04.11.2025, 21:00 ✶
Na parkiecie z Anthonym
Wieczór mijał spokojnie, lekko. Tak, jakby wcześniej nic złego się nie wydarzyło. Możliwość spędzenia czasu z Brenną i poczucia się tak, jakby były świeżo po szkole – uśmiechając się i plotkując, pozwoliło zrzucić z ramion trochę ciężaru, a myśli pognały w innym niż dotychczas kierunku. Nie mogła powstrzymać się od zerkania w stronę Atreusa, coraz mocniej splątując ze sobą tę dwójkę we własnej głowie i dostrzegając więcej plusów niż minusów sytuacji, w której połączyłoby ich coś na poważnie. Mogliby uzupełniać się wzajemnie, a do tego wierzyli w słuszność tej samej sprawy. Może Bulstroode mógłby trochę ostudzić zapał brunetki do pchania się we wszystkie możliwe kłopoty, jakie Wielka Brytania oferowała – całe szczęście, nie wysyłali jej jeszcze za granice, chociaż coraz częściej mówiło się o możliwych delegacjach w związku z narastającą, wątpliwą sławą Czarnoksiężnika. Cynthia nie zapominała również o upewnianiu się, że Lestrange znajdował się w zasięgu wzroku, zwykle pochłonięty rozmową i własnymi sprawami w towarzystwie wypełnionego kieliszka. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że nie czuła na sobie jego spojrzenia, jakby faktycznie sprawdzał, czy wciąż znajdowała się na sali.
Nadszedł czas na tańce, co podsycało tylko roznoszące się dookoła szepty. Orkiestra zmieniła muzykę, a pierwsze nuty walca sprawiły, że jasnowłosa uśmiechnęła się pod nosem, odprowadzając idącą na parkiet Brennę. Nim jednak sama zdążyła się oddalić, pojawił się przed nią dość popularny ostatnio jegomość. Ciężko było nie słyszeć plotek na temat Anthonyego, zarówno dobrych, jak i złych, ale również takich podsycanych zazdrością odnośnie do jego rosnących wpływów. O ile dobrze kojarzyła, miał związek z Corneliusem, który zajmował się innymi dystryktami Londynu, pełniąc funkcję koronera, jak ona.
- Panie Shafiq. - dygnęła grzecznie, obdarzając go krótkim uśmiechem, a spojrzenie wyjątkowo jasnych, niebieskich oczu przemknęło po jego sylwetce, aż w końcu zatrzymało się na twarzy, aby chwilę później ruszyć w stronę parkietu. Walc był pięknym, wymagającym tańcem, ale nie istniał chyba czarodziej, którego rodzina pojawiałaby się na wydarzeniach towarzyskich magicznej socjety i nie umiałby go zatańczyć. Był obowiązkowy jak niegdyś kadryl. Właściwie poza widywaniem się w miejscach takich, jak to lub okazjonalnie na korytarzach Ministerstwa, nie mieli ze sobą zbyt dużej styczności. Granatowa sukienka zakołysała się leniwie, przy kolejnej zmianie figury w tańcu, a srebrna spinka zalśniła, odbijając światło z kandelabrów. - Podobało się Panu dzisiejsze przedstawienie? Muszę przyznać, że przyjemnie było zostawić, chociaż na kilka godzin obowiązki za drzwiami. - zapytała z nutą ciekawości w głosie, spokojnym i nieco chłodnym, chociaż Cynthie ciężko było nazwać kobietą niesympatyczną, raczej trzymającą dystans. Drugą sprawą było to, że doskonale umiała się dopasować, wszak uczono jej tego od małego. Ciężko było wybrać temat, gdy nie miało się pojęcia o preferencjach czy zainteresowaniach drugiego człowieka.
Wieczór mijał spokojnie, lekko. Tak, jakby wcześniej nic złego się nie wydarzyło. Możliwość spędzenia czasu z Brenną i poczucia się tak, jakby były świeżo po szkole – uśmiechając się i plotkując, pozwoliło zrzucić z ramion trochę ciężaru, a myśli pognały w innym niż dotychczas kierunku. Nie mogła powstrzymać się od zerkania w stronę Atreusa, coraz mocniej splątując ze sobą tę dwójkę we własnej głowie i dostrzegając więcej plusów niż minusów sytuacji, w której połączyłoby ich coś na poważnie. Mogliby uzupełniać się wzajemnie, a do tego wierzyli w słuszność tej samej sprawy. Może Bulstroode mógłby trochę ostudzić zapał brunetki do pchania się we wszystkie możliwe kłopoty, jakie Wielka Brytania oferowała – całe szczęście, nie wysyłali jej jeszcze za granice, chociaż coraz częściej mówiło się o możliwych delegacjach w związku z narastającą, wątpliwą sławą Czarnoksiężnika. Cynthia nie zapominała również o upewnianiu się, że Lestrange znajdował się w zasięgu wzroku, zwykle pochłonięty rozmową i własnymi sprawami w towarzystwie wypełnionego kieliszka. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że nie czuła na sobie jego spojrzenia, jakby faktycznie sprawdzał, czy wciąż znajdowała się na sali.
Nadszedł czas na tańce, co podsycało tylko roznoszące się dookoła szepty. Orkiestra zmieniła muzykę, a pierwsze nuty walca sprawiły, że jasnowłosa uśmiechnęła się pod nosem, odprowadzając idącą na parkiet Brennę. Nim jednak sama zdążyła się oddalić, pojawił się przed nią dość popularny ostatnio jegomość. Ciężko było nie słyszeć plotek na temat Anthonyego, zarówno dobrych, jak i złych, ale również takich podsycanych zazdrością odnośnie do jego rosnących wpływów. O ile dobrze kojarzyła, miał związek z Corneliusem, który zajmował się innymi dystryktami Londynu, pełniąc funkcję koronera, jak ona.
- Panie Shafiq. - dygnęła grzecznie, obdarzając go krótkim uśmiechem, a spojrzenie wyjątkowo jasnych, niebieskich oczu przemknęło po jego sylwetce, aż w końcu zatrzymało się na twarzy, aby chwilę później ruszyć w stronę parkietu. Walc był pięknym, wymagającym tańcem, ale nie istniał chyba czarodziej, którego rodzina pojawiałaby się na wydarzeniach towarzyskich magicznej socjety i nie umiałby go zatańczyć. Był obowiązkowy jak niegdyś kadryl. Właściwie poza widywaniem się w miejscach takich, jak to lub okazjonalnie na korytarzach Ministerstwa, nie mieli ze sobą zbyt dużej styczności. Granatowa sukienka zakołysała się leniwie, przy kolejnej zmianie figury w tańcu, a srebrna spinka zalśniła, odbijając światło z kandelabrów. - Podobało się Panu dzisiejsze przedstawienie? Muszę przyznać, że przyjemnie było zostawić, chociaż na kilka godzin obowiązki za drzwiami. - zapytała z nutą ciekawości w głosie, spokojnym i nieco chłodnym, chociaż Cynthie ciężko było nazwać kobietą niesympatyczną, raczej trzymającą dystans. Drugą sprawą było to, że doskonale umiała się dopasować, wszak uczono jej tego od małego. Ciężko było wybrać temat, gdy nie miało się pojęcia o preferencjach czy zainteresowaniach drugiego człowieka.