05.11.2025, 16:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2025, 00:33 przez Benjy Fenwick.)
Nie wyglądała dumnie, ani trochę, widziałem, jak jej dłoń odruchowo zaciskała się na materiale mojej szaty, jakby nie do końca wierzyła, że ją utrzymam, a ja trzymałem mocniej, niż powinienem, może odrobinę zbyt mocno. Nie dlatego, że bałem się, że ją upuszczę i dam się jej potknąć, bardziej dlatego, że, o dziwo, nie chciałem jej puścić. Jej ton był spokojny, ale coś w jej głosie drżało, nie z bólu - z frustracji, tego, że musiała na kimś polegać. Bletchley nigdy nie lubiła zależności, to słowo było dla niej jak policzek, zawsze samowystarczalna, jakby świat miał jej coś udowadniać. A teraz?
- Zawsze możesz traktować to jako eksperyment. - Dodałem, kiedy milczenie zaczynało się przedłużać, mój uśmiech był lekko krzywy, złośliwie zadowolony z własnego komentarza, ale nie całkiem złośliwy. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem jej dziś do końca dobijać - dziwne uczucie, ale ona naprawdę wyglądała, jakby to był koniec świata. Nie udawała, że nic się nie stało, może to i dobrze, i tak wiedziałem, że dla niej utrata kontroli była równoznaczna z katastrofą, ale cholera, coś w tym było... Urocze, jak takie małe pęknięcie w idealnie zbudowanej fasadzie, nie mogłem oderwać wzroku od tego pęknięcia.
Szliśmy dalej, krok po kroku, a echo naszych oddechów odbijało się od chłodnych ścian. Prue miała ten charakterystyczny ton - logiczny, uporządkowany, chłodny, kiedy mówiła o „przestrzeganiu norm”, brzmiała tak, jakby recytowała teorię, która tłumaczy sens jej istnienia, ale w tym bez cienia wątpliwości była cała ona - zbudowana z zasad, oparta na stabilności, wytresowana, by nie pozwolić nikomu zaglądać głębiej.
- Czyli cały ten twój „święty spokój” to tylko strategia kamuflażu. - Podsumowałem cicho. - Nie, żeby to było złe, ale… - Znałem ten jej spokój, tę starannie wypracowaną maskę obojętności, ale wystarczyło jedno załamanie, jeden cień na twarzy, żeby zobaczyć, jak bardzo wszystko w niej pracowało, by utrzymać tę równowagę. Była jak mechanizm precyzyjnego zegara - każdy trybik dopasowany do drugiego, aż ktoś włożył palec między zębatki. - To ciekawe, że tak bardzo bronisz tych norm. - Rzuciłem spokojnie, z lekkim rozbawieniem. - Mówisz, że to wygodne, ale brzmisz, jakbyś sama próbowała się do nich przekonać. - Zerknąłem na nią kątem oka. - Nie powinnaś mieć nic przeciwko byciu zauważanym, wiesz? Zazwyczaj to przydatne. - Zatrzymałem się na chwilę, by poprawić uchwyt. - Ale ty, Bletchley, chyba po prostu lubisz być niedoceniana. To bezpieczniejsze, prawda? - Nie czekałem na odpowiedź. - Złoty środek? - Parsknąłem. - Nie pasuje ci kompromis, Prue. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Zresztą perfekcjonizm to tylko ładniejsze słowo na obsesję kontroli. - Oczywiście, wiedziałem coś o tym, sam miałem swoje demony, może dlatego tak łatwo, w tym konkretnym momencie, rozumiałem jej lęk przed chaosem, ale nigdy bym jej tego nie powiedział - nie potrzebowała mojej psychoanalizy, a ja nie potrzebowałem, by ktoś uznał mnie za empatycznego. Gdy uniosła głowę i spojrzała na mnie, poczułem ten znajomy dreszcz, jakby to spojrzenie mogło dosięgnąć pod skórę. Jej „niereformowalny” wywołało we mnie coś na kształt śmiechu, ale nie z tych głośnych, raczej cichy pomruk, który odbił się echem od kamiennych ścian.
