05.11.2025, 21:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2025, 23:25 przez Cynthia Flint.)
Jesień była porą roku, którą zawsze bardzo lubiła, chociaż dla większości była ona końcem kolejnego kręgu zataczanego przez matkę naturę, momentem wyjęcia z szafy ciepłego futra. Wszystko to przypominało o kruchości życia, ludzie pogrążali się w nostalgii nie miesiąc lub półtora, zanim pochłonęły ich przygotowania do świąt i ich kolorowy, radosny nastrój. Ona kojarzyła ją z dywanem z liści, zapachem deszczu i osadzających się na szybach kroplach, kojarzyła ją z gorącą kawą doprawioną korzennym syropem, cynamonkami i miękkim kocem. Nie miała dużo czasu na tak proste przyjemności, ale te krótkie chwile pozwalały jej naładować baterie lepiej, niż niejedna letnia noc. Chyba dlatego tak chłonęła świat dookoła, przyglądając się pozbawionym magii mieszkańcom i szarzejącemu niebu, przez które próbowały się przedrzeć ostatnie tego dnia promienie słońca.
Miał rację. Coś się zmieniło, ale nie umiała tego jeszcze nazwać i przyswoić, nie odnajdywała spokoju w chaosie piętrzącym się w jej umyśle, łapała się na zirytowaniu wywołanym drżeniem palców, gdy popadała w zbyt duże zamyślenie lub przyśpieszonemu biciu serca, które tak precyzyjnie starała się kontrolować. Docierało do niej, że to wszystko może było złą drogą, bo i tak nie mogłaby sprostać oczekiwaniom, które wobec niej mieli i które sama sobie narzuciła. Chciała więcej, niż mogła mieć i to się nie zmieniło, ale zaczynała rozumieć, że wcale nie chodziło tylko o pracę i naukę, poznanie tajemnic związanych z tym, co oferował organizm. Być może to, co miało ją chronić i stać się tarczą, było też pułapką. To wszystko odzywało się coraz głośniej. Nigdy nie była człowiekiem kierującym się impulsem czy emocjami – lub może raczej, minęło z dziesięć lat, odkąd sobie ostatnio na to pozwoliła, a Lou wydawał się jej człowiekiem kierującym się tym, czego zrozumieć nie umiała. Zresztą, to nie był jedyny powód, dla którego chciała go dziś zobaczyć. Bo to, co ją przerażało, dla niego było normalne. Ludzkie.
Nie poganiała go, nie wykonała najmniejszego gestu, protestu, wciąż trzymając ostrożnie podbródek czarnowłosego. Znajomość ludzkiego ciała, uzdrawiania i nekromancji dawała jej jeszcze jedną przewagę – widziała, gdy ktoś kłamał. Nawet najlepszego klamce zdradzały drobne detale, jak inny rytm serca przez kilka uderzeń, drżenie żyły przy szyi, krótkie spięcie mięśni, najczęściej w dłoniach, będące próbą zebrania się w sobie lub cichego protestu. I chociaż spodziewała się zupełnie innych słów, będących bardziej zaprzeczeniem, nie kłamał. Tym razem jednak na jej twarzy nie pojawiło się zawstydzenie, nie uciekła wzrokiem, śledząc ruchy jego warg i przysłuchując się każdemu słowu, które wypowiadał z pozorną tylko lekkością, ale i precyzją. Nie peszył jej, właściwie to w jasnych tęczówkach zatańczyła zupełnie inna iskra, taka, której by się tam nie spodziewała. Satysfakcji.
- Miłość, którą można udusić wcale nie jest miłością. To tylko ulotna fascynacja, chemia, spełnienie potrzeb i chęć stłumienia samotności.- stwierdziła w końcu, dając sobie chwilę na zebranie myśli i na to, aby jego słowa przestały odbijać się echem w jej głowie. Palce Cynthii jeszcze przez kilka sekund tkwiły na jego podbródku, zanim przeciągnęła nimi w dół, drażniąc skórę na szyi Louvaina i zaczepiając kołnierz, jak on wcześniej. Przeniosła na kilka sekund wzrok na ciemny materiał, chłodny jak jej własne palce. - Miłość jest trudna, pochłaniająca, pozbawiająca oddechu i zostaje na zawsze. Nawet jeśli ruszasz dalej, to jej mała cząstka tkwi w Tobie. To jak forma wieczystej przysięgi. - mówiąc, jej dłoń powędrowała niżej i stuknęła paznokciami pomalowanymi karmazynowym lakierem w jego tors w miejscu, gdzie znajdowało się serce. - Przecież dałeś mi już coś więcej, niż wyznanie. - kontynuowała, a jej twarz na chwilę przybrała nieco figlarnego wyrazu, znacznie cieplejszego niż zwykle. Niebieskie tęczówki umknęły onyksowym oczom czarodzieja i powędrowały w dół, do jego kieszeni, w których chował dłonie. Chciała mu tyle powiedzieć, ale nie umiała znaleźć odpowiednich słów, jednocześnie wiedząc, że milczenia nie będzie mógł właściwie zinterpretować. Ściągnęła brwi, gdyż fala ciepła i bodźców rozlała się po jej ciele, wywołując gęsią skórkę, której na szczęście pod płaszczem nie mógłby dostrzec. Cofnęła dłonie z jego kurtki tylko po to, aby sięgnąć w stronę jego kieszeni, w której schował swoje własne. - Wszystko wydaje się prostsze, gdy możesz to kontrolować.
