06.11.2025, 11:42 ✶
Widział, jak biła się z myślami - widział zaskoczenie, które wymalowało się na jej twarzy, gdy stwierdził prosty fakt, że chciał ją zobaczyć. Dlaczego była aż tak zdziwiona tym, że chciał się upewnić, że na pewno wszystko było z nią w porządku? Czy naprawdę miała go za potwora, który tylko czyhał na jej potknięcie? Przyjrzał się Astorii uważniej, z wyraźną nutą ciekawości. Za kogo go miała? Kusiło go, by zapytać wprost, ale w zasadzie nie musiał: zachowywała się tak, jak każdy, kto trochę bardziej go znał, lecz nie na tyle dobrze, by poznać każdy aspekt jego pokręconego umysłu. To, co było dla niego najlepszą maską i obroną, bywało w takich sytuacjach jak ta również przeszkodą. Rodolphus rozluźnił się nieco, gdy zaczęła mówić. Długi, ratowanie życia, kaprysy... Uniósł nieco kącik ust w krzywym uśmiechu.
- Zapytałbym cię, jakimi ludźmi się otaczasz, że uważasz iż powstał między nami jakiś dług do spłacenia - zaczął, nachylając się nieco. Oparł łokcie o kolana, a dłonie splótł ze sobą i uparł na nich podbródek. - Lecz wiem, że mi nie odpowiesz.
Poniekąd to rozumiał - bo sam również nienawidził mieć długów u innych. Nawet najdrobniejsze przysługi odpłacał w ten czy inny sposób: pieniędzmi, prezentem czy również przysługą, tak by później nikt nie mógł rościć sobie praw do zarządzania jego czasem. Wiedział jednak, że Astoria nie przebywała w jego środowisku, chociaż może się mylił? Może jej otoczenie również było bezwzględne, okrutne i brutalne, tak jak jego? Może to właśnie powodowało, że zachowywała się teraz jak jego lustrzane odbicie?
Milczał, gdy mówiła o uprzejmości. Milczał też przez chwilę, gdy zapytała dlaczego, tuż po tym, jak zbyt gwałtownie cofnęła rękę. I chociaż uwielbiał naciskać na ludzi, by osiągnąć to, co chciał - tak teraz po prostu się grzecznie wycofał, chcąc dać Avery jak najwięcej przestrzeni. Westchnął za to: tym razem on uciekł spojrzeniem w bok, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, chociaż tę dawno miał przygotowaną.
- Jak sama zauważyłaś: uratowałem cię. Zrobiłem to, co w moim odczuciu każdy powinien był zrobić w tej sytuacji. Nie dla zysków, nie dla długów. Nie powinnaś znaleźć się w tej sytuacji i nikt nie ma prawa podnosić na ciebie ręki - szczególnie, gdy jest szlamą, lecz to dopowiedzenie pozostało niewypowiedziane. - Wojna potrafi pociągnąć za sobą niewinne ofiary, ale nie oznacza to, że muszę się na to godzić.
Och, jebany hipokryta - zupełnie tak, jakby sam nie zamordował przynajmniej czterech czarodziejów tamtej nocy. Lestrange powrócił wzrokiem do kobiety. Był zmęczony, tak fizycznie, jak i psychicznie. Ostatnie dni nie były dla nikogo łaskawe, a balansowanie między dwoma światami dodatkowo go obciążało.
- Pytasz dlaczego. Z wielu powodów. Czuję się odpowiedzialny za to, że nie znalazłem się przy tobie wcześniej. Że dym, w którym byłem krócej niż ty, opuszcza powoli moje płuca, a wciąż tkwi w twoich. Że możesz ponieść konsekwencje działań, z którymi nie miałaś nic wspólnego - powiedział w końcu, opuszczając dłonie. Przez chwilę znowu milczał, wpatrując się w nią uparcie. W jego oczach pojawił się błysk. Nie wściekłości, a rozbawienia. Tak, jakby nagle sobie o czymś przypomniał. - Jeżeli jednak chcesz spłacić swój dług, mam jedno rozwiązanie. Pozwól, że zabiorę cię na kolację z dala od tego wszystkiego, od dymu i ognia, od Londynu. Gdy, oczywiście, poczujesz się lepiej.
