04.11.2025, 22:48 ✶
Szliśmy powoli, a raczej ja szedłem, a ona się o mnie opierała - czułem jej ciężar, ledwo wyczuwalny, jakby starała się nie sprawiać kłopotu nawet wtedy, gdy dosłownie nie miała innego wyjścia. Przyjrzałem się jej ukradkiem - była blada jak pergamin, z włosami przyklejonymi do policzków, które w końcu nabierały koloru. Nienawidziła wyglądać na słabą, to akurat wiedziałem, przez chwilę nawet nie miałem serca jej dogryźć. Prue Bletchley bez planu, to jak sowa bez listu - zupełnie pozbawiona sensu, ale patrząc na nią, z tą jej rezygnacją na twarzy, pomyślałem, że może pierwszy raz w życiu dobrze zrobiła, że niczego nie planowała, bo plan i tak by diabli wzięli. Ale, żeby znowu mnie rozczarowała? Błagam. Gdybym miał się rozczarowywać za każdym razem, gdy ktoś nie dorastał do własnych ambicji, musiałbym chodzić wiecznie naburmuszony, a przecież nie pasowała mi rola melancholika.
- Rozczarowanie zostaw dla siebie, nie wyglądasz na szczególnie zadowoloną z braku planu. - Zauważyłem. - Spokojnie, świat się nie skończy, że raz coś ci nie wyszło.
Oczywiście, że była niezadowolona - Prue musiała mieć wszystko pod kontrolą, zawsze, nawet chaos wokół niej miał być uporządkowany według jej zasad. A dziś? Dziś wyglądała, jakby ktoś wyrwał jej tę kontrolę z rąk i rzucił w błoto. Patrzyłem, jak próbowała iść, jak uparcie stawiała krok za krokiem, chociaż widać było, że każdy z nich sprawia jej ból. Zawsze taka niezłomna, a teraz - była rozbita, zmęczona, z tym spojrzeniem, w którym pierwszy raz nie było iskry, tylko cień, i cholera, coś we mnie drgnęło. Nie współczucie - ja nie współczuję, ale coś bliskiego... Zrozumieniu. Jej krok zwolnił, więc dostosowałem tempo. Nie wiedziałem, czy bardziej przez wzgląd na nią, czy dlatego, że sam zaczynałem czuć ciężar całego dnia - z dwojga złego, trudno mi było wybrać lepsze.
„Bez Ciebie na pewno bym sobie poradziła znacznie gorzej.” To już prawie brzmiało jak podziękowanie, choć pewnie sama by to nazwała „stwierdzeniem faktu”. Uśmiechnąłem się, ale bez tej typowej drwiny. Może nawet z czymś na kształt… Ciepła? Merlinie, oby nie. Nie odpowiedziałem, cisza była zresztą o wiele przyjemniejsza niż jej wieczne zgryźliwe komentarze. Zerknęła na mnie z tym swoim chłodnym spojrzeniem, ale przez chwilę nic nie mówiliśmy, poza kilkoma półsłówkami. Dobrze, że nie, bo pewnie znowu wpakowalibyśmy się w jakąś błahą kłótnię. Jej próba ugryzienia się w język rozbawiła mnie bardziej, niż powinna. Zwykle by mi odpowiedziała z jadem, ale tym razem tylko wzruszyła ramionami, właśnie to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące. Dopiero, kiedy mruknęła swoje „Mhm”, a potem zaczęła moralizować o „przystosowaniu się do ogólnie przyjętych norm”, nie mogłem się powstrzymać i znowu podjąłem zaczepkę.
- Normy są dla ludzi, którzy boją się, że nie przetrwają bez cudzych zasad. - Stwierdziłem. - Moralność to tylko kwestia punktu widzenia, Bletchley. Ty mówisz „kradzież”, ja mówię „pożyczka bez terminu zwrotu”. - Rzuciłem z lekceważeniem. Zapytała, kiedy oddaję rzeczy, które pożyczam, chociaż oczywiście, że wiedziała, że nie oddaję, mimo to miała, oczywiście, swoje uwagi o „oddawaniu” i o tym, że „niektórzy nie widzą nic złego w normach”. Ach, klasyczna Prue. Zawsze logiczna, zawsze moralna. - Oddaję? - Powtórzyłem z udawaną powagą. - Och, to zależy. Czasem pożyczam cudze przedmioty na tyle długo, że zaczynają wierzyć, że zawsze były moje.
