Louvain przez moment żałował, że w ogóle użył nazwiska Lestrange. Pomysł, który w pierwszej chwili wydawał się sprytnym wyjściem z kłopotu, teraz mógł sprowadzać niepotrzebne komplikacje. Gdy zobaczył minę Lany jakby lekkie uniesienie brwi, zaskoczone spojrzenie, w którym tliła się mieszanina konsternacji i niedowierzania, przemknęła mu przez myśl chęć sprostowania wszystkiego. Wystarczyłoby jedno słowo, a cała niezręczność zniknęłaby w mgnieniu oka.
Ale nie zrobił tego. Patrząc, jak drobne smugi światła odbijają się od srebrnych okuć stolika obok, pomyślał, że świat i tak dawno przestał być rozsądny. Po Spalonej Nocy Londyn wydawał się jednym wielkim szpitalem dla zbyt poważnych ludzi, wszyscy mówili szeptem, każdy nosił w sobie ciężar, a nawet śmiech brzmiał teraz jak coś, czego trzeba się wstydzić. Może właśnie dlatego Louvain uznał, że ta gra, ten maleńki blef, to ich własna, prywatna ulga w morzu ponurej powagi. Jeśli odrobina absurdu mogła rozluźnić napięcie - niech tak będzie. Uzdrowiciel wciąż oczekiwał odpowiedzi, trzymając pióro nad pergaminem z miną człowieka, który bierze udział w czymś, czego nie rozumie, ale nie ma odwagi zapytać. Louvain poprawił mankiet, zyskał kilka sekund, i w końcu skinął głową z nienaganną powagą.
- Tak, objawy są bardzo podobne - powiedział spokojnie, tonem człowieka, który ma pełną kontrolę nad sytuacją. - Z tą różnicą, że moja żona znosi je z większym spokojem, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Ja zapewne już dawno dramatyzowałbym przy kominku.
Słowa wypowiedział lekko, prawie obojętnie, ale ich brzmienie wypełniło przestrzeń ciepłem, którego się po sobie nie spodziewał. Kiedy przeniósł spojrzenie na Lanę, próbował uchwycić jej wzrok. Delikatnie, bez nacisku, jakby sprawdzał, czy w ogóle mu na to pozwoli. W jego oczach zatańczyło coś między żartem a zachętą, ciche pytanie: zagramy dalej?
Kiedy uzdrowiciel pochylił się nad pergaminem, Louvain wykorzystał moment, by nachylić się lekko w stronę Lany. Zapach jej perfum, przyjemny, zapadający w pamięć pomimo ciężkiej woni środków dezynfekujących i eliksirów leczniczych w powietrzu, na moment przesłonił sterylny zapach kliniki.
- Kochanie, przypomnij mi proszę - powiedział półgłosem, z tą zupełnie poważną manierą, jakby rzeczywiście pytał o coś kluczowego - Czy brałaś ten eliksir z liśćmi czegoś, czego nikt nigdy nie potrafi wymówić? Pan uzdrowiciel z pewnością chciałby wiedzieć. Powiedział to tak spokojnie, że przez sekundę nawet sam w to uwierzył. Znów spojrzał na jej twarz szukając czegoś co powie mu że być może to za dużo, że balansuje na granicy absurdu. Musiał odwrócić wzrok, udając, że poprawia mankiet, bo właśnie w tym momencie zorientował się, jak karykaturalnie brzmi ich małżeńska scena. Powstrzymanie śmiechu wymagało więcej samokontroli, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Kiedy uzdrowiciel znów uniósł głowę, Louvain spojrzał na Lanę i bezgłośnie poruszył wargami "nie psuj zabawy" albo może "jeszcze moment". Potem, niemal mimochodem, lekko szturchnął ją łokciem, gest szybki, subtelny, tak aby uzdrowiciel niczego nie zauważył. - Żona bywa nieco uparta w kwestiach dawkowania - dodał już głośniej, nie odrywając od niej wzroku. - Wolałbym, żeby to pan przypomniał jej o regularności. Ja, niestety, nie mam takiego autorytetu. Uzdrowiciel chrząknął, próbując zachować profesjonalizm, a Louvain, z tą charakterystyczną elegancją, przytaknął jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. W rzeczywistości czuł, że jego własny spokój jest równie kruchy jak szkło w oknach Munga, zbyt napięty, by nie pęknąć od uśmiechu. Spojrzał na Lanę jeszcze raz, może z błyskiem ciepła, a może tylko ze złudną nadzieją, że choć przez moment udało mu się rozproszyć jej powagę.