzieścia pięć od wpływów tatusia. Pozostałe pięćdziesiąt procent jest moje. - Uśmiechnąłem się, chociaż nie tak ironicznie jak zwykle - bardziej z przekąsem, może trochę gorzko, bo ten dzień zaczął mi się ciążyć równie mocno jak jej torba. Słyszałem każdy skrawek jej wahania, każde „przykro mi”, mimo to coś w tym brzmiało jak wyrzut, który nie miał dla mnie znaczenia. Miałem swoje kłopoty, przywykłem do roli kogoś, kto je ściągał jak magnes, ale ona traktowała mnie teraz trochę tak, jakby samo wzięcie ode mnie dalszej, dodatkowej pomocy było czymś uwłaczającym. A przecież, na Merlina, wyglądała tak, jakby zaraz miała runąć.
- Zamiast tak się upierać, mogłabyś chociaż raz przyznać, że potrzebujesz moich kłopotliwych, wstrętnych, niemoralnych, ujmujących punkty zdolności. - Rzuciłem spokojnie, chociaż brzmiało to bardziej jak kpina z naszej sytuacji, niż troska, tylko że tym razem naprawdę nie kpiłem, coś było w tym jej zmęczonym spojrzeniu, co sprawiło, że nie chciało mi się drwić. Jasne, ten opór i upór to była klasyczna Prue, ale mimo to dała się podtrzymać, pozwoliła mi przejąć jej ciężar. Niby nic wielkiego, a jednak poczułem, jak jej dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Ciepła, niepewna, i jakby trochę... Wdzięczna? Nie patrzyła na mnie, udawała, że skupia się na oddychaniu, ale widziałem, jak jej policzki nabierały koloru. Może z bólu, może z tego, że była zła, że w ogóle mnie potrzebowała, nie miało to większego znaczenia - wyglądała na rozbitą, a ja, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, poczułem coś dziwnie miękkiego w środku. Właśnie dlatego postanowiłem powiedzieć te kolejne słowa.
- Nie wątpisz, ale… Co? - Podchwyciłem, zbyt ciekaw, by odpuścić. - Nie kończysz myśli? To do ciebie niepodobne. Zazwyczaj masz opinię na każdy temat. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo przecież zawsze znajdowała powód, żeby się ze mną sprzeczać. Kątem oka zobaczyłem, jak jej usta drgnęły, jakby chciała coś powiedzieć, ale połknęła słowa. Zadziwiająco cichy dźwięk jak na kogoś, kto zwykle potrafił krzyczeć nawet wzrokiem. Dobrze, może pierwszy raz w życiu zrozumiała, że nie trzeba mieć ostatniego zdania, ale… Wątpiłem - pewnie zaraz miała nabrać utraconego rezonu i coś mi odpowiedzieć, w końcu nie mogło być za spokojnie, a przynajmniej nie między nami. Ale kiedy wspomniała, że nie chciałaby, żeby ktoś miał przez nią problemy, coś we mnie drgnęło. Nie przyznałbym się do tego nawet pod groźbą klątwy, ale ta jej troska była... Czysta. Naiwna, ale prawdziwa, mimo to, a może właśnie dlatego, kiedy wspomniała coś o konsekwencjach kradzieży, prychnąłem.
- Och, nie martw się o mnie, z konsekwencjami jestem po imieniu, mamy stały układ. Ty się skup na tym, żeby nie przewrócić się drugi raz, dobrze? - To nie było pytanie. Przewróciłem oczami. - Ty i twoje zasady, Bletchley, jak ty w ogóle żyjesz z takim kodeksem moralnym? - Zapytałem, unosząc brew. - Poza tym, kto mówi o kradzieży? Ja tylko… Pożyczam rzeczy od życia. Na chwilę. - Nie uśmiechnęła się, szkoda, byłem przyzwyczajony, że ludzie reagują na moje żarty, nawet jeśli z zażenowaniem - ona nie, Prue miała inny mechanizm obronny. Jej „potrafię kłamać”, za to, wywołało u mnie krótki, suchy śmiech. Zerknąłem na nią z ukosa, z rozbawieniem. - Ty? Tak, jasne. Widać po tobie, że jesteś mistrzynią kłamstwa. Wystarczy spojrzeć, jak się przy tym wiercisz, kiedy coś kombinujesz, zaczynasz mówić albo głośniej, albo ciszej, jakbyś sama się chciała przekonać, że to prawda. - Mruknąłem, nie kryjąc ironii. - Faktycznie jesteś mistrzynią iluzji.
