05.11.2025, 16:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2025, 18:52 przez Helloise Rowle.)
Helloise zawsze z głęboką, szczerą pasją wyrażała się o Kniei. Było to bowiem przez lata sanktuarium leśnej weidźmy, w którym ta odnalazła łączność z mądrością przodków swojej matki. Wielka to była łaska dostąpić wtajemniczenia w sekrety pradawnego gaju, jednej z niewielu świętości, jakie czarownica uznawała. Słyszała dawne sekrety w szepcie liści, nawiedzały ją sny przepełnione dziejową mądrością, zawsze mogła liczyć na radę duchów Kniei — za wszystko to wdzięczna im była i darzyła miejsce szczególnym szacunkiem. Teraz winna była okazać zobowiązanie za te błogosławieństwa otrzymane przez lata: nie mogła ustawać w poszukiwaniu odpowiedzi ani pozwolić, aby temat rozmył się śród innych spraw zaprzątających głowy ludzi.
Kuchnia chatki na kurzej stopce tymczasem rzeczywiście wypełniła się ciepłym aromatem pszczelego wosku. Czarownica dodała doń odpowiednich olejów wzmacniających działanie magiczne, rozmieszała dokładnie, po czym przeniosła gar płynnego wosku bliżej stołu, aby móc kontynuować przy pracy rozmowę z Ceolsige. Rzemieślniczka zrezygnowała z odlewania świec w formach. Tego dnia panie nie musiały się spieszyć, więc z osobna zanurzała w kociołku każdy knot, jeden po drugim, zanurzenie po zanurzeniu, warstwa po warstwie świece stawały się coraz grubsze. Proces był powtarzalny, do bólu nudny: kobieta nurzała świecę w wosku nadbudowującym jej warstwy, odwieszała na żerdź, aby zastygł, powtarzała czynność z kolejnym knotem. I cykl zamykał się, otwierał nowy, dopóki na drewnianej żerdzi nie zawisły odpowiedniej średnicy świece.
// Rzucam rzemiosło na stworzenie 4 sztuk świec do zastosowań w klątwołamaniu.
— Mogłam słyszeć coś o Londynie — przyznała, bo nie wychodziła zbyt wiele z domu w ostatnich dniach. — Czy te znaki waszej klątwy o czymś mówią? — zapytała zainteresowana przyniesionym przez Ceolsige tematem. — Tutaj również chodziła klątwa. Błotniste stopy spacerowały po domu nocą. Próbowałam… — zmarszczyła brwi, wydrapując paznokciem kroplę wosku wtopioną przypadkiem w materiał sukienki — zrozumieć ją. Okazało się, że nie miała mi niczego do powiedzenia. Sama zniknęła, gdy wstawiłam wybite okna.
Być może zakrawało to na naiwność — szukać sposobu, aby porozumieć się z czarnomagiczną klątwą, absurd. Helloise jednak, choć nie była zbyt dobrze wyedukowana i często błądziła w domysłach, przejawiała niemal dziecięcą potrzebę poznawania każdej rzeczy, z którą miała styczność.
Żółte woskowe słupki, które powstały, nie były może najwybitniejszym jej wytworem, lecz z pewnością można było je określić udanymi i mieć gwarancję, że sprawdzą się w swojej funkcji. Gdy ostatnie warstwy na świecach zastygły, Hella docięła ich knoty, wyrównała spody, aby stały stabilnie w pionie, i złożyła świece w pudle, w którym przygotowała wcześniej pozostałe produkty dla koleżanki.
— Klątwołamacze potrafią być użyteczni — potwierdziła czarownica, wykruszając z palców zastygłe na skórze resztki wosku — na więcej jednak zdałaby się wszystkim poszkodowanym gorliwa modlitwa i godne uświęcenie dnia sabatu, niźli wydumane wynalazki klątwołamaczy. Gdzie nie ma boskiego wstawiennictwa, tam nigdy prawdziwie nie oczyszczą swoich domów, choćby i tuzin specjalistów dzień i noc zdejmował klątwy.
Tym akcentem Helloise przekierowała temat z powrotem na tworzenie daru. Wstała od stołu i zniknęła na chwilę schylona pod kuchennym blatem.
— Zamknij oczy — poleciła Burke, wracając do niej z trzema buteleczkami ukrytymi w drewnianej skrzyneczce. — Zaczniemy od nadania tonu twojemu darowi. Czym nasączymy drewno? Gdy kapłani rzucą twój dar i twoją intencję w boski ogień, jak ma pachnieć dym, który poniesie twą modlitwę do Matki?
I podstawiła jej pod nos po kolei trzy zapachy:
Pierwszy był lekki i ziołowy. Ususzona, skoszona trawa, aromat momentami gorzki, momentami herbaciany. Był tu rumianek, rozmaryn, szałwia — wonie przesypywały się przez siebie. Zapach suchy i klarowny, choć nie przezroczysty.
