04.11.2025, 09:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 08:04 przez Anthony Shafiq.)
Anthony zwykł mawiać w cichości czterech ścian, zwykł myśleć i powtarzać, że Jonathan był powodem dla którego nauczył się oklumencji. Nie dało się jednak ukryć, że najbliższy mu przyjaciel z umiejętnością jasnowidzenia też nader skutecznie motywował go przed laty, mimo, że przecież nie mieli przed sobą nic do ukrycia.
A jednak... chwile takie jak ta zawsze wytrącały go z równowagi.
Jego twarz zapłonęła, nawet nie zamierzał wymawiać się przed tym i udawać, że to nagła gorączka, choć na to właśnie wskazywało aż nadto objawów. Zeszklone oczy, lekkie zamieszanie błędnika. Mógł ukryć policzki w dłoniach, mógł zwyczajnie uciec do łazienki, mógł - i pewnie gdyby to był ktokolwiek inny wyśmiać tę wróżbę i przypomnieć zainteresowanemu, że miało być na pracę a nie na życie uczuciowe.
Z oczywistych dla niego względów, rozdzielenie tych dwóch aspektów byłoby więcej niż niemożliwe.
- A więc wróżysz mi romans biurowy? - powiedział słabowicie, suchość w ustach wgryzała mu się w szczątkową śluzówkę. Ciało zdradzało go na tak wiele sposobów, a za kilka godzin mieli tańczyć na balu u Lestrangów. Jakie to szczęście, że był to bal maskowy, nawet jeśli sam Anthony nie uważał tego pomysłu za zbyt trafiony.
Oblizał nerwowo wargi, palcami wyłamywał sobie palce w drugiej dłoni. Jak uczniak. Jak uczniak.
Gdzie był chłód marmuru pod głową, gdy tego potrzebował?
- Zeszliśmy się z Jonathanem - oznajmił w końcu. - Rozumiem, że los nam sprzyja nie tylko myśleniem... wolitywnym chciejstwem i realizacją Twoich jakże subtelnych nacisków sprzed miesiąca. - Miesiąc, to już miesiąc. Egipt. Szkocja. Prowansja. Londyn. Płonął, płonął, wszystko spłonęło. I na tych gruzach, na zgliszczach wszystkiego, przyjaźni, której nie mogli już bardziej zepsuć niż było to możliwe. Dziwne. Powinien może bardziej entuzjastycznie przedstawić Morpheusowi to zagadnienie. Czemu więc czuł się winny?
Rozpaczanie na grobach innych przychodziło mu o wiele łatwiej niż szczęście. Niż zwyczajna radość, że los splótł się dla niego tak jak się splótł...
A jednak... chwile takie jak ta zawsze wytrącały go z równowagi.
Jego twarz zapłonęła, nawet nie zamierzał wymawiać się przed tym i udawać, że to nagła gorączka, choć na to właśnie wskazywało aż nadto objawów. Zeszklone oczy, lekkie zamieszanie błędnika. Mógł ukryć policzki w dłoniach, mógł zwyczajnie uciec do łazienki, mógł - i pewnie gdyby to był ktokolwiek inny wyśmiać tę wróżbę i przypomnieć zainteresowanemu, że miało być na pracę a nie na życie uczuciowe.
Z oczywistych dla niego względów, rozdzielenie tych dwóch aspektów byłoby więcej niż niemożliwe.
- A więc wróżysz mi romans biurowy? - powiedział słabowicie, suchość w ustach wgryzała mu się w szczątkową śluzówkę. Ciało zdradzało go na tak wiele sposobów, a za kilka godzin mieli tańczyć na balu u Lestrangów. Jakie to szczęście, że był to bal maskowy, nawet jeśli sam Anthony nie uważał tego pomysłu za zbyt trafiony.
Oblizał nerwowo wargi, palcami wyłamywał sobie palce w drugiej dłoni. Jak uczniak. Jak uczniak.
Gdzie był chłód marmuru pod głową, gdy tego potrzebował?
- Zeszliśmy się z Jonathanem - oznajmił w końcu. - Rozumiem, że los nam sprzyja nie tylko myśleniem... wolitywnym chciejstwem i realizacją Twoich jakże subtelnych nacisków sprzed miesiąca. - Miesiąc, to już miesiąc. Egipt. Szkocja. Prowansja. Londyn. Płonął, płonął, wszystko spłonęło. I na tych gruzach, na zgliszczach wszystkiego, przyjaźni, której nie mogli już bardziej zepsuć niż było to możliwe. Dziwne. Powinien może bardziej entuzjastycznie przedstawić Morpheusowi to zagadnienie. Czemu więc czuł się winny?
Rozpaczanie na grobach innych przychodziło mu o wiele łatwiej niż szczęście. Niż zwyczajna radość, że los splótł się dla niego tak jak się splótł...