- Nie jestem niereformowalny, po prostu nie widzę sensu w reformach. Zazwyczaj przynoszą więcej szkody niż pożytku. - Wzruszyłem ramionami, kiedy uniosła głowę i spojrzała na mnie, przez sekundę nie odwróciłem wzroku - była blisko, zdecydowanie zbyt blisko, a w tym spojrzeniu było coś, co potrafiło rozbroić nawet kogoś takiego jak ja.
- Nie byłabyś sobą… - Powtórzyłem po niej cicho. - Szkoda. Czasem warto być kimś innym, choćby na chwilę. - Nie wiedziałem, czy to zdanie było dla niej, czy dla mnie.
Głos Prudence brzmiał coraz ciszej, jakby zmęczenie zaczynało brać nad nią górę, a ja słuchałem tego jej racjonalizowania o tym, że zapomni, że wszystko wróci do normy. Zerknąłem na nią z boku, uśmiechając się półgębkiem.
- Nie zapomnisz. Nie jesteś z tych, co zapominają. Będziesz to rozkładać na części, analizować, dopóki nie dojdziesz do wniosku, że mogłaś coś zrobić lepiej. - Odetchnąłem cicho, z lekką nutą drwiny. Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedząc, że te słowa tylko ją zirytują. Ona potrzebowała struktury, ram, pewności, a ja od dawna żyłem z tego, że potrafiłem ją omijać. - I wtedy znowu mnie znienawidzisz, bo będę Ci się z tym kojarzył. - Mój głos zabrzmiał zbyt spokojnie, jak na to, że mówiłem o jej nienawiści, a może właśnie dlatego.
- Runiemy? - Powtórzyłem, gdy ostrzegła mnie, że wystarczy jeden zły ruch. - Cóż, przynajmniej spadlibyśmy razem. Romantycznie, nie sądzisz? - Oczywiście, że to powiedziałem - byłem sobą, nie mogłem się powstrzymać. Prawda była jednak taka, że byłem czujny jak nigdy - każdy stopień, każdy krok stawiałem ostrożnie, bo wiedziałem, że jeśli ją upuszczę, nigdy więcej nie spojrzy mi w oczy. Nie chciałem sprawdzić, jak wygląda Prue Bletchley, kiedy naprawdę mnie nienawidzi. Wystarczało mi, jak patrzyła teraz - z tą mieszaniną zmęczenia, rezygnacji i… Dziwnego spokoju. Milczenie między nami gęstniało. Zawsze było między nami napięcie, ale dzisiejsze miało inną barwę - mniej gniewu, więcej… Czegoś, czego lepiej było nie nazywać. Nie chciałem tego rozkładać na czynniki pierwsze, wolałem udawać, że wciąż się droczyliśmy.
- To brzmi lepiej niż „uciążliwy idiota”. - Wypowiedziałem to z lekkim sarkazmem, choć wiedziałem, że było w tym więcej szczerości, niż bym chciał. - Ale wiesz, demony nie niosą ludzi po schodach, co najwyżej ściągają ich w dół. Może coś ci się pomyliło. - Patrzyłem przed siebie, ale kątem oka widziałem jej profil, nie oczekiwałem odpowiedzi. Zresztą, nie mówiłem tego po to, by się spierać. Mówiłem, bo cisza zaczynała być dziwnie… Intymna. - Masz rację, miałaś szczęście. - Dodałem półgłosem. - Nie każdemu trafia się okazja zobaczyć kometę z tak bliska.