Drugi pachniał głębokim lasem. Spomiędzy nut zapachowych wyglądały mchy i paprocie, wilgotna ziemia podobna tej, którą Ceolsige czuła, idąc do chaty. Gęsty bór, a w nim jodły, szyszki i żywice, wszystko zroszone jesiennym deszczem.
Trzeci zapach był zimny, metalicznie błyszczący, przykryty dymnymi nutami, oprawiony w gęstą woń korzennych żywic i ustrojony konwaliowymi girlandami, a pod wszystkim mirra, ambra, drzewo sandałowe, piżmo.
Kuchnia chatki na kurzej stopce tymczasem rzeczywiście wypełniła się ciepłym aromatem pszczelego wosku. Czarownica dodała doń odpowiednich olejów wzmacniających działanie magiczne, rozmieszała dokładnie, po czym przeniosła gar płynnego wosku bliżej stołu, aby móc kontynuować przy pracy rozmowę z Ceolsige. Rzemieślniczka zrezygnowała z odlewania świec w formach. Tego dnia panie nie musiały się spieszyć, więc z osobna zanurzała w kociołku każdy knot, jeden po drugim, zanurzenie po zanurzeniu, warstwa po warstwie świece stawały się coraz grubsze. Proces był powtarzalny, do bólu nudny: kobieta nurzała świecę w wosku nadbudowującym jej warstwy, odwieszała na żerdź, aby zastygł, powtarzała czynność z kolejnym knotem. I cykl zamykał się, otwierał nowy, dopóki na drewnianej żerdzi nie zawisły odpowiedniej średnicy świece.
// Rzucam rzemiosło na stworzenie 4 sztuk świec do zastosowań w klątwołamaniu.
Rzut Z 1d100 - 54
Sukces!
Sukces!
— Mogłam słyszeć coś o Londynie — przyznała, bo nie wychodziła zbyt wiele z domu w ostatnich dniach. — Czy te znaki waszej klątwy o czymś mówią? — zapytała zainteresowana przyniesionym przez Ceolsige tematem. — Tutaj również chodziła klątwa. Błotniste stopy spacerowały po domu nocą. Próbowałam… — zmarszczyła brwi, wydrapując paznokciem kroplę wosku wtopioną przypadkiem w materiał sukienki — zrozumieć ją. Okazało się, że nie miała mi niczego do powiedzenia. Sama zniknęła, gdy wstawiłam wybite okna.
Być może zakrawało to na naiwność — szukać sposobu, aby porozumieć się z czarnomagiczną klątwą, absurd. Helloise jednak, choć nie była zbyt dobrze wyedukowana i często błądziła w domysłach, przejawiała niemal dziecięcą potrzebę poznawania każdej rzeczy, z którą miała styczność.
Żółte woskowe słupki, które powstały, nie były może najwybitniejszym jej wytworem, lecz z pewnością można było je określić udanymi i mieć gwarancję, że sprawdzą się w swojej funkcji. Gdy ostatnie warstwy na świecach zastygły, Hella docięła ich knoty, wyrównała spody, aby stały stabilnie w pionie, i złożyła świece w pudle, w którym przygotowała wcześniej pozostałe produkty dla koleżanki.
— Klątwołamacze potrafią być użyteczni — potwierdziła czarownica, wykruszając z palców zastygłe na skórze resztki wosku — na więcej jednak zdałaby się wszystkim poszkodowanym gorliwa modlitwa i godne uświęcenie dnia sabatu, niźli wydumane wynalazki klątwołamaczy. Gdzie nie ma boskiego wstawiennictwa, tam nigdy prawdziwie nie oczyszczą swoich domów, choćby i tuzin specjalistów dzień i noc zdejmował klątwy.
Tym akcentem Helloise przekierowała temat z powrotem na tworzenie daru. Wstała od stołu i zniknęła na chwilę schylona pod kuchennym blatem.
— Zamknij oczy — poleciła Burke, wracając do niej z trzema buteleczkami ukrytymi w drewnianej skrzyneczce. — Zaczniemy od nadania tonu twojemu darowi. Czym nasączymy drewno? Gdy kapłani rzucą twój dar i twoją intencję w boski ogień, jak ma pachnieć dym, który poniesie twą modlitwę do Matki?
I podstawiła jej pod nos po kolei trzy zapachy:
Pierwszy był lekki i ziołowy. Ususzona, skoszona trawa, aromat momentami gorzki, momentami herbaciany. Był tu rumianek, rozmaryn, szałwia — wonie przesypywały się przez siebie. Zapach suchy i klarowny, choć nie przezroczysty.
Drugi pachniał głębokim lasem. Spomiędzy nut zapachowych wyglądały mchy i paprocie, wilgotna ziemia podobna tej, którą Ceolsige czuła, idąc do chaty. Gęsty bór, a w nim jodły, szyszki i żywice, wszystko zroszone jesiennym deszczem.
Trzeci zapach był zimny, metalicznie błyszczący, przykryty dymnymi nutami, oprawiony w gęstą woń korzennych żywic i ustrojony konwaliowymi girlandami, a pod wszystkim mirra, ambra, drzewo sandałowe, piżmo.
dotknij trawy