Kiedy jednak próbowała bronić swoich zdolności do kłamania, przewróciłem oczami. Widziałem, jak skrzywiła się lekko, może z bólu, może z urażonej dumy. To było w niej urocze - ten nieustanny konflikt między chęcią pokazania światu, że nic jej nie rusza, a faktem, że właśnie wszystko ją ruszało.
- Nie jesteś urodzonym kłamcą, jesteś urodzoną perfekcjonistką, to się gryzie. - Nie mogłem się powstrzymać, to było silniejsze ode mnie - drażnić ją, chociaż trochę, nawet kiedy ledwo trzymała się na nogach. W pewnym momencie stwierdziła, że jestem „okropnie pewny siebie”. Cóż, nie miała racji - byłem jeszcze bardziej niż okropnie.
- Oczywiście, że jestem. - Odpowiedziałem spokojnie. - Pewność siebie to podstawa, Prudy. - Spojrzałem na nią z boku, gdy stąpała ostrożnie. - A ty masz zbyt wiele przezorności, jak na kogoś tak bystrego. Szkoda, bo pasowałoby ci trochę zdrowego egoizmu.
Jej policzki nabrały koloru. „Ciepło z korytarza”, tak powiedziała później - jasne. W tamtym momencie jej mina mówiła wszystko, nie musiała odpowiadać - znałem to spojrzenie, ten błysk, który oznaczał, że najchętniej posłałaby mnie do diabła, właśnie dlatego nie mogłem się powstrzymać.
- Zysk? - Uśmiechnąłem się lekko. Nie dodałem, że prawdziwym zyskiem był widok jej miny, kiedy musiała przyznać, że beze mnie byłoby gorzej- tego nie zamieniłbym na żadną fortunę.- Satysfakcję, że dziś nie upadłaś drugi raz. I, być może, mały dług wdzięczności. Lubię mieć ludzi, którzy pamiętają są mi coś winni, a kto jak kto, ty akurat będziesz to wspominać, nigdy o tym nie zapomnisz, co samo w sobie jest nawet lepsze, niż odbieranie długu. - Wiedziałem, że to ją rozdrażni, i właśnie o to chodziło. Znałem ją na tyle, by wiedzieć, że nic nie wyprowadzało jej z równowagi bardziej niż myśl, że mogłaby komuś zawdzięczać pomoc.
Szliśmy powoli, moje ramię stanowiło dla niej podporę, choć wcale nie wyglądało to jak zwykła pomoc. Było w tym coś... Intymnego. Może przez to, jak lekko opierała na mnie ciężar, a może przez to, że jej dłoń nieco za długo pozostawała przy moim boku. Gdy w końcu podjęła decyzję, że mnie posłucha, przyjąłem to z udawaną obojętnością, ale gdy uniosłem ją w ramionach, wszystko we mnie drgnęło. Nie spodziewałem się, że będzie taka lekka, ani że tak naturalnie dopasuje się do mojego ruchu, jakby to nie był pierwszy raz, gdy się na mnie opierała. Czułem jej dłonie na szyi - chłodne, ostrożne. Nie odzywała się, ale czułem, jak jej oddech łaskocze mnie w szyję, włosy dotknęły mojego policzka, pachniały czymś znajomym, chociaż nie potrafiłem tego nazwać.
- Widzisz? Nie takie to trudne, stoję stabilnie, nie ma szans, bym się sturlał. - Powiedziałem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej, a kiedy mruknęła coś o tym, że „dramatyzowanie” pozwoliło jej zobaczyć we mnie człowieka, zaśmiałem się krótko. - Człowieka? To znaczy, że wcześniej brałaś mnie za co, ducha? Demona? - Powiedziałem cicho, z tym charakterystycznym półuśmiechem, który od zawsze działał jej na nerwy. - Nie przyzwyczajaj się do tego widoku. Nie zamierzam robić z tego nawyku. Nie chciałbym, żebyś uznała mnie za przyzwoitego człowieka. To jednorazowy wybryk. - Spojrzałem na nią z przekornym uśmiechem. - Jak kometa, pojawia się raz na sto lat i znika, prawdopodobnie nie zobaczysz jej drugi raz w życiu.
A potem, gdy próbowała zbagatelizować rumieniec, mówiąc coś o gorącu w zamku, uśmiechnąłem się szerzej.