Nie wiedziałem, ile czasu minęło. Schody zdawały się nie mieć końca, a z każdym kolejnym stopniem czułem ciepło jej ciała, które zaczynało się przenikać z moim. To nie było ani wygodne, ani rozsądne, ale nie miałem ochoty niczego zmieniać. Schody kończyły się zakrętem, światło pochodni drgało na ścianach. Niosłem ją dalej, chociaż moje ramiona zaczynały protestować. Patrzyłem przed siebie, czując jej ciężar, ciepło, i wiedziałem, że kiedy tylko ją postawię, wszystko wróci do dawnej równowagi. Znowu będzie mnie ignorować, znowu mnie wyprowadzi z równowagi, a ja znowu będę ją drażnić, jakby ten moment nigdy się nie wydarzył.
- Zawsze możesz traktować to jako eksperyment. - Dodałem, kiedy milczenie zaczynało się przedłużać, mój uśmiech był lekko krzywy, złośliwie zadowolony z własnego komentarza, ale nie całkiem złośliwy. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem jej dziś do końca dobijać - dziwne uczucie, ale ona naprawdę wyglądała, jakby to był koniec świata. Nie udawała, że nic się nie stało, może to i dobrze, i tak wiedziałem, że dla niej utrata kontroli była równoznaczna z katastrofą, ale cholera, coś w tym było... Urocze, jak takie małe pęknięcie w idealnie zbudowanej fasadzie, nie mogłem oderwać wzroku od tego pęknięcia.
Szliśmy dalej, krok po kroku, a echo naszych oddechów odbijało się od chłodnych ścian. Prue miała ten charakterystyczny ton - logiczny, uporządkowany, chłodny, kiedy mówiła o „przestrzeganiu norm”, brzmiała tak, jakby recytowała teorię, która tłumaczy sens jej istnienia, ale w tym bez cienia wątpliwości była cała ona - zbudowana z zasad, oparta na stabilności, wytresowana, by nie pozwolić nikomu zaglądać głębiej.
- Czyli cały ten twój „święty spokój” to tylko strategia kamuflażu. - Podsumowałem cicho. - Nie, żeby to było złe, ale… - Znałem ten jej spokój, tę starannie wypracowaną maskę obojętności, ale wystarczyło jedno załamanie, jeden cień na twarzy, żeby zobaczyć, jak bardzo wszystko w niej pracowało, by utrzymać tę równowagę. Była jak mechanizm precyzyjnego zegara - każdy trybik dopasowany do drugiego, aż ktoś włożył palec między zębatki. - To ciekawe, że tak bardzo bronisz tych norm. - Rzuciłem spokojnie, z lekkim rozbawieniem. - Mówisz, że to wygodne, ale brzmisz, jakbyś sama próbowała się do nich przekonać. - Zerknąłem na nią kątem oka. - Nie powinnaś mieć nic przeciwko byciu zauważanym, wiesz? Zazwyczaj to przydatne. - Zatrzymałem się na chwilę, by poprawić uchwyt. - Ale ty, Bletchley, chyba po prostu lubisz być niedoceniana. To bezpieczniejsze, prawda? - Nie czekałem na odpowiedź. - Złoty środek? - Parsknąłem. - Nie pasuje ci kompromis, Prue. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Zresztą perfekcjonizm to tylko ładniejsze słowo na obsesję kontroli. - Oczywiście, wiedziałem coś o tym, sam miałem swoje demony, może dlatego tak łatwo, w tym konkretnym momencie, rozumiałem jej lęk przed chaosem, ale nigdy bym jej tego nie powiedział - nie potrzebowała mojej psychoanalizy, a ja nie potrzebowałem, by ktoś uznał mnie za empatycznego. Gdy uniosła głowę i spojrzała na mnie, poczułem ten znajomy dreszcz, jakby to spojrzenie mogło dosięgnąć pod skórę. Jej „niereformowalny” wywołało we mnie coś na kształt śmiechu, ale nie z tych głośnych, raczej cichy pomruk, który odbił się echem od kamiennych ścian.
- Nie jestem niereformowalny, po prostu nie widzę sensu w reformach. Zazwyczaj przynoszą więcej szkody niż pożytku. - Wzruszyłem ramionami, kiedy uniosła głowę i spojrzała na mnie, przez sekundę nie odwróciłem wzroku - była blisko, zdecydowanie zbyt blisko, a w tym spojrzeniu było coś, co potrafiło rozbroić nawet kogoś takiego jak ja.