Lepszą ode mnie, hm? Ruszyliśmy dalej. Czułem, jak coraz mocniej na mnie napierała, jakby nie miała już siły udawać, że szła w stu procentach samodzielnie. Prue wyglądała, jakby świat właśnie ją przeżuł i wypluł. Normalnie może bym się z tego pośmiał, może rzucił jakąś zaczepkę, ale tym razem… Coś było inaczej. Nie wiedziałem, dlaczego, może to przez to, jak się na mnie spojrzała - jakby pierwszy raz naprawdę potrzebowała pomocy, i to mojej, absurdalne, ale nie miałem zamiaru tego komentować. Nie dziś. Zresztą, co ja właściwie robiłem? Pomagałem jej. Ja. Ten, który potrafił kpić z czyjegoś potknięcia, a nie podawać rękę. A jednak, kiedy znowu się zachwiała, zacisnąłem dłoń na jej ramieniu, przyciągając ją bliżej, zanim zdążyła zaprotestować.
- Mogę wszystko. - Odpowiedziałem spokojnie. Nie spodziewałem się niczego zbyt łaskawego w odpowiedzi, słyszałem jednak, jak mruknęła, że „nikt by tego nie podważał” na moje późniejsze słowa. - No właśnie. Nikt. - Skinąłem głową. - I dlatego zrobimy po mojemu. A ty udawaj, że mnie tu nie ma, nie kręcisz ze mną interesów, jeśli to ci pomoże. - Nie wyglądała na rozbawioną, zresztą, nigdy nie wyglądała, ale i tak widziałem w niej coś nowego - dziwne - zawsze wydawała się chłodna, a teraz… Wyglądała prawie jak człowiek. Było w tym coś żałosnego, ale jednocześnie... Cholernie ludzkiego. Nieczęsto widywałem ją bez tej swojej maski rozsądku i obowiązku, zawsze taka spięta, poprawna, z nosem w książkach i tym swoim moralnym kodeksem, którego nikt oprócz niej nie rozumiał, tym razem oparła się na mnie mocniej, czułem ciężar jej ciała, ale też to dziwne zaufanie, którego się po niej nie spodziewałem. Zawsze była jak mur, a teraz pozwalała mi ten mur trzymać, żeby się nie rozpadł. Szliśmy powoli, krok po kroku, aż do schodów. Była ciepła, coraz cieplejsza, policzki miała zarumienione. Pewnie ze zmęczenia. Albo… Może z irytacji, że to ja ją prowadzę - nie wiedziałem, chyba nie chciałem zgadywać.
Schody - najgorsze przekleństwo tego zamku.
- Słyszałaś. - Westchnąłem. - Nie rób takiej miny, jakbym ci proponował ślub, Bletchley. Nie będę cię niósł do ołtarza, po prostu na górę, to tylko logistyka. - Była zbyt zmęczona, żeby się sprzeciwić, ale widziałem w jej oczach, że wcale nie była przekonana - jej mina była bezcenna, to spojrzenie, jakbym właśnie zaproponował coś absolutnie skandalicznego. Zatrzymałem się na moment, wpatrując w nią z tym półuśmiechem, który zwykle doprowadzał ją do szału, ale tym razem nie było w nim kpiny. Raczej coś w rodzaju... Rozbawienia pomieszanego z troską, chociaż pewnie nigdy bym się do tego nie przyznał. Wystarczyło, że to słowo - „Proszę.” - zawisło między nami. Nigdy wcześniej go nie użyłem w rozmowie z nią. To jedno słowo zrobiło swoje, westchnęła, walcząc ze sobą, po czym w końcu padło jej ciche „Dobrze.” Nie spojrzała mi w oczy, ja za to przyglądałem się jej uważnie - tym spuszczonym powiekom, zaciśniętym ustom. Nieczęsto ją widywałem bez tej maski chłodnego opanowania, więc kiedy zapytała, czy mogę się nachylić, zrobiłem to bez słowa.
- Spokojnie. - Powiedziałem cicho, unosząc ją delikatnie. - Mam cię, nie zamierzam gryźć, więc trzymaj się mocno. Nie przewiduję wypadków, ale nie chciałbym mieć twojej krwi na sumieniu. - W tej chwili, na moment, nie było już żadnej kpiny, żadnej maski, tylko ja, ona i ten dziwny, cichy ciężar między nami, który nagle przestał być czymś nie do zniesienia, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, to przez chwilę miałem wrażenie, że serce biło mi odrobinę szybciej.
- No proszę, wygląda na to, że wraca ci kolor. Czyżby moja obecność tak na ciebie działała? - Zagadnąłem półgłosem, by odzyskać rezon. - Wiesz, nie musiałaś tak dramatyzować, żeby zwrócić moją uwagę. - Mruknąłem, bardziej dla zachowania pozorów, niż złośliwie. Wiedziałem, że mnie zaraz zbeszta, ale było warto.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)