O, wiedziała. Nie przekonała się o tym na własnej skórze, ale w lipcu przyszedł do niej Laurent zamieniony w kobietę, prosząc o sukienkę i żeby go umalowała, skoro już ma tak niezwykłą okazję pobyć trochę w innej skórze.
– Taaak, wiedziałam. Spotkałam raz jego ofiarę… Dobrze, że to nie trwa dłużej i że nie trzeba kombinować z klątwołamaczami. Ostatecznie mogło być gorzej… – na przykład od tygodni można było słyszeć wrzaski, ryki i łupanie w losowe instrumenty, nie mogąc zaznać spokoju we własnym domu. – Nie mam pojęcia – odparła zresztą zgodnie z prawdą, bo nie wiedziała, jaką mocą trzeba dysponować, by uwięzić poltergeista w jednej pozycji na kilka tygodni w taki sposób, jak to miało miejsce w jej własnym mieszkaniu. – A wytrącenie abraksanom nóg w drugą stronę? Transmutacja? Translokacja? Za dużo potrafił i za mocne były te jego zaklęcia – dodała niezadowolona, przypominając sobie o biednych abraksanach u Laurenta w rezerwacie, a poszkodowanych było więcej… feniks, hipogryfy, jarczuk. I o kim nawet nie wiedziała?
Poszły więc na górę, obszukać najpierw łazienkę. Gdy Brenna sprawdzała swoją część, Victoria stukała po ścianach i otwierała szafki, patrzyła za kwiaty, by ostatecznie uznać, że jedyną obecność stanowiła tutaj ta cholerna ryba i jej obsceniczna piosenka.
– Nie zanotowałam żadnej obrzydliwej mordy – stwierdziła w końcu, pozwalając, by ostatnia szafka zamknęła się z trzaskiem i obróciła się na pięcie wokół własnej osi, zakładając ręce na biodra. – Chodź do sowiarni, to i tak obok… Cholera go wie, ostatnio moje koty nie reagowały na te hałasy – wtedy nie czułaby, że tak bardzo wariuje, bo koty były nader spokojne… Znaczy… Spokojne to za dużo powiedziane. Kwiatuszek był tu wtedy nowy, w czasie egzorcyzmu był u niej raptem tydzień, a mała Luna nie miała w swoim słowniku odpowiedniej definicji wyrażenia „uspokoić się”, bo rozpierał ją nadmiar energii. Wyszły zresztą z łazienki i Victoria już zrobiła trzy kroki w kierunku sowiarni, kiedy drzwi do innego pokoiku na tym piętrze otworzyły się i wyszła z nich skrzatka ubrana w swój schludny fartuszek i zatrzymała się, patrząc swoimi wielkimi oczami to na Victorię, to na Brennę. Zaraz złapała się za plecami, jakby kuląc się, ale nie do końca, zawstydzona, że wpadła tutaj na nie obie i wyglądała, jakby była bliska płaczu, że im przeszkodziła.
– S-s-strzałka n-najmocniej p-p-przeprasza – powiedziała, jąkając się jak zwykle. – S-strzałka nie chciała p-przeszkodzić – wymamrotała, mnąc rąbek fartuszka.
Victoria już trzymała rękę na klamce, kiedy nagle się odwróciła, słysząc piskliwy głos skrzatki domowej, którą zabrała do siebie niecałe dwa tygodnie temu z rodowej rezydencji. Była to jedna ze skrzatek, która służyła jej rodzinie odkąd pamiętała i mieszała w jej domu rodzinnym.
– Oo? Ale nic się nie stało. Sprawdzamy coś tylko. Słyszałaś może takie dziwne hałasy? Nie umiemy ustalić źródła – Victoria nie przejmowała się standardowym jąkaniem skrzatki i zresztą nie zachowywała się tak, jakby miała na nią zaraz nakrzyczeć.
– H-hałasy? – buzia skrzatki wygładziła się nagle i ta rozejrzała się na boki, jakby czegoś szukała. Albo próbowała się schować. Jedno z dwóch, po skrzatach trudno było powiedzieć. – Nie t-t-tu – zamrugała kilka razy bardzo szybko. – Z p-piwnicy. Strzałka m-myślała, że… – urwała, ale Victoria chyba wiedziała, co skrzatka sobie myślała: że to ktoś z domowników i że nie powinna się tym interesować.
Lestrange spojrzała za to przy tym na Brennę.
Z piwnicy.
One nie umiały tego ot tak ustalić, ale skrzat… Skrzaty miały w sobie zupełnie inną moc. Tylko skąd w piwnicy? Tam prawie nic nie było. Pracownia Victorii, pokój, który zajął dla siebie Sauriel i jeszcze jedno puste pomieszczenie. Może tam? Albo coś na korytarzu? Mina Victorii wyrażała wyraźną konsternację.