- Mhm. Powiedzmy, że ci wierzę. - Mruknąłem, milknąc. Nie wiedziałem, kiedy przestałem mówić tylko po to, żeby ją drażnić. Może wtedy, gdy jej głowa opadła nieznacznie na moje ramię. Wtedy też po raz pierwszy nie miałem ochoty niczego komentować. Po prostu szedłem, czując ciężar, który wcale nie był ciężarem. Patrzyłem przed siebie, na ciemne, puste schody prowadzące ku wieży, zbliżaliśmy się do końca schodów, wciąż trzymałem ją pewnie, i chociaż czułem już lekki ból w ramionach, nie powiedziałem ani słowa. Nie chciałem, żeby pomyślała, że robię to z litości, bo nie robiłem. Niosłem ją, bo tego chciałem, przez moment świat wydawał się mniej chaotyczny, kiedy wiedziałem, że to ja trzymam go w ryzach.
- Rozczarowanie zostaw dla siebie, nie wyglądasz na szczególnie zadowoloną z braku planu. - Zauważyłem. - Spokojnie, świat się nie skończy, że raz coś ci nie wyszło.
Oczywiście, że była niezadowolona - Prue musiała mieć wszystko pod kontrolą, zawsze, nawet chaos wokół niej miał być uporządkowany według jej zasad. A dziś? Dziś wyglądała, jakby ktoś wyrwał jej tę kontrolę z rąk i rzucił w błoto. Patrzyłem, jak próbowała iść, jak uparcie stawiała krok za krokiem, chociaż widać było, że każdy z nich sprawia jej ból. Zawsze taka niezłomna, a teraz - była rozbita, zmęczona, z tym spojrzeniem, w którym pierwszy raz nie było iskry, tylko cień, i cholera, coś we mnie drgnęło. Nie współczucie - ja nie współczuję, ale coś bliskiego... Zrozumieniu. Jej krok zwolnił, więc dostosowałem tempo. Nie wiedziałem, czy bardziej przez wzgląd na nią, czy dlatego, że sam zaczynałem czuć ciężar całego dnia - z dwojga złego, trudno mi było wybrać lepsze.
„Bez Ciebie na pewno bym sobie poradziła znacznie gorzej.” To już prawie brzmiało jak podziękowanie, choć pewnie sama by to nazwała „stwierdzeniem faktu”. Uśmiechnąłem się, ale bez tej typowej drwiny. Może nawet z czymś na kształt… Ciepła? Merlinie, oby nie. Nie odpowiedziałem, cisza była zresztą o wiele przyjemniejsza niż jej wieczne zgryźliwe komentarze. Zerknęła na mnie z tym swoim chłodnym spojrzeniem, ale przez chwilę nic nie mówiliśmy, poza kilkoma półsłówkami. Dobrze, że nie, bo pewnie znowu wpakowalibyśmy się w jakąś błahą kłótnię. Jej próba ugryzienia się w język rozbawiła mnie bardziej, niż powinna. Zwykle by mi odpowiedziała z jadem, ale tym razem tylko wzruszyła ramionami, właśnie to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące. Dopiero, kiedy mruknęła swoje „Mhm”, a potem zaczęła moralizować o „przystosowaniu się do ogólnie przyjętych norm”, nie mogłem się powstrzymać i znowu podjąłem zaczepkę.
- Normy są dla ludzi, którzy boją się, że nie przetrwają bez cudzych zasad. - Stwierdziłem. - Moralność to tylko kwestia punktu widzenia, Bletchley. Ty mówisz „kradzież”, ja mówię „pożyczka bez terminu zwrotu”. - Rzuciłem z lekceważeniem. Zapytała, kiedy oddaję rzeczy, które pożyczam, chociaż oczywiście, że wiedziała, że nie oddaję, mimo to miała, oczywiście, swoje uwagi o „oddawaniu” i o tym, że „niektórzy nie widzą nic złego w normach”. Ach, klasyczna Prue. Zawsze logiczna, zawsze moralna. - Oddaję? - Powtórzyłem z udawaną powagą. - Och, to zależy. Czasem pożyczam cudze przedmioty na tyle długo, że zaczynają wierzyć, że zawsze były moje.
Kiedy jednak próbowała bronić swoich zdolności do kłamania, przewróciłem oczami. Widziałem, jak skrzywiła się lekko, może z bólu, może z urażonej dumy. To było w niej urocze - ten nieustanny konflikt między chęcią pokazania światu, że nic jej nie rusza, a faktem, że właśnie wszystko ją ruszało.
- Nie jesteś urodzonym kłamcą, jesteś urodzoną perfekcjonistką, to się gryzie. - Nie mogłem się powstrzymać, to było silniejsze ode mnie - drażnić ją, chociaż trochę, nawet kiedy ledwo trzymała się na nogach. W pewnym momencie stwierdziła, że jestem „okropnie pewny siebie”. Cóż, nie miała racji - byłem jeszcze bardziej niż okropnie.
