05.11.2025, 21:58 ✶
Każdy potrzebował oddechu pozbawionego smaku popiołu i niekończącego się hałasu, ale nie tylko to było dla niej formą zapewnienia, że Rodolphus Lestrange się pojawi. Każdy człowiek, którego o tym nazwisku znała, miał w zwyczaju zamiłowanie do niebezpieczeństwa i chęć poznawania tego, co mu groziło. Czy Tori, czy Lou, czy Loretta, czy właśnie on – poznawali, analizowali i eliminowali zagrożenie, wybierając odpowiednią metodę. A tym właśnie Cynthia dla niego teraz była – formą zagrożenia, niepewną na stabilnej drodze, którą podążał. Dlaczego więc wybrała miejsce tak odległe i pozbawione znajomych twarzy, mając w głowie myśl, że mógłby się jej pozbyć, bo dała mu ku temu okazję? Bo mu uwierzyła tamtej nocy. Tak po prostu. Było to głupie, naiwne i przerażające dla niej samej. Irracjonalne, ale wiedziała, że nie będzie zagrożeniem, dopóki on nie poczuje się zagrożony i przyparty do muru.
To nie mogło być dla niego łatwe.
Zrozumiała to w sekundzie, w której ich spojrzenie się spotkało. Wystawiał się na ryzyko i brutalna świadomość tego malowała się w jego stalowych oczach tak jasno, jakby było ostrą brzytwą, przygotowaną do ataku w każdym momencie. Było to zapisane w jego ruchach, jego oddechu, biciu jego serca i kalkulacji malującej się na twarzy. Analizował wszystko, co robiła i sam pilnował własnej przestrzeni osobistej, chroniąc nawet plecy, gdy zbliżał się do okna. Nie mogła go za to winić, dlatego też jej ruchy były powolne i dobrze widoczne, każde poruszenie palcami mógłby zinterpretować w sposób nieodpowiedni, sugerujący, że chce go zaatakować. Ta powaga, ta iskra niepewności i intensywność wisiała w powietrzu pomiędzy nimi, tworząc na swój sposób napiętą atmosferę. A potem wspomniał o tym, że mogłaby się przeziębić, zaraz po tym, gdy zamknął okno.
To, że ją zaskoczył byłoby niedopowiedzeniem roku, bo zamrugała kilkakrotnie, a w usta rozchyliły się bezradnie, jakby zbił ją z tropu tak, że nie miała absolutnie żadnego komentarza. Warga jej zadrżała, gdy pomyślała o tym, że on – bezwzględny Śmierciożerca, podpalacz z Londynu, który przeprowadzał eksperymenty na ludziach, który był oddany swojej walce i sam mówił o tym, że musiała wybrać stronę, skazywał ludzi na cierpienie, martwił się tym, że ona się przeziębi. Ciszę przerwał nagle śmiech, którego już po prostu nie mogła powstrzymać. Nie śmiała się często, bo i nie było ku temu dużo powodów, ale cała ta kuriozalna sytuacja sprawiła, że nie mogła tej fali rozbawienia powstrzymać. Pokręciła głową z niedowierzaniem. - Jesteś niewiarygodny. - skomentowała najpierw, gdy udało się jej odzyskać oddech, a jednocześnie poczuła, że jakieś napięcie zniknęło jej z ramion. Cóż, nadal był bezwzględnym mordercą, ale ona w takim towarzystwie po prostu przebywała i chociaż źle to brzmiało, nauczyła się z tym żyć, dostrzegać w tym coś innego, niż potwora. Odsunęła się powolnie od drzwi, unosząc dłonie ku górze, jakby wykonywała gest poddania się, wywieszenia białej flagi. - Widzę, jak jesteś spięty, więc musisz wiedzieć, że moja różdżka jest na stoliku. Nie zamierzam Cię atakować, nie zamierzam zrobić niczego, co zrobiłoby Ci krzywdę. Jak mogłabym po tym, co mi powiedziałeś? A ja Ci uwierzyłam.- ruchem głowy wskazała na stolik, który stał przy fotelu i kanapie, gdzie obok apteczki, faktycznie tkwiła różdżka, wciąż nieco usmolona, co rzucało się w oczy przez jej jasny kolor. Takie były w Anglii niespotykane.
Podłoga zaskrzypiała, gdy blondynka podeszła, zmniejszając między nimi odległość i odchyliła głowę, aby na niego spojrzeć. Przenikliwie i z ciekawością.
- Musisz coś zrobić z maską lub nie pozwalać ludziom podchodzić tak blisko. Twoje tęczówki, mają matowy odcień stali, jak po hartowaniu. A czasem przemyka przez nie szarość. Zawsze patrzę ludziom w oczy, zapamiętuje je. Są jak opisy ksiąg. - wyjaśniła już spokojniejszym głosem, chociaż wciąż dało się wyczuć w niej rozbawienie. Jej twarz jednak nieco spoważniała, a spomiędzy warg uciekło pełne zastanowienia mruknięcie. Dłoń Cynthii ostrożnie wysunęła się w jego kierunku, ale spojrzenie jej nie drgnęło od jego oczu, jakby tym samym chciała go uspokoić, pytając o nieme pozwolenie. Przesunęła po jego nadgarstku, jakby miała w tym wprawę, podwijając nieco rękaw – wybrała też właściwą rękę, tą, na której był znak. Jako osoba znająca czarną magię, mógł wyczuć delikatną aurę płynącą z nekromancji, której użyła, aby za pomocą ciepła rozlewającego się po skórze, nakreślić na niej znak. - Powiedz mi więc dlaczego? Dlaczego ryzykujesz mówiąc, że mnie ochronisz. Przecież nie mogę wiedzieć tego, co wiem.