Tylko to wcale o to nie chodziło, żeby było łatwiej, prościej. Była przekonana, że to najlepsza forma przetrwania i skupienia się na celach, które przed sobą miała. A była tak zaślepiona ambicją i oczekiwaniami, że nie zauważyła momentu, w którym zaczęła po prostu egzystować, żyć przewidywalnie. Bez ekscytacji, bez żalu i w usprawiedliwieniach dobrem ogółu, a już zwłaszcza swojej rodziny. Bo Lou na pewno słyszał plotki o jej bracie - te, które ojciec ignorował, a które łamały mu serce i zmieniały plany na przyszłość. Westchnęła, odchylając głowę do tyłu i obdarzając go spojrzeniem, zacisnęła obydwie ręce na jego dłoni, przesuwając po niej palcami. - Przepraszam za wcześniej. Przepraszam, że nie słyszałam tego, co i w jaki sposób cały ten czas mówiłeś. Nie chciałam Cię zranić.- mówiła cicho ale szczerze. Była mu to winna. I nie był to moment, w którym chciała skończyć rozmowę. Zacisnęła na chwilę usta, pozwalając sobie zawiesić spojrzenie gdzieś na liściu bluszczu owijającego kolumnę gdzieś za nimi, jakby zastanawiała się, czy właściwie powinna o to zapytać. Zaraz jednak pokręciła głową, ledwo zauważalnie i znów wyprostowała się, zadzierając podbródek. Musiała. - To teraz odpowiedz mi na inne pytanie. Czy to miłość, której chcesz, czy taka, która jest, a której nie chcesz? - głos wciąż miała pewny, jak przy pierwszym pytaniu, chociaż znacznie łagodniejszy i cieplejszy. Zrobiła krok w jego stronę, opuszczając dłonie którą się bawiła w dół i pozwalając im spokojnie opaść. Nie mogąc się powstrzymać, znów zrobiła krok, zmuszając go tym samym, żeby się cofnął, jeśli zamierzał zachować jakąś przestrzeń osobistą.
Miał rację. Coś się zmieniło, ale nie umiała tego jeszcze nazwać i przyswoić, nie odnajdywała spokoju w chaosie piętrzącym się w jej umyśle, łapała się na zirytowaniu wywołanym drżeniem palców, gdy popadała w zbyt duże zamyślenie lub przyśpieszonemu biciu serca, które tak precyzyjnie starała się kontrolować. Docierało do niej, że to wszystko może było złą drogą, bo i tak nie mogłaby sprostać oczekiwaniom, które wobec niej mieli i które sama sobie narzuciła. Chciała więcej, niż mogła mieć i to się nie zmieniło, ale zaczynała rozumieć, że wcale nie chodziło tylko o pracę i naukę, poznanie tajemnic związanych z tym, co oferował organizm. Być może to, co miało ją chronić i stać się tarczą, było też pułapką. To wszystko odzywało się coraz głośniej. Nigdy nie była człowiekiem kierującym się impulsem czy emocjami – lub może raczej, minęło z dziesięć lat, odkąd sobie ostatnio na to pozwoliła, a Lou wydawał się jej człowiekiem kierującym się tym, czego zrozumieć nie umiała. Zresztą, to nie był jedyny powód, dla którego chciała go dziś zobaczyć. Bo to, co ją przerażało, dla niego było normalne. Ludzkie.