- Oczywiście, że jestem. - Odpowiedziałem spokojnie. - Pewność siebie to podstawa, Prudy. - Spojrzałem na nią z boku, gdy stąpała ostrożnie. - A ty masz zbyt wiele przezorności, jak na kogoś tak bystrego. Szkoda, bo pasowałoby ci trochę zdrowego egoizmu.
Jej policzki nabrały koloru. „Ciepło z korytarza”, tak powiedziała później - jasne. W tamtym momencie jej mina mówiła wszystko, nie musiała odpowiadać - znałem to spojrzenie, ten błysk, który oznaczał, że najchętniej posłałaby mnie do diabła, właśnie dlatego nie mogłem się powstrzymać.
- Zysk? - Uśmiechnąłem się lekko. Nie dodałem, że prawdziwym zyskiem był widok jej miny, kiedy musiała przyznać, że beze mnie byłoby gorzej- tego nie zamieniłbym na żadną fortunę.- Satysfakcję, że dziś nie upadłaś drugi raz. I, być może, mały dług wdzięczności. Lubię mieć ludzi, którzy pamiętają są mi coś winni, a kto jak kto, ty akurat będziesz to wspominać, nigdy o tym nie zapomnisz, co samo w sobie jest nawet lepsze, niż odbieranie długu. - Wiedziałem, że to ją rozdrażni, i właśnie o to chodziło. Znałem ją na tyle, by wiedzieć, że nic nie wyprowadzało jej z równowagi bardziej niż myśl, że mogłaby komuś zawdzięczać pomoc.
Szliśmy powoli, moje ramię stanowiło dla niej podporę, choć wcale nie wyglądało to jak zwykła pomoc. Było w tym coś... Intymnego. Może przez to, jak lekko opierała na mnie ciężar, a może przez to, że jej dłoń nieco za długo pozostawała przy moim boku. Gdy w końcu podjęła decyzję, że mnie posłucha, przyjąłem to z udawaną obojętnością, ale gdy uniosłem ją w ramionach, wszystko we mnie drgnęło. Nie spodziewałem się, że będzie taka lekka, ani że tak naturalnie dopasuje się do mojego ruchu, jakby to nie był pierwszy raz, gdy się na mnie opierała. Czułem jej dłonie na szyi - chłodne, ostrożne. Nie odzywała się, ale czułem, jak jej oddech łaskocze mnie w szyję, włosy dotknęły mojego policzka, pachniały czymś znajomym, chociaż nie potrafiłem tego nazwać.
- Widzisz? Nie takie to trudne, stoję stabilnie, nie ma szans, bym się sturlał. - Powiedziałem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej, a kiedy mruknęła coś o tym, że „dramatyzowanie” pozwoliło jej zobaczyć we mnie człowieka, zaśmiałem się krótko. - Człowieka? To znaczy, że wcześniej brałaś mnie za co, ducha? Demona? - Powiedziałem cicho, z tym charakterystycznym półuśmiechem, który od zawsze działał jej na nerwy. - Nie przyzwyczajaj się do tego widoku. Nie zamierzam robić z tego nawyku. Nie chciałbym, żebyś uznała mnie za przyzwoitego człowieka. To jednorazowy wybryk. - Spojrzałem na nią z przekornym uśmiechem. - Jak kometa, pojawia się raz na sto lat i znika, prawdopodobnie nie zobaczysz jej drugi raz w życiu.
A potem, gdy próbowała zbagatelizować rumieniec, mówiąc coś o gorącu w zamku, uśmiechnąłem się szerzej.
- Mhm. Powiedzmy, że ci wierzę. - Mruknąłem, milknąc. Nie wiedziałem, kiedy przestałem mówić tylko po to, żeby ją drażnić. Może wtedy, gdy jej głowa opadła nieznacznie na moje ramię. Wtedy też po raz pierwszy nie miałem ochoty niczego komentować. Po prostu szedłem, czując ciężar, który wcale nie był ciężarem. Patrzyłem przed siebie, na ciemne, puste schody prowadzące ku wieży, zbliżaliśmy się do końca schodów, wciąż trzymałem ją pewnie, i chociaż czułem już lekki ból w ramionach, nie powiedziałem ani słowa. Nie chciałem, żeby pomyślała, że robię to z litości, bo nie robiłem. Niosłem ją, bo tego chciałem, przez moment świat wydawał się mniej chaotyczny, kiedy wiedziałem, że to ja trzymam go w ryzach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)