To nie mogło być dla niego łatwe.
Zrozumiała to w sekundzie, w której ich spojrzenie się spotkało. Wystawiał się na ryzyko i brutalna świadomość tego malowała się w jego stalowych oczach tak jasno, jakby było ostrą brzytwą, przygotowaną do ataku w każdym momencie. Było to zapisane w jego ruchach, jego oddechu, biciu jego serca i kalkulacji malującej się na twarzy. Analizował wszystko, co robiła i sam pilnował własnej przestrzeni osobistej, chroniąc nawet plecy, gdy zbliżał się do okna. Nie mogła go za to winić, dlatego też jej ruchy były powolne i dobrze widoczne, każde poruszenie palcami mógłby zinterpretować w sposób nieodpowiedni, sugerujący, że chce go zaatakować. Ta powaga, ta iskra niepewności i intensywność wisiała w powietrzu pomiędzy nimi, tworząc na swój sposób napiętą atmosferę. A potem wspomniał o tym, że mogłaby się przeziębić, zaraz po tym, gdy zamknął okno.
To, że ją zaskoczył byłoby niedopowiedzeniem roku, bo zamrugała kilkakrotnie, a w usta rozchyliły się bezradnie, jakby zbił ją z tropu tak, że nie miała absolutnie żadnego komentarza. Warga jej zadrżała, gdy pomyślała o tym, że on – bezwzględny Śmierciożerca, podpalacz z Londynu, który przeprowadzał eksperymenty na ludziach, który był oddany swojej walce i sam mówił o tym, że musiała wybrać stronę, skazywał ludzi na cierpienie, martwił się tym, że ona się przeziębi. Ciszę przerwał nagle śmiech, którego już po prostu nie mogła powstrzymać. Nie śmiała się często, bo i nie było ku temu dużo powodów, ale cała ta kuriozalna sytuacja sprawiła, że nie mogła tej fali rozbawienia powstrzymać. Pokręciła głową z niedowierzaniem. - Jesteś niewiarygodny. - skomentowała najpierw, gdy udało się jej odzyskać oddech, a jednocześnie poczuła, że jakieś napięcie zniknęło jej z ramion. Cóż, nadal był bezwzględnym mordercą, ale ona w takim towarzystwie po prostu przebywała i chociaż źle to brzmiało, nauczyła się z tym żyć, dostrzegać w tym coś innego, niż potwora. Odsunęła się powolnie od drzwi, unosząc dłonie ku górze, jakby wykonywała gest poddania się, wywieszenia białej flagi. - Widzę, jak jesteś spięty, więc musisz wiedzieć, że moja różdżka jest na stoliku. Nie zamierzam Cię atakować, nie zamierzam zrobić niczego, co zrobiłoby Ci krzywdę. Jak mogłabym po tym, co mi powiedziałeś? A ja Ci uwierzyłam.- ruchem głowy wskazała na stolik, który stał przy fotelu i kanapie, gdzie obok apteczki, faktycznie tkwiła różdżka, wciąż nieco usmolona, co rzucało się w oczy przez jej jasny kolor. Takie były w Anglii niespotykane.
Podłoga zaskrzypiała, gdy blondynka podeszła, zmniejszając między nimi odległość i odchyliła głowę, aby na niego spojrzeć. Przenikliwie i z ciekawością.
- Musisz coś zrobić z maską lub nie pozwalać ludziom podchodzić tak blisko. Twoje tęczówki, mają matowy odcień stali, jak po hartowaniu. A czasem przemyka przez nie szarość. Zawsze patrzę ludziom w oczy, zapamiętuje je. Są jak opisy ksiąg. - wyjaśniła już spokojniejszym głosem, chociaż wciąż dało się wyczuć w niej rozbawienie. Jej twarz jednak nieco spoważniała, a spomiędzy warg uciekło pełne zastanowienia mruknięcie. Dłoń Cynthii ostrożnie wysunęła się w jego kierunku, ale spojrzenie jej nie drgnęło od jego oczu, jakby tym samym chciała go uspokoić, pytając o nieme pozwolenie. Przesunęła po jego nadgarstku, jakby miała w tym wprawę, podwijając nieco rękaw – wybrała też właściwą rękę, tą, na której był znak. Jako osoba znająca czarną magię, mógł wyczuć delikatną aurę płynącą z nekromancji, której użyła, aby za pomocą ciepła rozlewającego się po skórze, nakreślić na niej znak. - Powiedz mi więc dlaczego? Dlaczego ryzykujesz mówiąc, że mnie ochronisz. Przecież nie mogę wiedzieć tego, co wiem.