Mogła mu nie wierzyć wtedy, w galerii, ale tkwiło w nim to jak cierń. Nie zrobił tego umyślnie, a poza tym odczuwał dziwną ochotę na to, by pokazać Avery, że wcale nie jest aż takim potworem, za jakiego go miała.
- Zapytałbym cię, jakimi ludźmi się otaczasz, że uważasz iż powstał między nami jakiś dług do spłacenia - zaczął, nachylając się nieco. Oparł łokcie o kolana, a dłonie splótł ze sobą i uparł na nich podbródek. - Lecz wiem, że mi nie odpowiesz.
Poniekąd to rozumiał - bo sam również nienawidził mieć długów u innych. Nawet najdrobniejsze przysługi odpłacał w ten czy inny sposób: pieniędzmi, prezentem czy również przysługą, tak by później nikt nie mógł rościć sobie praw do zarządzania jego czasem. Wiedział jednak, że Astoria nie przebywała w jego środowisku, chociaż może się mylił? Może jej otoczenie również było bezwzględne, okrutne i brutalne, tak jak jego? Może to właśnie powodowało, że zachowywała się teraz jak jego lustrzane odbicie?
Milczał, gdy mówiła o uprzejmości. Milczał też przez chwilę, gdy zapytała dlaczego, tuż po tym, jak zbyt gwałtownie cofnęła rękę. I chociaż uwielbiał naciskać na ludzi, by osiągnąć to, co chciał - tak teraz po prostu się grzecznie wycofał, chcąc dać Avery jak najwięcej przestrzeni. Westchnął za to: tym razem on uciekł spojrzeniem w bok, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, chociaż tę dawno miał przygotowaną.
- Jak sama zauważyłaś: uratowałem cię. Zrobiłem to, co w moim odczuciu każdy powinien był zrobić w tej sytuacji. Nie dla zysków, nie dla długów. Nie powinnaś znaleźć się w tej sytuacji i nikt nie ma prawa podnosić na ciebie ręki - szczególnie, gdy jest szlamą, lecz to dopowiedzenie pozostało niewypowiedziane. - Wojna potrafi pociągnąć za sobą niewinne ofiary, ale nie oznacza to, że muszę się na to godzić.
Och, jebany hipokryta - zupełnie tak, jakby sam nie zamordował przynajmniej czterech czarodziejów tamtej nocy. Lestrange powrócił wzrokiem do kobiety. Był zmęczony, tak fizycznie, jak i psychicznie. Ostatnie dni nie były dla nikogo łaskawe, a balansowanie między dwoma światami dodatkowo go obciążało.
- Pytasz dlaczego. Z wielu powodów. Czuję się odpowiedzialny za to, że nie znalazłem się przy tobie wcześniej. Że dym, w którym byłem krócej niż ty, opuszcza powoli moje płuca, a wciąż tkwi w twoich. Że możesz ponieść konsekwencje działań, z którymi nie miałaś nic wspólnego - powiedział w końcu, opuszczając dłonie. Przez chwilę znowu milczał, wpatrując się w nią uparcie. W jego oczach pojawił się błysk. Nie wściekłości, a rozbawienia. Tak, jakby nagle sobie o czymś przypomniał. - Jeżeli jednak chcesz spłacić swój dług, mam jedno rozwiązanie. Pozwól, że zabiorę cię na kolację z dala od tego wszystkiego, od dymu i ognia, od Londynu. Gdy, oczywiście, poczujesz się lepiej.
Mogła mu nie wierzyć wtedy, w galerii, ale tkwiło w nim to jak cierń. Nie zrobił tego umyślnie, a poza tym odczuwał dziwną ochotę na to, by pokazać Avery, że wcale nie jest aż takim potworem, za jakiego go miała.