- Nie byłabyś sobą… - Powtórzyłem po niej cicho. - Szkoda. Czasem warto być kimś innym, choćby na chwilę. - Nie wiedziałem, czy to zdanie było dla niej, czy dla mnie.
Głos Prudence brzmiał coraz ciszej, jakby zmęczenie zaczynało brać nad nią górę, a ja słuchałem tego jej racjonalizowania o tym, że zapomni, że wszystko wróci do normy. Zerknąłem na nią z boku, uśmiechając się półgębkiem.
- Nie zapomnisz. Nie jesteś z tych, co zapominają. Będziesz to rozkładać na części, analizować, dopóki nie dojdziesz do wniosku, że mogłaś coś zrobić lepiej. - Odetchnąłem cicho, z lekką nutą drwiny. Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedząc, że te słowa tylko ją zirytują. Ona potrzebowała struktury, ram, pewności, a ja od dawna żyłem z tego, że potrafiłem ją omijać. - I wtedy znowu mnie znienawidzisz, bo będę Ci się z tym kojarzył. - Mój głos zabrzmiał zbyt spokojnie, jak na to, że mówiłem o jej nienawiści, a może właśnie dlatego.
- Runiemy? - Powtórzyłem, gdy ostrzegła mnie, że wystarczy jeden zły ruch. - Cóż, przynajmniej spadlibyśmy razem. Romantycznie, nie sądzisz? - Oczywiście, że to powiedziałem - byłem sobą, nie mogłem się powstrzymać. Prawda była jednak taka, że byłem czujny jak nigdy - każdy stopień, każdy krok stawiałem ostrożnie, bo wiedziałem, że jeśli ją upuszczę, nigdy więcej nie spojrzy mi w oczy. Nie chciałem sprawdzić, jak wygląda Prue Bletchley, kiedy naprawdę mnie nienawidzi. Wystarczało mi, jak patrzyła teraz - z tą mieszaniną zmęczenia, rezygnacji i… Dziwnego spokoju. Milczenie między nami gęstniało. Zawsze było między nami napięcie, ale dzisiejsze miało inną barwę - mniej gniewu, więcej… Czegoś, czego lepiej było nie nazywać. Nie chciałem tego rozkładać na czynniki pierwsze, wolałem udawać, że wciąż się droczyliśmy.
- To brzmi lepiej niż „uciążliwy idiota”. - Wypowiedziałem to z lekkim sarkazmem, choć wiedziałem, że było w tym więcej szczerości, niż bym chciał. - Ale wiesz, demony nie niosą ludzi po schodach, co najwyżej ściągają ich w dół. Może coś ci się pomyliło. - Patrzyłem przed siebie, ale kątem oka widziałem jej profil, nie oczekiwałem odpowiedzi. Zresztą, nie mówiłem tego po to, by się spierać. Mówiłem, bo cisza zaczynała być dziwnie… Intymna. - Masz rację, miałaś szczęście. - Dodałem półgłosem. - Nie każdemu trafia się okazja zobaczyć kometę z tak bliska.
Nie wiedziałem, ile czasu minęło. Schody zdawały się nie mieć końca, a z każdym kolejnym stopniem czułem ciepło jej ciała, które zaczynało się przenikać z moim. To nie było ani wygodne, ani rozsądne, ale nie miałem ochoty niczego zmieniać. Schody kończyły się zakrętem, światło pochodni drgało na ścianach. Niosłem ją dalej, chociaż moje ramiona zaczynały protestować. Patrzyłem przed siebie, czując jej ciężar, ciepło, i wiedziałem, że kiedy tylko ją postawię, wszystko wróci do dawnej równowagi. Znowu będzie mnie ignorować, znowu mnie wyprowadzi z równowagi, a ja znowu będę ją drażnić, jakby ten moment nigdy się nie wydarzył.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)