Nie poganiała go, nie wykonała najmniejszego gestu, protestu, wciąż trzymając ostrożnie podbródek czarnowłosego. Znajomość ludzkiego ciała, uzdrawiania i nekromancji dawała jej jeszcze jedną przewagę – widziała, gdy ktoś kłamał. Nawet najlepszego klamce zdradzały drobne detale, jak inny rytm serca przez kilka uderzeń, drżenie żyły przy szyi, krótkie spięcie mięśni, najczęściej w dłoniach, będące próbą zebrania się w sobie lub cichego protestu. I chociaż spodziewała się zupełnie innych słów, będących bardziej zaprzeczeniem, nie kłamał. Tym razem jednak na jej twarzy nie pojawiło się zawstydzenie, nie uciekła wzrokiem, śledząc ruchy jego warg i przysłuchując się każdemu słowu, które wypowiadał z pozorną tylko lekkością, ale i precyzją. Nie peszył jej, właściwie to w jasnych tęczówkach zatańczyła zupełnie inna iskra, taka, której by się tam nie spodziewała. Satysfakcji.
- Miłość, którą można udusić wcale nie jest miłością. To tylko ulotna fascynacja, chemia, spełnienie potrzeb i chęć stłumienia samotności.- stwierdziła w końcu, dając sobie chwilę na zebranie myśli i na to, aby jego słowa przestały odbijać się echem w jej głowie. Palce Cynthii jeszcze przez kilka sekund tkwiły na jego podbródku, zanim przeciągnęła nimi w dół, drażniąc skórę na szyi Louvaina i zaczepiając kołnierz, jak on wcześniej. Przeniosła na kilka sekund wzrok na ciemny materiał, chłodny jak jej własne palce. - Miłość jest trudna, pochłaniająca, pozbawiająca oddechu i zostaje na zawsze. Nawet jeśli ruszasz dalej, to jej mała cząstka tkwi w Tobie. To jak forma wieczystej przysięgi. - mówiąc, jej dłoń powędrowała niżej i stuknęła paznokciami pomalowanymi karmazynowym lakierem w jego tors w miejscu, gdzie znajdowało się serce. - Przecież dałeś mi już coś więcej, niż wyznanie. - kontynuowała, a jej twarz na chwilę przybrała nieco figlarnego wyrazu, znacznie cieplejszego niż zwykle. Niebieskie tęczówki umknęły onyksowym oczom czarodzieja i powędrowały w dół, do jego kieszeni, w których chował dłonie. Chciała mu tyle powiedzieć, ale nie umiała znaleźć odpowiednich słów, jednocześnie wiedząc, że milczenia nie będzie mógł właściwie zinterpretować. Ściągnęła brwi, gdyż fala ciepła i bodźców rozlała się po jej ciele, wywołując gęsią skórkę, której na szczęście pod płaszczem nie mógłby dostrzec. Cofnęła dłonie z jego kurtki tylko po to, aby sięgnąć w stronę jego kieszeni, w której schował swoje własne. - Wszystko wydaje się prostsze, gdy możesz to kontrolować.
Tylko to wcale o to nie chodziło, żeby było łatwiej, prościej. Była przekonana, że to najlepsza forma przetrwania i skupienia się na celach, które przed sobą miała. A była tak zaślepiona ambicją i oczekiwaniami, że nie zauważyła momentu, w którym zaczęła po prostu egzystować, żyć przewidywalnie. Bez ekscytacji, bez żalu i w usprawiedliwieniach dobrem ogółu, a już zwłaszcza swojej rodziny. Bo Lou na pewno słyszał plotki o jej bracie - te, które ojciec ignorował, a które łamały mu serce i zmieniały plany na przyszłość. Westchnęła, odchylając głowę do tyłu i obdarzając go spojrzeniem, zacisnęła obydwie ręce na jego dłoni, przesuwając po niej palcami. - Przepraszam za wcześniej. Przepraszam, że nie słyszałam tego, co i w jaki sposób cały ten czas mówiłeś. Nie chciałam Cię zranić.- mówiła cicho ale szczerze. Była mu to winna. I nie był to moment, w którym chciała skończyć rozmowę. Zacisnęła na chwilę usta, pozwalając sobie zawiesić spojrzenie gdzieś na liściu bluszczu owijającego kolumnę gdzieś za nimi, jakby zastanawiała się, czy właściwie powinna o to zapytać. Zaraz jednak pokręciła głową, ledwo zauważalnie i znów wyprostowała się, zadzierając podbródek. Musiała. - To teraz odpowiedz mi na inne pytanie. Czy to miłość, której chcesz, czy taka, która jest, a której nie chcesz? - głos wciąż miała pewny, jak przy pierwszym pytaniu, chociaż znacznie łagodniejszy i cieplejszy. Zrobiła krok w jego stronę, opuszczając dłonie którą się bawiła w dół i pozwalając im spokojnie opaść. Nie mogąc się powstrzymać, znów zrobiła krok, zmuszając go tym samym, żeby się cofnął, jeśli zamierzał zachować jakąś przestrzeń osobistą.